wtorek, 13 października 2026

Grechuta na drutach - Dzikie wino

Wplatając w dzianiny to, co lubię, co jest mi bliskie i z czego sama jestem utkana, doszłam do momentu, w którym zapragnęłam zrobić na drutach coś z motywami z twórczości Marka Grechuty. Zawsze chłonęłam tę muzykę, słowa, nastroje, estetykę. Z biegiem czasu mój odbiór prawie wcale się nie zmienił. Uwielbiam to połączenie głębi z lekkością i radością, pulsujące życiem emocje, w których każdy może się przejrzeć, zatrzymać na chwilę zadumy, sięgnąć po porcję nadziei.

Dzikie wino – tak pięknie wybarwione o tej porze roku – chciałam przenieść na dzianinę już od jakiegoś czasu. Nie mogłam przejść obojętnie wobec tych kolorów. Zachwycały mnie w mieście, na wsi, w lesie. Już z daleka przyciągały uwagę pnące płomienne liście, a z bliska oczarowywały owoce i kształt łodyżki z kuleczkami, przypominający jakieś wiązania atomowe. Nie wystarczyło mi zrobienie zdjęcia, a tak naprawdę to bardzo wielu zdjęć 😊. Potrzebowałam wziąć to na druty.

Projekt „Grechuta na drutach” nie mógłby się obejść bez dzikiego wina! Więc zaplątałam się mocno w to dzikie wino. Utwór „W dzikie wino zaplątani” jest mi tak dobrze znany, że mogłabym wyrecytować jego tekst z pamięci, ale przecież to nie tylko słowa, to przecież muzyka i taneczna energia, radosna i tajemnicza. Wyplątując z moich zapasów włóczki nadające się na dzikie wino, odkryłam ze zdumieniem, że ten utwór świetnie opisuje moją dziewiarską pasję. Niejedna fraza trafnie obrazuje stan emocji, a nawet niektóre zachowania. No, przyznajcie się, dziewiarki i dziewiarze – kto nie przeżył takiego stanu związanego z włóczkami, gdy „w zaciętości wpadał w gąszcz i buszując w pnączu zrywał wszystko z drzwi i ze ściany”, choćby tylko w wyobraźni? Kto nie był „tylko cały zaplątany”? I „nie o to wcale chodzi, że karocy nie ma, nie” – tu słowo „karoca” można zastąpić rodzajem włóczki, której brak, a wzór się jej domaga 😉.

W formie dzianina ta miała nawiązywać do strojów ludowych, miała być dość dopasowana, wiązana – wprawdzie nie wstążkami, a dzianą tasiemką. Pierwotnie miałam zrobić kamizelkę, ale ostatecznie dodałam rękawki. Wybierając motyw dzikiego wina, odbiegłam od typowych zdobień folklorystycznych, lecz nie były one moim celem. Zależało mi raczej na pokazaniu tego, co bliskie, co mnie zachwyca, co wiąże mnie z naturą. Na tak szczególny projekt mogłabym kupić całkiem nowe włóczki i mieć „życie prawie nad stan”, ale postanowiłam wykorzystać to, co już posiadam. Udało mi się znaleźć kolory oddające jesienny wygląd winorośli, pamiętając dokładnie pochodzenie każdego moteczka. Jednym z nich, bardzo szczególnym, jest włóczka w słonecznym odcieniu – nie dość, że ręcznie farbowana, to jeszcze farbowana w pokrzywie. To prezent, który podarowała mi Renia Dziewiarka. Choć miałam na tę włóczkę parę innych pomysłów, żaden z nich nie doszedł do skutku. Najwyraźniej więc przeznaczeniem tej pokrzywy było splątanie z dzikim winem.

Na koniec jeszcze kilka informacji technicznych. Robiłam tę dzianinę w częściach i potem zszywałam. Przód jest asymetryczny, dekolt formowany w trakcie pracy. Na liniach ramion zrobiłam skosy rzędami skróconymi – widoczne są na zdjęciu tyłu. Rękawy wrabiałam od góry i też zastosowałam rzędy skrócone, aby rękaw ładnie opadał, a nie sterczał. Liście zrobiłam osobno i potem doszyłam. Zależało mi bardzo na tym, żeby zamieścić gałązkę z owocami. Jej kolor dopasowałam zarówno do dzianiny, jak i do prawdziwego wyglądu tej części rośliny. Nie ukrywam, że to mój ulubiony element i najchętniej powtórzyłabym go gdzieś jeszcze 😉. Mimo wykonania próbek stresowałam się, bo używając różnych rodzajów włóczek, nie wiedziałam, jak ostatecznie będą pracowały. Na szczęście wyszło dobrze. Praca z wybranymi kolorami była dużą przyjemnością, nie ukrywam jednak, że obawiałam się trochę, czy będę nosić tak duże kontrasty. I owszem, noszę i wcale nie wydają mi się zbyt dzikie 😊.

Dzianina wygląda na dopasowaną, ale ma fajny luz. Zapewnia go komfortowe wiązanie i nieco obniżona linia rękawa. Zatem mimo nawiązania do tradycyjnego wiązanego stroju nie jest to krępujący gorset. Czerpiąc z przeszłości, nie kopiowałam dosłownie, wolę swobodne interpretacje i… wygodne ubrania.

Po skończeniu tego sweterka pojawiło się dość dziwne, jak na mnie, odczucie, że niczego bym w nim nie zmieniała ani nie poprawiała. Utwierdziłam się w tym przekonaniu, gdy ubrałam go parę razy. Nie oznacza to jednak, że zamykam winny rozdział. Marzę o szalu z tymi motywami, o chuście, rękawiczkach. Mogłabym z drutami w winie ginąć i w osłonę winną zwinąć, tylko kto zasieje… czas, kto go tutaj da…












                                



















niedziela, 11 października 2026

To już 10 lat!

Szukając w archiwum zdjęć śladu jednego wydarzenia z życia mojej rodziny, przypadkiem trafiłam na tę fotografię. Jest to kołowiec w wersji dziecięcej, zrobiony dla mojej siostrzenicy latem 2016 roku. Parę miesięcy później założyłam bloga, jeszcze później konto na FB.

Przy okazji uświadomiłam sobie, że minęło 10 lat mojego blogowania. Ten sweter świetnie to ilustruje: na plecach jest jakby tarcza zegara, a zamaszystość dzianiny może być metaforą upływu czasu.

Wiele zmieniło się przez te dziesięć lat — ja sama, moi bliscy i cały świat :-) Zamiast bilansów, wspomnień i rozliczeń zostawię tu na blogu to jedno niepublikowane wcześniej zdjęcie i jedno zdanie podsumowania.

Moja dziewiarska pasja to niesamowite połączenie ciągłej podróży ku nowemu i zakotwiczenia w tym, co znane i powtarzalne — coś, co po latach niezmiennie sprawia mi wiele radości. Zgodnie z tym, co przed laty napisałam w podtytule bloga mottozmotka: „O radości, jaką daje robienie na drutach”.

Pozdrawiam wszystkich odwiedzających moją stronę, szczególnie tych, którzy wracają, komentują, zostawiają ślad swojej obecności i dodają mi skrzydeł… Dziękuję serdecznie.





 

piątek, 18 września 2026

Dziana wycinanka

Jest piękny wrześniowy dzień, bezwietrzny, słoneczny. W ciszę wplata się coraz głośniejszy szelest liści, a zawsze energiczne wiewiórki teraz jakby jeszcze bardziej się spieszą. Wypadałoby iść w ich ślady, uważając tylko, by w pośpiechu nie zgubić listy spraw i nie potknąć się o któreś z ważnych zadań. Można też zwolnić nieco, popatrzeć na wiewiórkę, na niebo, chwycić jeszcze parę promieni słońca, które ostatnio wcześniej chodzi spać. Po prostu zatrzymać się na chwilę, a potem iść dalej, może nawet przyspieszyć😊

Jedne rzeczy wysuwają się na plan pierwszy, inne pozostają w tle, potem się to zmienia, tak to przeplatają się różne wątki i czasem dopiero z perspektywy czasu można zauważyć, które z nich były naprawdę istotne, co z nich zostało w tkaninie naszego życia. Wprawdzie brzmi to trochę górnolotnie, ale chodzi mi bardziej o docenienie codzienności, zwyczajności i tych rzeczy, które dzieją się przy okazji.

W żakardowej dzianinie wzór nie istnieje bez tła, obydwa kolory są ważne, a decydujący wpływ na ostateczny efekt ma połączenie wybranych kolorów, sposób, w jaki jeden wpływa na drugi. Jak nietrudno się domyślić, bohaterką dzisiejszego postu jest dzianina z żakardowym wzorem. Nie zostawiamy jednak tematyki meteorologiczno-przyrodniczo-filozoficznej😊

Sweter „Kurpie” zaprojektowany przez Renię Grabską zaczęłam robić w ramach testu dziewiarskiego na początku roku, ale z prezentacją gotowej dzianiny trzeba było poczekać. Ten wzór opublikowany został we wrześniu i wtedy to światło dzienne ujrzał pierwowzór Reni i wiele pięknych wersji testowych. Projekt ten ukazał się w książce „Pokolenia”, powstałej we współpracy Martins Lab z polskimi projektantkami dzianin. W tej publikacji znalazły się dwa wzory Reni, i oba miałam przyjemność testować. Dziś pokażę sweter Kurpie.

Miałam zdjęcia tej dzianiny zrobione wiosną, ale chciałam też jakieś aktualne, zwłaszcza że po letniej przerwie znów noszę ten sweter, sprawdza się dobrze w chłodne poranki. Zarówno zdjęcia marcowe, jak i wrześniowe powstały niejako przy okazji. Na bloga postanowiłam wybrać zdjęcia z jednego dnia, te, które lepsze, jasna sprawa. Kiedy otworzyłam pliki ze zdjęciami i porównałam obie sesje, zaskoczyło mnie pewne podobieństwo okoliczności, w okolicach równonocy: wtedy jeszcze zima i nadchodząca wiosna, teraz wciąż lato, ale już jesiennie, wtedy wystawiałam się na pierwsze promienie słońca, teraz czuję odchodzące lato, wtedy kozaki i golf pod swetrem, teraz jeszcze sandały, a pod swetrem cienki podkoszulek. Spodobała mi się ta symetria, więc zamieszczam i jedne, i drugie.

Z tym swetrem wiąże się wiele dziewiarskich wrażeń. Znając wzory Reni i sposób, w jaki są opracowane, ucieszyłam się z zaproszenia do testu. Wiedziałam, że to ma być tajny projekt, tzn. utrzymywany w tajemnicy do czasu publikacji książki, polskiej książki z wzorami, miło mieć swój drobny udział w takim przedsięwzięciu. Ogromnie cieszy rozprzestrzenianie się pomysłu na wplatanie wzorów regionalnych we współczesne dzianiny.

Moją wersję swetra "Kurpie" zrobiłam z ciemnoróżowej włóczki Silke Peo (kolor 250), którą połączyłam z resztkami szarej wełny z odzysku, którą kiedyś dostałam od siostry. 

Wykonanie tego swetra było dla mnie emocjonujące również z bardzo konkretnego powodu – był to mój pierwszy w życiu sweter z okrągłym żakardowym karczkiem. Podziwiałam tę formę dziewiarską u innych, ale myślałam, że to nie dla mnie, nie potrafiłam sobie wyobrazić, by dobrze na mnie leżało. Technicznie zastanawiałam się, jak wycyrklować między namiotem a ciasnotą (cyrkiel przy takiej formie nie taki znów przypadkowy). Ufałam opisom Reni i z niecierpliwością przeplatałam nitki, cudownie było patrzeć na powstający wzór wycinanki. Nie mogłam się doczekać rozdzielenia korpusu i rękawów tak bardzo, że nie zrobiłam zdjęcia na etapie karczka, a takie rozety wyglądają fantastycznie. No cóż, przy następnej tego typu dzianinie na pewno zrobię zdjęcie😊

A oto moja dziana wycinanka:















wtorek, 25 sierpnia 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 4.

Lato dobiega końca. Zdanie to nie odbiega od prawdy ani się z nią nie mija. Choć oczywiście czas letnich wakacji mija, to nie wydaje mi się, by działo się to w biegu. Dojrzałe lato niejako spowalnia, jest przyjemnie ociężałe, a za jakiś czas, gdzieś na skraju jesieni, połączy tę swoją ociężałość z lekkością. W ciepły, słoneczny dzień uniesie w tańcu nitki babiego lata.

Jeszcze trwa lato i bywa gorąco, jeszcze najcieńsze ubrania, może jeszcze raz gdzieś nad wodę… i jeszcze jeden odcinek o dziewiarskich wspomnieniach z wakacji.

O tej porze na letnie ubrania patrzy się już nieco inaczej, bo pojawiają się pytania: ile razy jeszcze będzie można to założyć, czy pogoda pozwoli. U mnie lato zwykle zaczyna się i kończy pakowaniem, lecz nie tym związanym z szykowaniem rzeczy na wyjazdy. Sezon otwiera wyjęcie letnich rzeczy, które potem, z nadejściem jesieni, znów się pakuje i odkłada. Dotyczy to też oczywiście letnich dzianin, ale nie wszystkich. Bluzeczka, którą dziś pokażę, choć jest jedną z najcieńszych rzeczy zrobionych przeze mnie na drutach, nie zostanie odłożona do następnego lata, nie zapadnie w sen zimowy. Może właśnie dlatego, że jest taka cieniutka, może być używana przez cały rok, nawet w chłodne dni, tyle że będzie miała jakieś inne warstwy na sobie.

Dzianina bardzo dobrze wpisuje się w temat wakacyjnych wspomnień. Już sam zakup włóczki był wakacyjną przygodą. Pamiętam, jak kilka lat temu mąż zaskoczył mnie propozycją, by wpaść do Kalwarii, bo stąd niedaleko, odwiedzisz wreszcie sklep Biferno. A ja na to… jak na lato😉 I tak prosto z drogi, bez wcześniejszego planowania, wpadłam do tego Biferno i chłonęłam świat włóczek wspaniałych, patrzyłam na kolory, jakbym chciała je wszystkie zapamiętać, bo nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle tam kiedyś jeszcze wrócę.

Wspominam to z sentymentem, bo wtedy nie przypuszczałam nawet, że Biferno pojawi się też w Krakowie. Podczas tamtej wizyty kupiłam rzeczy całkiem dla mnie nowe: rafię, z której zrobiłam kapelusz (klik) i torebkę (klik), oraz cieniuteńki jedwab, o którym od dawien dawna marzyłam, a dokładnie to od czasu, gdy na blogu „Knitolog w podróży” podziwiałam „Jedwabny szlak” Doroty, z prostymi i zachęcającymi instrukcjami (klik).

Ale mój własny jedwabny szlak był jeszcze bardzo daleko. Nawet gdy już kupiłam jedwab Maharaja Silk, odłożyłam go na dłuższy czas. Po jakimś roku ośmieliłam się przewinąć precelek, lecz nawet potem jedwab ten mnie onieśmielał. No i ta cienizna! To trzeba by robić ze dwa lata, myślałam, choć wiedziałam, że kiedyś przyjdzie na to czas.

I przyszedł, zupełnie nagle i niespodziewanie, gdy szukałam robótki na wyjazd, czegoś prostego, nieabsorbującego i w niewielkim rozmiarze. Rozpoczęcie jedwabnej koszulki wydawało się idealnym rozwiązaniem. W przeddzień wyjazdu nabrałam oczka na dekolt i połączyłam je w okrążeniu. Plan był prosty, same prawe, bez formowania dekoltu, z ażurową linią raglanu, więc nie potrzebowałam markerów ani żadnych innych akcesoriów. W kosmetyczce miałam tylko moteczek i druty, a przed sobą znane i nieznane jeszcze wtedy cele podróży.

Nie wchodząc w szczegóły, wspomnę tylko, że był to wyjazd dla mnie nietypowy, wręcz wyzwanie. Jak się okazało potem, przyniósł on dużo dobrego, nie tylko spory fragment jedwabnej bluzki. Nie wiedziałam, czy poza czasem spędzonym w busie będę miała dłuższe chwile na druty, lecz nie miało to znaczenia. Ani się nie spieszyłam, ani też nie spodziewałam się zauważalnego przybywania kolejnych rządków.

Jakże się zdziwiłam, gdy okazało się, że dojechałam do etapu rozdzielania rękawów i to akurat przed podróżą, w przeddzień wyjazdu. Nie miałam z sobą żyłek pomocniczych ani resztek włóczek, bo, jak wcześniej wspomniałam, nie zabierałam akcesoriów dziewiarskich. Teoretycznie mogłam zamknąć oczka rękawów, a potem te zamknięcia pruć, ale zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby przełożenie oczek na zapasową nitkę.

Tylko skąd ją wziąć?

Była godzina 21, jedyny w okolicy sklepik spożywczo-chemiczny czynny był do 20, a poza tym nie było nawet szans, że kupię tam włóczki lub choćby nici. Będąc tam codziennie przez parę dni, asortyment znałam niemal na pamięć. Mimo wszystko postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem coś się nie zmieniło.

No cóż, najpierw zdziwiło mnie to, że sklep wciąż był otwarty, i już sam ten fakt dobrze wróżył. A potem okazało się, że na jednej z półek leżał koszyczek z przecenionymi dziwnymi rzeczami. Były to jakieś drobiazgi, zdekompletowane spinki… oraz dwie małe szpulki nici…

Nie wiem, co bardziej mnie ucieszyło, to, że zdobyłam potrzebny mi materiał, czy raczej ta niespodziewana sytuacja, to, że pojawiło się rozwiązanie — bez presji, bez oczekiwań, bez pretensji do siebie i do kogokolwiek.

A tak wygląda cała bluzeczka, dziewiarska pamiątka tego lata.








 








środa, 12 sierpnia 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 3.

Mijają kolejne letnie dni, blednie brąz opalenizny, więc zanim jeszcze zbledną wspomnienia i ostygnie zapał do kontynuowania rozpoczętego cyklu o dziewiarskich pamiątkach z tego lata, zabieram się za kolejny rozdział.

Szal pokazany w poprzednim poście (klik) w zasadzie mógłby być jedną z części tego cyklu, gdyż został zrobiony i sfotografowany latem, ale postanowiłam potraktować tę dzianinę osobno. Wplecione w nią wspomnienia, skojarzenia i nastroje wykraczają poza wakacyjne pamiątki, poza dziewiarskie konkrety. Ta dzianina otworzyła całkiem nową opowieść „Grechuta na drutach”.

Dzisiaj wracam do tego, co zaplanowałam wcześniej. Sięgam do zdjęć zrobionych w czerwcu na plaży, do trzeciej z gotowych już dzianin zabranych nad morze. Jako pierwszą pokazałam cekinową bluzeczkę (klik), druga była cieniowana chusta z jedwabiem (klik), a dziś czas na trzecią dzianinę. To bluzka z długim rękawem, z pięknej, brązowej mieszanki merynosa z jedwabiem, pierwsza rzecz zrobiona na drutach w tym roku.

Jednak podążając za wspomnieniami wplecionymi w tę dzianinę, sięgam wstecz jeszcze dalej niż do pierwszych dni bieżącego roku. Włóczka jest pamiątką z konkursu dziewiarskiego „Dzień dziergania skarpet”, przypadającego na 30 listopada. Kiedy to mogło być? Na pewno nie w ubiegłym roku, gdyż w 2025 nie było tego konkursu, zatem musiał to być rok 2024.

Wygrałam kupon na włóczkę skarpetkową od Dye Dye Done. Ależ to była radość! Ucieszyła mnie ta nagroda i wizja nowej włóczki, ale również fakt docenienia moich zachwytów nad skarpetkowym projektem Hanny Maciejewskiej. Były to skarpety Brier socks, które zrobiłam jeszcze kilka lat wcześniej i pokazywałam je w tym  poście.

Gdy chciałam zrealizować kupon, okazało się, że w tamtym momencie sklep nie miał włóczek skarpetkowych. Mogłam poczekać albo wybrać coś innego. Potraktowałam tę sytuację nie jako utrudnienie, ale nowe możliwości. Wybrałam Silky Merino, piękną, ręcznie farbowaną mieszankę jedwabiu i merino, dokupiłam większą ilość na sweterek.

Miło było zakończyć tamten rok wizją luksusowej dzianiny i potem, w sylwestrowe popołudnie, narzucić tę cudną nić na druty, a jeszcze wcześniej urocze warkoczowe precelki przewinąć w motki. Kupiłam gotowy wzór Aldous Isabell Kraemer. Spodobała mi się wygodna, prosta forma i możliwość noszenia jej zarówno na prawą, jak i lewą stronę.

Od stycznia zdążyłam już wykorzystać każdą z opcji, lecz nie zdecydowałam, którą wolę bardziej. Może przeglądając zdjęcia, znajdę różnice, które istotnie wpływają na wygląd tej bluzki😊

I to tyle na dzisiaj. W następnym poście planuję zaprezentować zrobioną tego lata bluzeczkę, którą już skończyłam, uprałam, ale jeszcze nie zdążyłam jej przymierzyć ani sfotografować. Myślę, że będzie jeszcze niejedna ku temu okazja.

A teraz czas na prezentację Aldous.

Wklejając zdjęcia na bloga, patrzę przede wszystkim, czy dobrze pokazują dzianinę, oczywiście zwracam uwagę na całość, na to, jak tło łączy się z dzianinowym obiektem. Czasem znajduję ciekawe powiązania, na przykład widok kwiatów dzikiej róży kwitnących na wydmach skojarzył mi się ze wspomnianymi wcześniej słonecznymi skarpetkami Brier socks. Brier to dzika róża😊

Ciekawa też jestem, czy będzie to ostatni rozdział o wakacyjnych pamiątkach dziewiarskich. Lato wciąż trwa, więc kto wie… To, że nie planuję dziewiarskich imprez ani specjalnych zakupów, wcale jeszcze nie znaczy, że nic się nie pojawi.




















czwartek, 6 sierpnia 2026

Grechuta na drutach

Grechuta na drutach. Inspiracje płynące z muzyki i poezji przeniesione do ręcznie robionej dzianiny. Czy to możliwe, czy wykonalne i czy w ogóle miałoby to sens? Takie pytania i wątpliwości pojawiły się trochę później, pierwotny zamysł był nagły, jasny, niebudzący wątpliwości. Teraz właśnie przyszło mi do głowy zupełnie nowe słowo „pozamysł” na określenie pomysłu pojawiającego się niezależnie od racjonalnych trybów myślenia. Oczywiście wiem, że jest mnóstwo już istniejących trafnych słów, choćby idea, lecz przecież nie zawsze trzeba korzystać z gotowych wzorów, można czasem spróbować inaczej. Sprawdza się to nie tylko w dziewiarstwie i tworzeniu rękodzieła, ale po prostu w życiu. Można, a nawet trzeba „chwytać myśli nagłe jasne”, zwłaszcza gdy są bliskie sercu, gdy czuje się, że wyrażają prawdę, która jest „gdzieś w nas”.

Brzmi zachęcająco, lekko i przyjemnie, ale nie zawsze będzie to szło tak gładko. Zaraz potem pojawiają się obawy, wątpliwości, oceny, umniejszanie, dezaprobata, gdy już „myśl w własne wątpia zapuściła szpony i gryzie siebie sama w swej własnej otchłani”. Zawsze lubiłam ten obraz, bo choć taki lepki i mroczny, to trochę mnie śmieszył i pomagał zdystansować się do moich osobistych stanów tego typu. Poza tym jako dziewiarka zamiast szponów myśli mogę użyć ostrych drutów i za ich pomocą tworzyć nowe obrazy, a nawet krajobrazy.

Pamiętam dobrze tamten dzień ubiegłego lata. Podążałam wzorkiem – oj, przepraszam – wzrokiem za kołującymi jaskółkami i przypomniało mi się wiele dobrych rzeczy związanych z tymi ptakami. Bardzo dobry był już sam ten moment, kiedy przerwałam inne zajęcia, inne myśli i popatrzyłam do góry, na chmury i na te ptaki. Wówczas moje myśli zaczęły krążyć swobodnie, bardzo spodobało mi się, jak te „jaskółki kreślą nad wodami freski”, odezwała się we mnie dziecięca radość i poczułam, jak „gdzieś w nas płoszą dzieci jaskółki”.

Jakie to szczęście, że właśnie takie piosenki wracają do mnie same. Nasuwa się tu porównanie do ptaków wracających do swoich gniazd, ale nie byłoby ono trafne, gdyż niektóre utwory pojawiają się po wielu latach, a inne nigdzie nie odlatują, nie ma więc żadnej przewidywalności. Jest za to pewność, że one wszystkie są „gdzieś w nas”, nie tylko we mnie.

Może wypadałoby napisać jakieś wypracowanie o tym, jak twórczość Marka Grechuty wpłynęła na moją wrażliwość, na miłość do poezji, sposób patrzenia, czytania, słuchania, na radość życia… ale obawiam się, że nie potrafiłabym tego zamknąć w wypracowaniu. Poza tym mogłoby to być po prostu nudne. Zatem, nie chcąc czynić drugiemu, co tobie niemiłe, pomijam wątek wypracowań, uzasadnień i wyjaśnień, że naprawdę jestem w pewnym stopniu utkana z Grechuty. Bo jestem. I nadszedł czas, żeby wpleść to w dzianinę.

A choćby krytyczna część mojego umysłu próbowała spłoszyć te pomysły, to jednak bogactwo motywów obecnych w twórczości Marka Grechuty jest dla mnie tak pociągające, że nie ma już odwrotu.

Nawet fakt, że to są całkiem różne obszary: muzyka, poezja, dzianina – zamiast utrudniać zadanie, jeszcze bardziej mnie pociąga i daje swobodę interpretacji. Jeśli nie da się czegoś dosłownie odtworzyć, to otwiera się nowa przestrzeń w tworzeniu dzianiny. I choć dopiero poznaję te tereny, to już czuję się tam jak u siebie.

Pamiętam, jak podczas pracy nad wzorami maków i chabrów frustrowałam się, że nie wychodzą takie – no właśnie jakie? – jak na żywo, jak na zdjęciu. Mimo iż ta frustracja miała gorzkawy smak, zrozumiałam wtedy, że przecież wcale nie chodzi o idealną dosłowność, by dzianiną namalować polne kwiaty.

Nawet Marek Grechuta zastanawiał się, w imieniu Toulouse-Lautreca, „Jak namalować tańczącą bolero” i znalazł trafną odpowiedź: „chyba że z takiej pamięci”. Żadna tam pewność czy sprawdzona technika, po prostu własna pamięć, zapisane w umyśle i w ciele „kaskady rytmów i chęci”.

Pierwszą moją próbą dzianinowego „malowania” był ten szal (klik). Operując kolorami i rzędami skróconymi, pokazałam bliski sercu pejzaż: drogi, pagórki i wczesnowiosenne błota i śniegi. Tamten szal dał mi odwagę wplatać poezję na druty.

Nucę sobie słowa: „stoją gorzkie pagórki, bo gorzka jest zieleń, gdzie przebiega wilk nocy i prędki dnia jeleń”, albo „światło szeleści, zmawiają się liście na baśń co lasem jak niedźwiedź się toczy” i wiem, że nie chodzi mi o to, by opracować wzór na jelenia, wilka i niedźwiedzia, choć oczywiście nie wzbraniam się przed tą zwierzyną. 😉

Mam wiele pomysłów na kolejne motywy z Grechuty, lecz nie planuję rzeczy, które pomieściłyby w sobie jak najwięcej elementów, tak jak w Szopkach Krakowskich. Nie będą to wypełnione detalami epickie dzianiny, raczej snuć się będzie liryka, no i mam nadzieję, że nie pojawi się jakiś dramat.😉

Cały ten projekt, choć tak bardzo osobisty, pokazuje też, że jesteśmy częścią czegoś większego, bo ani przyroda, ani muzyka, ani literatura, ani Grechuta, ani druty, ani wzory nie są moją własnością. Wszystko jakoś wiąże się ze sobą, a korzystając z dostępnego dziedzictwa, możemy tworzyć nowe sploty.

W ramach inicjatywy „Polskie wzory w dziewiarstwie. Ujęcie współczesne” nasze poszukiwania doprowadzają także do tego, co jest bardzo blisko, po prostu „gdzieś w nas”.

Dziś przedstawiam pejzażowy szal z dzbanem. To szczególna dzianina, zrobiona na okrągłe urodziny mojej siostry. Wybrałam jej ulubione kolory i wplotłam bliskie sercu motywy.

Fraza „W dzbanie jeziora drzemie chłód niebieski” to fragment wiersza Tadeusza Nowaka „Krajobraz z wilgą i ludzie”, jeden z utworów ze znakomitej płyty „Pieśni Marka Grechuty do słów Tadeusza Nowaka”. Był czas, że słuchałyśmy tego na okrągło.

Szal powstawał długo, bowiem często wymagał operowania kilkoma nitkami jednocześnie. Na wyjazd nad morze też go zabrałam. Było parę chwil dogodnych, trochę przybyło podczas jazdy, trochę przy porannej kawie. Motywy układałam na wyczucie w trakcie pracy, a w drugiej części starałam się uzyskać efekt symetrii. Na każdej części jest jedna połówka dzbana, a po połączeniu widoczna jest całość.

Jednakowo ważna jak sam dzban jest cała reszta: cała okolica, cała przeszłość i wszystko, co z tej przeszłości stworzyło nasze teraz.

A oto ta dzianina: 


 























poniedziałek, 27 lipca 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 2.

Dziś, korzystając z wolnego popołudnia, wracam do opowieści o dziewiarskich pamiątkach z wakacji.

Otwieram folder ze zdjęciami i mam wrażenie, jakbym otwierała drzwi do tamtego czerwcowego dnia na plaży, kiedy powstawały zdjęcia moich trzech dzianin. Wydaje mi się, jakbym znów tam była, niemal słyszę szum fal, czuję piasek pod stopami… Ale te chwile są już wspomnieniem, które właśnie odświeżam i zarazem utrwalam poprzez dobre emocje i obrazy. Nie wątpię, że tak też będą działały dzianiny podczas ich używania. To coś, co długo powstaje, a potem długo cieszy.

Dobrze, że nie zamieściłam na blogu od razu wszystkich trzech rzeczy z całej sesji zdjęciowej. Chodziło mi o to, by każdą z dzianin zaprezentować osobno. Teraz dodatkowo dostrzegam, że nie tylko dzianiny na tym zyskują, ale i moje patrzenie, mam bowiem więcej dystansu. Jestem przecież już w innym miejscu, w innym czasie. A ten folder – ten portal – pozwala mi widzieć nieco inaczej i nawet trochę więcej.

Na przykład dopiero teraz zauważam, że kolejność fotografowania dzianin była odwrotna względem czasu ich powstawania. Pierwsza pod obiektyw trafiła bluzka z cekinami, najnowsza z dzianin. Potem owinęłam się cieniowaną chustą, zrobioną wcześniej niż bluzka, a jako ostatnia została sfotografowana dzianina wykonana wiele miesięcy wcześniej. Wyszło zabawnie, jakbym cofała się w czasie. I tak, zgodnie z tym porządkiem, pierwsza w wakacyjnym cyklu pojawiła się jedwabna, kolorowa bluzka z cekinami.

Dziś czas na chustę z kręgosłupem. Wraz z nią cofam się nie tylko do dnia zdjęciowego nad morzem, ale również do kwietniowych targów włóczkowych, bowiem bazowa przędza wykorzystana do tej dzianiny jest pamiątką z Yarnmarku. Motek luksusowej włóczki skarpetkowej Hot Socks Silk z jedwabiem od Woolloop wydawał mi się zbyt cenny na skarpety, a choć kocham je robić, to jednak włóczkę o tak zachwycających kolorach postanowiłam wykorzystać inaczej.

Zrobiłam trójkątną chustę sposobem dobrze mi znanym, wiele razy stosowanym, lecz po raz pierwszy ze świadomie użytym, niedawno poznanym określeniem „chusta z kręgosłupem”. Moje wcześniejsze chusty ażurowe miały żeberka. Jakże jednak mogłam lekceważyć tak istotny anatomiczny element jak kręgosłup? 😉 Takie to zaskoczenie wsteczne. 😉

Wracając do chusty – do bazowej, cieniowanej włóczki dodałam gładkie pasy zieleni, różu i fioletu z innych włóczek, pozostałości wcześniejszych projektów. Każdy z nich był jak odgałęzienie w pamięci prowadzące do innych dzianin, innych chwil, innych wspomnień. Nie będę jednak opisywać tych włókien ani dzielić ich na czworo lub pięcioro. Nie tylko dlatego, że są dodatkiem do kolorowej nitki głównej, ale także dlatego, że chusta jest nową, osobną dzianiną.

I to tyle wspomnień na dziś. Wróćmy do teraz, bo to właśnie jest czas na tworzenie przyszłych wspomnień.

Cdn…






 























Edycja. 30.07.2026

Wielobarwną chustę z jedwabiem pokazałam w całej jej rozciągłości i zwiewności w nadmorskich okolicznościach przyrody. Pięknie się ze sobą zgrały – kolorami, dynamiką, a nawet tym, że ażurowe szlaczki w dzianinie nawiązywały do linii falochronów zbudowanych z drewnianych słupków.

Bałtycka plaża, wakacyjne klimaty… Ale to nie tylko letnia chusta. Jej kolory zawierają w sobie wszystkie pory roku, połączone bez kontrastów i tak subtelnie, jak jeden dzień przechodzący w następny, gdy tylko od czasu do czasu pojawiają się wyraźniejsze zmiany, które potem znów płynnie wplatają się w codzienność.

Chłodne błękity, zielenie i fiolety tak harmonijnie łączą się z ciepłymi, słonecznymi tonami, że można z przyjemnością zatrzymywać wzrok na kolejnych fragmentach dzianiny i za każdym razem dostrzegać w nich coś nowego.

Podczas pracy zastanawiałam się nad wykończeniem. Zależało mi na prostocie. Nie chciałam ozdobnej, ażurowej koronki, a plisa ze ściegu francuskiego mogłaby okazać się zbyt ciężka wizualnie. Zastosowałam więc inne rozwiązanie – maleńkie pikotki poprzedzone dwoma rzędami ściegu ryżowego.

Dlatego edytuję ten post i dodaję kilka zdjęć detali. 😊