I oto mamy czerwiec. Uroda
tego miesiąca rozkwita bujnością wszelakich kwiatów. Są wśród nich także maki,
zachwycające wyrazistą, beztroską czerwienią, przykuwające uwagę, prowokujące
uśmiech. Nie ma znaczenia, czy to wypielęgnowany ogród, ruderalne nasypy czy
łan zboża – z każdego miejsca uśmiecha się ta czerwień, zaprasza do radości.
Siadając do pisania tego
tekstu, miałam prosty plan – przedstawić dzianinę rzeczowo i krótko – co, z
czego i dlaczego, a jeszcze krócej napisać o mojej makowej fascynacji,
wspominając posty, w których ten temat rozwijałam – ten i ten. Jednak,
dotknąwszy klawiatury, czuję, że nie tędy droga, że ten minimalistyczny,
sprytny plan nie wyjdzie, właściwie już go nie ma, bo na wstępie się
rozpisałam. Mam wrażenie, jakby coś jeszcze domagało się napisania. Nawet nie
wiem, skąd taki zwrot i czy to w ogóle poprawne, ale z ciekawości idę za tym,
za tą intuicją, za myślą, jak za kolejnym kwiatem maku, który fotografuję, jak
za następnym rzędem oczek w dzianinie. Zobaczyć, jak wyjdzie. A może to coś
więcej? Może gdyby zlekceważyło się w sobie to, co się tak domaga, człowiek
zacząłby niedomagać? Z pewnością kontakt z naturą i moje druty uwalniają mnie
od wielu niedomagań ciała i umysłu.
Wszystkie wcześniejsze makowe słowa rozsiane na
moim blogu są nadal aktualne, ale jednak z upływem czasu trochę się zmieniło.
Mój zachwyt makami nie zmalał ani trochę, może nawet się pogłębił. Dowiedziałam
się, jak rozpoznać pąk, który otworzy się nazajutrz, kiedy rozkwitający mak
zrzuci zielony czepeczek i dlaczego nie siadają na nich motyle. Jednak mimo
odkrywania kolejnych makowych tajemnic niezmiennie zdumiewa mnie to, co
widziałam i wiedziałam od zawsze – że są wspaniałe, piękne i delikatne. A jak
człowiek pomyśli, że mak ma tylko cztery bardzo cieniutkie płatki, z których potrafi
zbudować mnóstwo pełnych, dynamicznych form, to już po prostu głowa mała. W tym
roku w moich ulubionych miejscach wyrosło więcej maków niż kiedykolwiek
wcześniej, jakby wiedziały, że będą mile widziane i uwieczniane na
fotografiach. Swoją drogą z tych zdjęć mógłby już powstać dość gruby album.
Makowe motywy pojawiły się
także w prezentach. Wzrusza mnie myśl, że ktoś wybrał tę rzecz specjalnie dla
mnie, wiedząc o mojej makowej słabości, przy okazji wzmacniając naszą przyjaźń.
Bukiet namalowanych maków zobaczyłam też na tle sceny podczas koncertu z okazji
Dnia Matki, a choć nie było to specjalnie dla mnie, też mnie wzruszyło, a może
właśnie tym bardziej. Zostawmy jednak te sentymenty, przejdźmy do konkretów.
Od ostatniego makowego wpisu zaszła także zmiana na polu dziewiarskim – przybyła jedna duża dzianina. Jej to właśnie poświęcony jest ten wpis. Pomysł na sweter z wzorem moich maków dojrzewał powoli, czekał cierpliwie. Gdy pod postem, w którym pokazywałam makowy wzór, przeczytałam komentarz z sugestią swetra w maki, najpierw pomyślałam: „No nie, nie na sweter, gdzie ja bym w tym chodziła?”. I jak połączyć kolory? Nie chcę zbyt jaskrawo, no chyba że granat. Tak, mógłby być granat. Ale czerwień też jest piękna, żeby wpleść ją w codzienność, trzeba znaleźć dobre tło, może jakiś kamienny beż, szary brąz ożywiony czerwienią... Tak, to byłoby świetne. I takie obrazy malowały mi się w głowie przez jakiś czas.
Aż nagle przyszedł mi do głowy pomysł na użycie włóczki Drops Daisy w kolorze ciemnoniebieskiej zieleni. Dobrze łączył się i z czerwienią, i z bladą zielenią przeznaczoną na łodygi i pąki. Chciałam zrobić sweter wygodny i ciekawy, zarówno wizualnie, jak i podczas pracy. Zdecydowałam się na raglan robiony od góry, który mogłam mierzyć w trakcie pracy. Jako że makowy motyw na tułowiu wymagał gładkiego tła, postanowiłam urozmaicić dzianinę w innych miejscach. Rękawy zrobiłam podwójnym ryżem, raglanowe plisy – ściągaczowymi pasami, które przedłużyłam po bokach swetra.
Plisę dekoltu wykonałam na
podstawie tutorialu Barbary Kwater (link). Jest to nieco inny sposób na plisę z
rulonikiem niż te, które robiłam wcześniej, trochę bardziej pracochłonny, ale
wart tego wysiłku. Wygląda świetnie, trzyma całą górę i nie odkształca się w
czasie noszenia.
W bokach swetra zrobiłam wpuszczane czerwone
kieszenie, które przypominałyby otwierające się pąki maków. Nie wiedziałam, jak
się to robi, nie znalazłam instruktaży, ale przecież nie zaczęłam robić na
drutach wczoraj, stwierdziłam więc, że coś wymyślę.
W pierwszym podejściu
kieszonki wyszły za wąskie, więc zaliczyłam prucie, ale cofnięcie się o kilka
centymetrów nie bolało. Sweter robiłam bez korzystania z żadnego wzoru, lecz
nie powiedziałabym, że na oko, bo wszystko mierzyłam i wyliczałam, dopasowując
do swoich potrzeb.
Gdy na przodzie swetra zakwitły maki w dwóch
odcieniach czerwieni, postanowiłam poczekać ze zdjęciami, aż pojawią się żywe
maki. I oto są: