wtorek, 25 sierpnia 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 4.

Lato dobiega końca. Zdanie to nie odbiega od prawdy ani się z nią nie mija. Choć oczywiście czas letnich wakacji mija, to nie wydaje mi się, by działo się to w biegu. Dojrzałe lato niejako spowalnia, jest przyjemnie ociężałe, a za jakiś czas, gdzieś na skraju jesieni, połączy tę swoją ociężałość z lekkością. W ciepły, słoneczny dzień uniesie w tańcu nitki babiego lata.

Jeszcze trwa lato i bywa gorąco, jeszcze najcieńsze ubrania, może jeszcze raz gdzieś nad wodę… i jeszcze jeden odcinek o dziewiarskich wspomnieniach z wakacji.

O tej porze na letnie ubrania patrzy się już nieco inaczej, bo pojawiają się pytania: ile razy jeszcze będzie można to założyć, czy pogoda pozwoli. U mnie lato zwykle zaczyna się i kończy pakowaniem, lecz nie tym związanym z szykowaniem rzeczy na wyjazdy. Sezon otwiera wyjęcie letnich rzeczy, które potem, z nadejściem jesieni, znów się pakuje i odkłada. Dotyczy to też oczywiście letnich dzianin, ale nie wszystkich. Bluzeczka, którą dziś pokażę, choć jest jedną z najcieńszych rzeczy zrobionych przeze mnie na drutach, nie zostanie odłożona do następnego lata, nie zapadnie w sen zimowy. Może właśnie dlatego, że jest taka cieniutka, może być używana przez cały rok, nawet w chłodne dni, tyle że będzie miała jakieś inne warstwy na sobie.

Dzianina bardzo dobrze wpisuje się w temat wakacyjnych wspomnień. Już sam zakup włóczki był wakacyjną przygodą. Pamiętam, jak kilka lat temu mąż zaskoczył mnie propozycją, by wpaść do Kalwarii, bo stąd niedaleko, odwiedzisz wreszcie sklep Biferno. A ja na to… jak na lato😉 I tak prosto z drogi, bez wcześniejszego planowania, wpadłam do tego Biferno i chłonęłam świat włóczek wspaniałych, patrzyłam na kolory, jakbym chciała je wszystkie zapamiętać, bo nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle tam kiedyś jeszcze wrócę.

Wspominam to z sentymentem, bo wtedy nie przypuszczałam nawet, że Biferno pojawi się też w Krakowie. Podczas tamtej wizyty kupiłam rzeczy całkiem dla mnie nowe: rafię, z której zrobiłam kapelusz (klik) i torebkę (klik), oraz cieniuteńki jedwab, o którym od dawien dawna marzyłam, a dokładnie to od czasu, gdy na blogu „Knitolog w podróży” podziwiałam „Jedwabny szlak” Doroty, z prostymi i zachęcającymi instrukcjami (klik).

Ale mój własny jedwabny szlak był jeszcze bardzo daleko. Nawet gdy już kupiłam jedwab Maharaja Silk, odłożyłam go na dłuższy czas. Po jakimś roku ośmieliłam się przewinąć precelek, lecz nawet potem jedwab ten mnie onieśmielał. No i ta cienizna! To trzeba by robić ze dwa lata, myślałam, choć wiedziałam, że kiedyś przyjdzie na to czas.

I przyszedł, zupełnie nagle i niespodziewanie, gdy szukałam robótki na wyjazd, czegoś prostego, nieabsorbującego i w niewielkim rozmiarze. Rozpoczęcie jedwabnej koszulki wydawało się idealnym rozwiązaniem. W przeddzień wyjazdu nabrałam oczka na dekolt i połączyłam je w okrążeniu. Plan był prosty, same prawe, bez formowania dekoltu, z ażurową linią raglanu, więc nie potrzebowałam markerów ani żadnych innych akcesoriów. W kosmetyczce miałam tylko moteczek i druty, a przed sobą znane i nieznane jeszcze wtedy cele podróży.

Nie wchodząc w szczegóły, wspomnę tylko, że był to wyjazd dla mnie nietypowy, wręcz wyzwanie. Jak się okazało potem, przyniósł on dużo dobrego, nie tylko spory fragment jedwabnej bluzki. Nie wiedziałam, czy poza czasem spędzonym w busie będę miała dłuższe chwile na druty, lecz nie miało to znaczenia. Ani się nie spieszyłam, ani też nie spodziewałam się zauważalnego przybywania kolejnych rządków.

Jakże się zdziwiłam, gdy okazało się, że dojechałam do etapu rozdzielania rękawów i to akurat przed podróżą, w przeddzień wyjazdu. Nie miałam z sobą żyłek pomocniczych ani resztek włóczek, bo, jak wcześniej wspomniałam, nie zabierałam akcesoriów dziewiarskich. Teoretycznie mogłam zamknąć oczka rękawów, a potem te zamknięcia pruć, ale zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby przełożenie oczek na zapasową nitkę.

Tylko skąd ją wziąć?

Była godzina 21, jedyny w okolicy sklepik spożywczo-chemiczny czynny był do 20, a poza tym nie było nawet szans, że kupię tam włóczki lub choćby nici. Będąc tam codziennie przez parę dni, asortyment znałam niemal na pamięć. Mimo wszystko postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem coś się nie zmieniło.

No cóż, najpierw zdziwiło mnie to, że sklep wciąż był otwarty, i już sam ten fakt dobrze wróżył. A potem okazało się, że na jednej z półek leżał koszyczek z przecenionymi dziwnymi rzeczami. Były to jakieś drobiazgi, zdekompletowane spinki… oraz dwie małe szpulki nici…

Nie wiem, co bardziej mnie ucieszyło, to, że zdobyłam potrzebny mi materiał, czy raczej ta niespodziewana sytuacja, to, że pojawiło się rozwiązanie — bez presji, bez oczekiwań, bez pretensji do siebie i do kogokolwiek.

A tak wygląda cała bluzeczka, dziewiarska pamiątka tego lata.








 








środa, 12 sierpnia 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 3.

Mijają kolejne letnie dni, blednie brąz opalenizny, więc zanim jeszcze zbledną wspomnienia i ostygnie zapał do kontynuowania rozpoczętego cyklu o dziewiarskich pamiątkach z tego lata, zabieram się za kolejny rozdział.

Szal pokazany w poprzednim poście (klik) w zasadzie mógłby być jedną z części tego cyklu, gdyż został zrobiony i sfotografowany latem, ale postanowiłam potraktować tę dzianinę osobno. Wplecione w nią wspomnienia, skojarzenia i nastroje wykraczają poza wakacyjne pamiątki, poza dziewiarskie konkrety. Ta dzianina otworzyła całkiem nową opowieść „Grechuta na drutach”.

Dzisiaj wracam do tego, co zaplanowałam wcześniej. Sięgam do zdjęć zrobionych w czerwcu na plaży, do trzeciej z gotowych już dzianin zabranych nad morze. Jako pierwszą pokazałam cekinową bluzeczkę (klik), druga była cieniowana chusta z jedwabiem (klik), a dziś czas na trzecią dzianinę. To bluzka z długim rękawem, z pięknej, brązowej mieszanki merynosa z jedwabiem, pierwsza rzecz zrobiona na drutach w tym roku.

Jednak podążając za wspomnieniami wplecionymi w tę dzianinę, sięgam wstecz jeszcze dalej niż do pierwszych dni bieżącego roku. Włóczka jest pamiątką z konkursu dziewiarskiego „Dzień dziergania skarpet”, przypadającego na 30 listopada. Kiedy to mogło być? Na pewno nie w ubiegłym roku, gdyż w 2025 nie było tego konkursu, zatem musiał to być rok 2024.

Wygrałam kupon na włóczkę skarpetkową od Dye Dye Done. Ależ to była radość! Ucieszyła mnie ta nagroda i wizja nowej włóczki, ale również fakt docenienia moich zachwytów nad skarpetkowym projektem Hanny Maciejewskiej. Były to skarpety Brier socks, które zrobiłam jeszcze kilka lat wcześniej i pokazywałam je w tym  poście.

Gdy chciałam zrealizować kupon, okazało się, że w tamtym momencie sklep nie miał włóczek skarpetkowych. Mogłam poczekać albo wybrać coś innego. Potraktowałam tę sytuację nie jako utrudnienie, ale nowe możliwości. Wybrałam Silky Merino, piękną, ręcznie farbowaną mieszankę jedwabiu i merino, dokupiłam większą ilość na sweterek.

Miło było zakończyć tamten rok wizją luksusowej dzianiny i potem, w sylwestrowe popołudnie, narzucić tę cudną nić na druty, a jeszcze wcześniej urocze warkoczowe precelki przewinąć w motki. Kupiłam gotowy wzór Aldous Isabell Kraemer. Spodobała mi się wygodna, prosta forma i możliwość noszenia jej zarówno na prawą, jak i lewą stronę.

Od stycznia zdążyłam już wykorzystać każdą z opcji, lecz nie zdecydowałam, którą wolę bardziej. Może przeglądając zdjęcia, znajdę różnice, które istotnie wpływają na wygląd tej bluzki😊

I to tyle na dzisiaj. W następnym poście planuję zaprezentować zrobioną tego lata bluzeczkę, którą już skończyłam, uprałam, ale jeszcze nie zdążyłam jej przymierzyć ani sfotografować. Myślę, że będzie jeszcze niejedna ku temu okazja.

A teraz czas na prezentację Aldous.

Wklejając zdjęcia na bloga, patrzę przede wszystkim, czy dobrze pokazują dzianinę, oczywiście zwracam uwagę na całość, na to, jak tło łączy się z dzianinowym obiektem. Czasem znajduję ciekawe powiązania, na przykład widok kwiatów dzikiej róży kwitnących na wydmach skojarzył mi się ze wspomnianymi wcześniej słonecznymi skarpetkami Brier socks. Brier to dzika róża😊

Ciekawa też jestem, czy będzie to ostatni rozdział o wakacyjnych pamiątkach dziewiarskich. Lato wciąż trwa, więc kto wie… To, że nie planuję dziewiarskich imprez ani specjalnych zakupów, wcale jeszcze nie znaczy, że nic się nie pojawi.




















czwartek, 6 sierpnia 2026

Grechuta na drutach

Grechuta na drutach. Inspiracje płynące z muzyki i poezji przeniesione do ręcznie robionej dzianiny. Czy to możliwe, czy wykonalne i czy w ogóle miałoby to sens? Takie pytania i wątpliwości pojawiły się trochę później, pierwotny zamysł był nagły, jasny, niebudzący wątpliwości. Teraz właśnie przyszło mi do głowy zupełnie nowe słowo „pozamysł” na określenie pomysłu pojawiającego się niezależnie od racjonalnych trybów myślenia. Oczywiście wiem, że jest mnóstwo już istniejących trafnych słów, choćby idea, lecz przecież nie zawsze trzeba korzystać z gotowych wzorów, można czasem spróbować inaczej. Sprawdza się to nie tylko w dziewiarstwie i tworzeniu rękodzieła, ale po prostu w życiu. Można, a nawet trzeba „chwytać myśli nagłe jasne”, zwłaszcza gdy są bliskie sercu, gdy czuje się, że wyrażają prawdę, która jest „gdzieś w nas”.

Brzmi zachęcająco, lekko i przyjemnie, ale nie zawsze będzie to szło tak gładko. Zaraz potem pojawiają się obawy, wątpliwości, oceny, umniejszanie, dezaprobata, gdy już „myśl w własne wątpia zapuściła szpony i gryzie siebie sama w swej własnej otchłani”. Zawsze lubiłam ten obraz, bo choć taki lepki i mroczny, to trochę mnie śmieszył i pomagał zdystansować się do moich osobistych stanów tego typu. Poza tym jako dziewiarka zamiast szponów myśli mogę użyć ostrych drutów i za ich pomocą tworzyć nowe obrazy, a nawet krajobrazy.

Pamiętam dobrze tamten dzień ubiegłego lata. Podążałam wzorkiem – oj, przepraszam – wzrokiem za kołującymi jaskółkami i przypomniało mi się wiele dobrych rzeczy związanych z tymi ptakami. Bardzo dobry był już sam ten moment, kiedy przerwałam inne zajęcia, inne myśli i popatrzyłam do góry, na chmury i na te ptaki. Wówczas moje myśli zaczęły krążyć swobodnie, bardzo spodobało mi się, jak te „jaskółki kreślą nad wodami freski”, odezwała się we mnie dziecięca radość i poczułam, jak „gdzieś w nas płoszą dzieci jaskółki”.

Jakie to szczęście, że właśnie takie piosenki wracają do mnie same. Nasuwa się tu porównanie do ptaków wracających do swoich gniazd, ale nie byłoby ono trafne, gdyż niektóre utwory pojawiają się po wielu latach, a inne nigdzie nie odlatują, nie ma więc żadnej przewidywalności. Jest za to pewność, że one wszystkie są „gdzieś w nas”, nie tylko we mnie.

Może wypadałoby napisać jakieś wypracowanie o tym, jak twórczość Marka Grechuty wpłynęła na moją wrażliwość, na miłość do poezji, sposób patrzenia, czytania, słuchania, na radość życia… ale obawiam się, że nie potrafiłabym tego zamknąć w wypracowaniu. Poza tym mogłoby to być po prostu nudne. Zatem, nie chcąc czynić drugiemu, co tobie niemiłe, pomijam wątek wypracowań, uzasadnień i wyjaśnień, że naprawdę jestem w pewnym stopniu utkana z Grechuty. Bo jestem. I nadszedł czas, żeby wpleść to w dzianinę.

A choćby krytyczna część mojego umysłu próbowała spłoszyć te pomysły, to jednak bogactwo motywów obecnych w twórczości Marka Grechuty jest dla mnie tak pociągające, że nie ma już odwrotu.

Nawet fakt, że to są całkiem różne obszary: muzyka, poezja, dzianina – zamiast utrudniać zadanie, jeszcze bardziej mnie pociąga i daje swobodę interpretacji. Jeśli nie da się czegoś dosłownie odtworzyć, to otwiera się nowa przestrzeń w tworzeniu dzianiny. I choć dopiero poznaję te tereny, to już czuję się tam jak u siebie.

Pamiętam, jak podczas pracy nad wzorami maków i chabrów frustrowałam się, że nie wychodzą takie – no właśnie jakie? – jak na żywo, jak na zdjęciu. Mimo iż ta frustracja miała gorzkawy smak, zrozumiałam wtedy, że przecież wcale nie chodzi o idealną dosłowność, by dzianiną namalować polne kwiaty.

Nawet Marek Grechuta zastanawiał się, w imieniu Toulouse-Lautreca, „Jak namalować tańczącą bolero” i znalazł trafną odpowiedź: „chyba że z takiej pamięci”. Żadna tam pewność czy sprawdzona technika, po prostu własna pamięć, zapisane w umyśle i w ciele „kaskady rytmów i chęci”.

Pierwszą moją próbą dzianinowego „malowania” był ten szal (klik). Operując kolorami i rzędami skróconymi, pokazałam bliski sercu pejzaż: drogi, pagórki i wczesnowiosenne błota i śniegi. Tamten szal dał mi odwagę wplatać poezję na druty.

Nucę sobie słowa: „stoją gorzkie pagórki, bo gorzka jest zieleń, gdzie przebiega wilk nocy i prędki dnia jeleń”, albo „światło szeleści, zmawiają się liście na baśń co lasem jak niedźwiedź się toczy” i wiem, że nie chodzi mi o to, by opracować wzór na jelenia, wilka i niedźwiedzia, choć oczywiście nie wzbraniam się przed tą zwierzyną. 😉

Mam wiele pomysłów na kolejne motywy z Grechuty, lecz nie planuję rzeczy, które pomieściłyby w sobie jak najwięcej elementów, tak jak w Szopkach Krakowskich. Nie będą to wypełnione detalami epickie dzianiny, raczej snuć się będzie liryka, no i mam nadzieję, że nie pojawi się jakiś dramat.😉

Cały ten projekt, choć tak bardzo osobisty, pokazuje też, że jesteśmy częścią czegoś większego, bo ani przyroda, ani muzyka, ani literatura, ani Grechuta, ani druty, ani wzory nie są moją własnością. Wszystko jakoś wiąże się ze sobą, a korzystając z dostępnego dziedzictwa, możemy tworzyć nowe sploty.

W ramach inicjatywy „Polskie wzory w dziewiarstwie. Ujęcie współczesne” nasze poszukiwania doprowadzają także do tego, co jest bardzo blisko, po prostu „gdzieś w nas”.

Dziś przedstawiam pejzażowy szal z dzbanem. To szczególna dzianina, zrobiona na okrągłe urodziny mojej siostry. Wybrałam jej ulubione kolory i wplotłam bliskie sercu motywy.

Fraza „W dzbanie jeziora drzemie chłód niebieski” to fragment wiersza Tadeusza Nowaka „Krajobraz z wilgą i ludzie”, jeden z utworów ze znakomitej płyty „Pieśni Marka Grechuty do słów Tadeusza Nowaka”. Był czas, że słuchałyśmy tego na okrągło.

Szal powstawał długo, bowiem często wymagał operowania kilkoma nitkami jednocześnie. Na wyjazd nad morze też go zabrałam. Było parę chwil dogodnych, trochę przybyło podczas jazdy, trochę przy porannej kawie. Motywy układałam na wyczucie w trakcie pracy, a w drugiej części starałam się uzyskać efekt symetrii. Na każdej części jest jedna połówka dzbana, a po połączeniu widoczna jest całość.

Jednakowo ważna jak sam dzban jest cała reszta: cała okolica, cała przeszłość i wszystko, co z tej przeszłości stworzyło nasze teraz.

A oto ta dzianina: 


 























poniedziałek, 27 lipca 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 2.

Dziś, korzystając z wolnego popołudnia, wracam do opowieści o dziewiarskich pamiątkach z wakacji.

Otwieram folder ze zdjęciami i mam wrażenie, jakbym otwierała drzwi do tamtego czerwcowego dnia na plaży, kiedy powstawały zdjęcia moich trzech dzianin. Wydaje mi się, jakbym znów tam była, niemal słyszę szum fal, czuję piasek pod stopami… Ale te chwile są już wspomnieniem, które właśnie odświeżam i zarazem utrwalam poprzez dobre emocje i obrazy. Nie wątpię, że tak też będą działały dzianiny podczas ich używania. To coś, co długo powstaje, a potem długo cieszy.

Dobrze, że nie zamieściłam na blogu od razu wszystkich trzech rzeczy z całej sesji zdjęciowej. Chodziło mi o to, by każdą z dzianin zaprezentować osobno. Teraz dodatkowo dostrzegam, że nie tylko dzianiny na tym zyskują, ale i moje patrzenie, mam bowiem więcej dystansu. Jestem przecież już w innym miejscu, w innym czasie. A ten folder – ten portal – pozwala mi widzieć nieco inaczej i nawet trochę więcej.

Na przykład dopiero teraz zauważam, że kolejność fotografowania dzianin była odwrotna względem czasu ich powstawania. Pierwsza pod obiektyw trafiła bluzka z cekinami, najnowsza z dzianin. Potem owinęłam się cieniowaną chustą, zrobioną wcześniej niż bluzka, a jako ostatnia została sfotografowana dzianina wykonana wiele miesięcy wcześniej. Wyszło zabawnie, jakbym cofała się w czasie. I tak, zgodnie z tym porządkiem, pierwsza w wakacyjnym cyklu pojawiła się jedwabna, kolorowa bluzka z cekinami.

Dziś czas na chustę z kręgosłupem. Wraz z nią cofam się nie tylko do dnia zdjęciowego nad morzem, ale również do kwietniowych targów włóczkowych, bowiem bazowa przędza wykorzystana do tej dzianiny jest pamiątką z Yarnmarku. Motek luksusowej włóczki skarpetkowej Hot Socks Silk z jedwabiem od Woolloop wydawał mi się zbyt cenny na skarpety, a choć kocham je robić, to jednak włóczkę o tak zachwycających kolorach postanowiłam wykorzystać inaczej.

Zrobiłam trójkątną chustę sposobem dobrze mi znanym, wiele razy stosowanym, lecz po raz pierwszy ze świadomie użytym, niedawno poznanym określeniem „chusta z kręgosłupem”. Moje wcześniejsze chusty ażurowe miały żeberka. Jakże jednak mogłam lekceważyć tak istotny anatomiczny element jak kręgosłup? 😉 Takie to zaskoczenie wsteczne. 😉

Wracając do chusty – do bazowej, cieniowanej włóczki dodałam gładkie pasy zieleni, różu i fioletu z innych włóczek, pozostałości wcześniejszych projektów. Każdy z nich był jak odgałęzienie w pamięci prowadzące do innych dzianin, innych chwil, innych wspomnień. Nie będę jednak opisywać tych włókien ani dzielić ich na czworo lub pięcioro. Nie tylko dlatego, że są dodatkiem do kolorowej nitki głównej, ale także dlatego, że chusta jest nową, osobną dzianiną.

I to tyle wspomnień na dziś. Wróćmy do teraz, bo to właśnie jest czas na tworzenie przyszłych wspomnień.

Cdn…






 























Edycja. 30.07.2026

Wielobarwną chustę z jedwabiem pokazałam w całej jej rozciągłości i zwiewności w nadmorskich okolicznościach przyrody. Pięknie się ze sobą zgrały – kolorami, dynamiką, a nawet tym, że ażurowe szlaczki w dzianinie nawiązywały do linii falochronów zbudowanych z drewnianych słupków.

Bałtycka plaża, wakacyjne klimaty… Ale to nie tylko letnia chusta. Jej kolory zawierają w sobie wszystkie pory roku, połączone bez kontrastów i tak subtelnie, jak jeden dzień przechodzący w następny, gdy tylko od czasu do czasu pojawiają się wyraźniejsze zmiany, które potem znów płynnie wplatają się w codzienność.

Chłodne błękity, zielenie i fiolety tak harmonijnie łączą się z ciepłymi, słonecznymi tonami, że można z przyjemnością zatrzymywać wzrok na kolejnych fragmentach dzianiny i za każdym razem dostrzegać w nich coś nowego.

Podczas pracy zastanawiałam się nad wykończeniem. Zależało mi na prostocie. Nie chciałam ozdobnej, ażurowej koronki, a plisa ze ściegu francuskiego mogłaby okazać się zbyt ciężka wizualnie. Zastosowałam więc inne rozwiązanie – maleńkie pikotki poprzedzone dwoma rzędami ściegu ryżowego.

Dlatego edytuję ten post i dodaję kilka zdjęć detali. 😊










środa, 15 lipca 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 1.

Kiedy myślę o pamiątkach z wyjazdów, nasuwa mi się podział na trzy kategorie: pierwsza to rzeczy fizyczne, druga – niematerialne i trzecia – coś pomiędzy tymi dwoma. To, z czym się wraca, to przedmioty, wrażenia, doświadczenia i wreszcie zdjęcia, które później mogą odnawiać wspomnienia. Przyznam, że podoba mi się tak ułożony podział. Zaraz jednak przychodzi kolejna myśl, która, jak morska fala, zmywa ten porządek i nie ma w tym destrukcji, ale odświeżenie spojrzenia, pokazanie nowego obrazu muszli i kamyczków, obmycie piasku gładką taflą, a potem następna fala i kolejna, i tak od nowa. A ja mogłabym tam stać i stać, ale zaraz… przecież jestem już w domu, przed ekranem, i piszę tekst na bloga o wakacyjnych pamiątkach dziewiarskich. Zbudowany przeze mnie podział na trzy kategorie pamiątek, niczym babki z piasku, rozpływa się w wodzie i na nowo wraca do całości. Podoba mi się ten obraz.

Wiadomo, że materia i duch przenikają się wzajemnie, nasze myśli i wrażenia przekładają się na fizyczne, realne ścieżki neuronalne. Wszelkie doświadczenia, emocje i treści, którymi się karmimy, tworzą nasze życie. A skoro mowa o tworzeniu, to wsłuchując się w to słowo, uświadomiłam sobie, że aby móc tworzyć, trzeba się „o-tworzyć”: na głos intuicji, podszepty duszy i na to, co nowe, nieznane. Mogą temu sprzyjać wyjazdy, zwłaszcza gdy znajdzie się też miejsce na świadome przeżywanie, czas na skupienie, przyjęcie inspiracji i znalezienie dla nich odpowiedzi w swoim życiu. Ten ciąg dalszy następuje zwykle potem, po powrocie. Być może powyższe słowa wydadzą się komuś rozmyte i w zniecierpliwieniu chciałby przypomnieć mi, że miałam pisać o dziewiarskich pamiątkach, że co to niby za „wy-wody”, więc do brzegu, do brzegu… Spokojnie, będzie o dziewiarstwie. A na brzegu, w pewnym sensie, wciąż jestem. Patrzę na horyzont, na powierzchnię wody, przyjmuję kolejną falę, która może zmyć wszystkie słowa z poprzednich zdań.😊

Wróćmy więc do tematu. Czy mam aż tyle pamiątek dziewiarskich, że postanowiłam poświęcić temu kilka postów? Hmm. Zacznę może od tego, że od lat jakoś tak się składa, iż nie przywożę z wyjazdów żadnych włóczek, gadżetów ani czasopism. Nie żebym tego nie chciała, jednak nigdy nie był to cel podróży czy ważny punkt programu. Zdarzało się natomiast, że zatrzymywałam się obok sklepu z włóczkami, lecz akurat była to niedziela albo inny dzień, tylko godzina zbyt wczesna lub zbyt późna. Zdarzyło mi się też, że nawigacja wyprowadziła mnie… może nie w pole, ale na pewno nie do centrum włóczkowego. Nie płakałam z tego powodu, bo przy okazji poznałam piękne zakamarki Pragi.

Zatem skoro nie przywożę włóczek ani akcesoriów drutowych, to o jakich dziewiarskich pamiątkach jest mowa? O dwóch rodzajach. Pierwszy to rzeczy, które robię na drutach podczas podróży, drugi – zdjęcia dzianin zabieranych na wakacje właśnie w tym celu. To dobry czas i dobre miejsce na fotografowanie, a dzięki temu wakacyjne chwile zostają ze mną na dłużej. W tym roku, wybierając się nad morze, do relaksu z drutami zabrałam dwie bardzo różne robótki, a do sfotografowania wzięłam trzy dzianiny skończone już jakiś czas temu.

Dziś pokażę kolorową bluzkę z jedwabiu Madragoa Rosarios4. W ubiegłych latach z tej włóczki zrobiłam dwa letnie topy (ten i ten - podaję link do ravelry, gdyż właśnie odkryłam, że nie pokazałam go na blogu). Obydwie bluzeczki często noszę latem i bardzo je lubię. Miałam w zapasach moteczki w innych kolorach, przeznaczone na paseczkową dzianinkę. Lubiłam na nie patrzeć podczas przeglądania swoich skarbów. Połączenia wydawały mi się lekkie i optymistyczne. Podsuwałam je pod oczy wnuczce, lecz na niej nie zrobiły wrażenia. Cóż, przyszło mi zrobić coś dla siebie. 😉

Wiosną, na krakowskich targach włóczkowych, na stoisku Woolloop zobaczyłam włóczkę z subtelnymi cekinami i wykonany przez Monikę letni top z dodatkiem tej nitki (klik). Zachwycił mnie pomysł połączenia pastelowych pasów z błyszczącymi gdzieniegdzie cekinami oraz wykorzystanie wzoru szewronowego. Inspirując się tą dzianiną, postanowiłam po raz pierwszy w życiu zrobić coś z włóczką z cekinami. Pamiętając, jakie mam w domu kolory jedwabiu Madragoa, dobrałam kilka motków cekinowej Sesii Flora Paillettes. Zrobiłam dla siebie letnią bluzkę z rękawkami i dekoltem typu łódka. Robiłam na oko, od góry, metodą Contiguous, z podkrojem na przód, więc początek był nieco stresujący. Po pierwszej przymiarce dalsza praca była już przyjemnie dynamiczna – ze zmianą kolorów, dodawaniem cekinów i obserwowaniem, jak praca posuwa się naprzód. Efekt widać na poniższych zdjęciach. Delikatnie lśniące cekiny są jak biżuteria, jak refleksy zachodzącego słońca odbijające się na tafli wody…

Cdn.

















wtorek, 9 czerwca 2026

Makowiec

I oto mamy czerwiec. Uroda tego miesiąca rozkwita bujnością wszelakich kwiatów. Są wśród nich także maki, zachwycające wyrazistą, beztroską czerwienią, przykuwające uwagę, prowokujące uśmiech. Nie ma znaczenia, czy to wypielęgnowany ogród, ruderalne nasypy czy łan zboża – z każdego miejsca uśmiecha się ta czerwień, zaprasza do radości.

Siadając do pisania tego tekstu, miałam prosty plan – przedstawić dzianinę rzeczowo i krótko – co, z czego i dlaczego, a jeszcze krócej napisać o mojej makowej fascynacji, wspominając posty, w których ten temat rozwijałam – ten i ten. Jednak, dotknąwszy klawiatury, czuję, że nie tędy droga, że ten minimalistyczny, sprytny plan nie wyjdzie, właściwie już go nie ma, bo na wstępie się rozpisałam. Mam wrażenie, jakby coś jeszcze domagało się napisania. Nawet nie wiem, skąd taki zwrot i czy to w ogóle poprawne, ale z ciekawości idę za tym, za tą intuicją, za myślą, jak za kolejnym kwiatem maku, który fotografuję, jak za następnym rzędem oczek w dzianinie. Zobaczyć, jak wyjdzie. A może to coś więcej? Może gdyby zlekceważyło się w sobie to, co się tak domaga, człowiek zacząłby niedomagać? Z pewnością kontakt z naturą i moje druty uwalniają mnie od wielu niedomagań ciała i umysłu.

Wszystkie wcześniejsze makowe słowa rozsiane na moim blogu są nadal aktualne, ale jednak z upływem czasu trochę się zmieniło. Mój zachwyt makami nie zmalał ani trochę, może nawet się pogłębił. Dowiedziałam się, jak rozpoznać pąk, który otworzy się nazajutrz, kiedy rozkwitający mak zrzuci zielony czepeczek i dlaczego nie siadają na nich motyle. Jednak mimo odkrywania kolejnych makowych tajemnic niezmiennie zdumiewa mnie to, co widziałam i wiedziałam od zawsze – że są wspaniałe, piękne i delikatne. A jak człowiek pomyśli, że mak ma tylko cztery bardzo cieniutkie płatki, z których potrafi zbudować mnóstwo pełnych, dynamicznych form, to już po prostu głowa mała. W tym roku w moich ulubionych miejscach wyrosło więcej maków niż kiedykolwiek wcześniej, jakby wiedziały, że będą mile widziane i uwieczniane na fotografiach. Swoją drogą z tych zdjęć mógłby już powstać dość gruby album.

Makowe motywy pojawiły się także w prezentach. Wzrusza mnie myśl, że ktoś wybrał tę rzecz specjalnie dla mnie, wiedząc o mojej makowej słabości, przy okazji wzmacniając naszą przyjaźń. Bukiet namalowanych maków zobaczyłam też na tle sceny podczas koncertu z okazji Dnia Matki, a choć nie było to specjalnie dla mnie, też mnie wzruszyło, a może właśnie tym bardziej. Zostawmy jednak te sentymenty, przejdźmy do konkretów.

Od ostatniego makowego wpisu zaszła także zmiana na polu dziewiarskim – przybyła jedna duża dzianina. Jej to właśnie poświęcony jest ten wpis. Pomysł na sweter z wzorem moich maków dojrzewał powoli, czekał cierpliwie. Gdy pod postem, w którym pokazywałam makowy wzór, przeczytałam komentarz z sugestią swetra w maki, najpierw pomyślałam: „No nie, nie na sweter, gdzie ja bym w tym chodziła?”. I jak połączyć kolory? Nie chcę zbyt jaskrawo, no chyba że granat. Tak, mógłby być granat. Ale czerwień też jest piękna, żeby wpleść ją w codzienność, trzeba znaleźć dobre tło, może jakiś kamienny beż, szary brąz ożywiony czerwienią... Tak, to byłoby świetne. I takie obrazy malowały mi się w głowie przez jakiś czas. 

Aż nagle przyszedł mi do głowy pomysł na użycie włóczki Drops Daisy w kolorze ciemnoniebieskiej zieleni. Dobrze łączył się i z czerwienią, i z bladą zielenią przeznaczoną na łodygi i pąki. Chciałam zrobić sweter wygodny i ciekawy, zarówno wizualnie, jak i podczas pracy. Zdecydowałam się na raglan robiony od góry, który mogłam mierzyć w trakcie pracy. Jako że makowy motyw na tułowiu wymagał gładkiego tła, postanowiłam urozmaicić dzianinę w innych miejscach. Rękawy zrobiłam podwójnym ryżem, raglanowe plisy – ściągaczowymi pasami, które przedłużyłam po bokach swetra.

Plisę dekoltu wykonałam na podstawie tutorialu Barbary Kwater (link). Jest to nieco inny sposób na plisę z rulonikiem niż te, które robiłam wcześniej, trochę bardziej pracochłonny, ale wart tego wysiłku. Wygląda świetnie, trzyma całą górę i nie odkształca się w czasie noszenia.

W bokach swetra zrobiłam wpuszczane czerwone kieszenie, które przypominałyby otwierające się pąki maków. Nie wiedziałam, jak się to robi, nie znalazłam instruktaży, ale przecież nie zaczęłam robić na drutach wczoraj, stwierdziłam więc, że coś wymyślę.

W pierwszym podejściu kieszonki wyszły za wąskie, więc zaliczyłam prucie, ale cofnięcie się o kilka centymetrów nie bolało. Sweter robiłam bez korzystania z żadnego wzoru, lecz nie powiedziałabym, że na oko, bo wszystko mierzyłam i wyliczałam, dopasowując do swoich potrzeb.

Gdy na przodzie swetra zakwitły maki w dwóch odcieniach czerwieni, postanowiłam poczekać ze zdjęciami, aż pojawią się żywe maki. I oto są: