Z moimi drutami jest trochę tak jak z książkami. W danym momencie najważniejsza jest ta obecna – czy to lektura, czy robótka. Ma ona jednak powiązania z poprzednimi, które zawsze zostawiały coś po sobie, poruszały emocje, kształtowały gust, wzbogacały wiedzę.
Czasem uświadamiamy
sobie, że do czegoś nie chcemy już wracać, a czasem nabieramy apetytu na
więcej, wybiegamy w przyszłość, planujemy. Rozpatrujemy różne możliwości i
wiemy, że trzeba dokonać wyboru: na co się zdecydować, a co sobie darować. I
już w samych tych słowach jest pocieszenie po wszystkich niepodjętych
działaniach.
Darować sobie brzmi
jednakowo ładnie jak i dać sobie spokój. Korzystam więc z tych darów nie tylko
w dziewiarstwie. Wiedząc, że ręcznie robione dzianiny są czasochłonne,
starannie wybieram kolejne projekty, ciesząc się każdą chwilą z drutami. Nie
ścigam się, nie biorę udziału w zawodach, nie mam ambicji produkowania na akord
(aczkolwiek ostatnia moja praca trochę przypomina akordeon 😉).
Proces wyboru tego,
co będę robiła na drutach, jest osobną dziewiarską przygodą. Potrzeby,
możliwości, marzenia, zamówienia, inspiracje, pomysły – wszystkie wirują w
szalonym tańcu, z którego mam wyłowić to, w co się zaangażuję swoimi rękami,
głową, wyobraźnią i moim czasem.
A pomysłów mam
niemało: niektóre konkretne, z wydrukowanymi już wzorami; inne również
konkretne, lecz nie wymagające instrukcji – chusty, czapki, swetry, skarpety,
skarpety. Te skarpety dwa razy specjalnie napisałam, bo mogłabym ich robić
wiele, dużo więcej niż dwie pary.
Miewam jeszcze innego rodzaju pomysły, mniej sprecyzowane, są one trudne i zarazem pociągające. Tym razem w tej kategorii znajdują się poszukiwania w ramach projektu Polskie Wzory w Dziewiarstwie.Ujęcie współczesne, powstałego z inicjatywy Barbary Kwater.
Przeniesienie motywów związanych z polskim dziedzictwem do dzianiny to fenomenalny pomysł. Uczestnicząc w pracach grupy Posplatane, poznaję lub odkrywam na nowo skarby naszej kultury, jej bogactwo i różnorodność odbijające się w przedmiotach codziennego użytku, w sztuce, w przyrodzie. Odkrywam też w sobie żarliwą tęsknotę za tym, by wpleść w moje dzianiny elementy rodzimej kultury, przyrody – tego, co mnie ukształtowało, z czym jestem wciąż związana.
Polne maki, chabry,
dzikie róże, wcześniej pelargonie – te rośliny już są w moich dzianinach. Będę
do nich wracać, będę pracować nad innymi.
Pochylam się nad
detalami i myślę, jak połączyć więcej elementów w jednej spójnej formie. Mam
pewne wizje, wiem, jak mogłyby te dzianiny wyglądać, jakie motywy zawierać, lecz
zarówno technicznie, jak i kompozycyjnie są wciąż nieokreślone.
Mijają dni,
tygodnie, zmieniają się pory roku. Z Internetu wyskakują mi misterne dzianiny w
etno-trendzie albo żakardowe obrazy natury o takim stopniu skomplikowania, że
głowa mała. Zapisuję te bajeczne motyle albo jemiołuszki w jarzębinach i inne
cuda z całego świata. Zachwycam się nimi, ale nie jest to coś, co chciałabym
osiągnąć.
Jak już
wspomniałam, moje pomysły są jeszcze niedookreślone. Nie wiem, czy zdecydować
się na żakard, intarsję, kombinację prawych i lewych oczek czy haft na
dzianinie. Szczerze mówiąc, jakoś nic z tego mi nie pasuje. Czuję się, jakbym
stanęła na rozdrożu. Odkładam wszystkie dzianinowe myśli i obrazy, zostawiam
temat, odpuszczam. Skupiam się na tym, czego oczekuje ode mnie życie.
……
Jest pogodny lutowy
dzień. Jadę do rodziców i patrzę na błękitne niebo, na pola gdzieniegdzie
pokryte jeszcze śniegiem, na cieniowane połacie pejzażu. Nieregularne,
harmonijnie ułożone pasy – od zawsze bardzo podobał mi się ten widok.
Nagle olśniło mnie,
że właśnie takie pasiaki chcę zrobić na drutach – włóczką namalować drogi,
pola, pagórki. Błyskawicznie przyszedł mi też do głowy pomysł, jak technicznie
poprowadzić te nieregularne bruzdy pól – rzędy skrócone!
To było jak nagły
błysk, więc tak naprawdę nie wiem, czy ten pomysł na rzędy skrócone przyszedł
drogą ekspresową krajową, czy może polną dróżką albo jakąś ścieżką na skróty.
Wieczorem, po
powrocie do domu, nabrałam oczka na druty, żeby chociaż spróbować, czy to
możliwe. Wciąż nie wiedziałam, jak to ogarnąć, jak zdyscyplinować przejścia i
brzegi. Od czego zacząć? Hmm… najlepiej od początku.
Na przykład od
prostego prostokątnego szala – ta forma często jest pierwszą pracą wykonywaną
na drutach. Potem będą inne szale, inne swetry, inne pasma, pola, pory roku i
kolory. Aktualnie pejzaż na mojej dzianinie ma kolorystykę zbliżoną do tej,
którą zobaczyłam w naturze.
Z własnych zapasów
wybrałam pasujące włóczki. Zaczęłam od ziemistej, dodałam też bieli na śnieg –
wcale nie śnieżnej. Potem dołączyłam zieleń: najpierw spłowiałą, potem ciemną,
jodłową, i wreszcie doszłam do błękitu nieba, do białych pasm obłoków. W połowie
odwróciłam kolejność, aby kompozycja była symetryczna.
Ubierając ten szal,
mogę mieć głowę w chmurach, nie tracąc ugruntowania i kontaktu z ziemią 😊
Do tego krajobrazu
wybrałam włóczki z tego, co miałam. Najbardziej ucieszyło mnie użycie włóczki
Limba Feine Merinowolle SSK. Kilka lat temu kupiłam dwa moteczki z
przekonaniem, że są mi one bardzo potrzebne, choć nie wiedziałam do czego.
Nigdy nie byłam fanką bukli, nie zachwycił mnie też bury kolor – dziwne to
było.
Teraz okazało się,
że właśnie ta dziwna przędza kolorem i strukturą idealnie tworzy obraz grud
ziemi, a że to merynos, jest też bardzo miła dla ciała. Dodałam do tego
cieniuteńką, merynosową niteczkę Sesia Finissimo w identycznym kolorze.
Pozostałe użyte
włóczki to również naturalne włókna: merynosy i alpaki, trochę kaszmiru – Holst
Garn Titicaca, Alpaka i Flora Drops, Hot Socks Pearl Grundl.
Niby zwyczajny
szal, a dla mnie to dzianina wyjątkowa, osobista. Ten krajobraz nie jest
przecież moją własnością. Mam nadzieję, że Wam też coś przypomina, a może nawet
porusza jakieś dobre struny…
A oto i ten szal –
zdjęcia na balkonie, w lesie i na łąkach, wiele kilometrów od tamtych pól.
Tutaj też dobrze się wpisuje.








