wtorek, 25 sierpnia 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 4.

Lato dobiega końca. Zdanie to nie odbiega od prawdy ani się z nią nie mija. Choć oczywiście czas letnich wakacji mija, to nie wydaje mi się, by działo się to w biegu. Dojrzałe lato niejako spowalnia, jest przyjemnie ociężałe, a za jakiś czas, gdzieś na skraju jesieni, połączy tę swoją ociężałość z lekkością. W ciepły, słoneczny dzień uniesie w tańcu nitki babiego lata.

Jeszcze trwa lato i bywa gorąco, jeszcze najcieńsze ubrania, może jeszcze raz gdzieś nad wodę… i jeszcze jeden odcinek o dziewiarskich wspomnieniach z wakacji.

O tej porze na letnie ubrania patrzy się już nieco inaczej, bo pojawiają się pytania: ile razy jeszcze będzie można to założyć, czy pogoda pozwoli. U mnie lato zwykle zaczyna się i kończy pakowaniem, lecz nie tym związanym z szykowaniem rzeczy na wyjazdy. Sezon otwiera wyjęcie letnich rzeczy, które potem, z nadejściem jesieni, znów się pakuje i odkłada. Dotyczy to też oczywiście letnich dzianin, ale nie wszystkich. Bluzeczka, którą dziś pokażę, choć jest jedną z najcieńszych rzeczy zrobionych przeze mnie na drutach, nie zostanie odłożona do następnego lata, nie zapadnie w sen zimowy. Może właśnie dlatego, że jest taka cieniutka, może być używana przez cały rok, nawet w chłodne dni, tyle że będzie miała jakieś inne warstwy na sobie.

Dzianina bardzo dobrze wpisuje się w temat wakacyjnych wspomnień. Już sam zakup włóczki był wakacyjną przygodą. Pamiętam, jak kilka lat temu mąż zaskoczył mnie propozycją, by wpaść do Kalwarii, bo stąd niedaleko, odwiedzisz wreszcie sklep Biferno. A ja na to… jak na lato😉 I tak prosto z drogi, bez wcześniejszego planowania, wpadłam do tego Biferno i chłonęłam świat włóczek wspaniałych, patrzyłam na kolory, jakbym chciała je wszystkie zapamiętać, bo nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle tam kiedyś jeszcze wrócę.

Wspominam to z sentymentem, bo wtedy nie przypuszczałam nawet, że Biferno pojawi się też w Krakowie. Podczas tamtej wizyty kupiłam rzeczy całkiem dla mnie nowe: rafię, z której zrobiłam kapelusz (klik) i torebkę (klik), oraz cieniuteńki jedwab, o którym od dawien dawna marzyłam, a dokładnie to od czasu, gdy na blogu „Knitolog w podróży” podziwiałam „Jedwabny szlak” Doroty, z prostymi i zachęcającymi instrukcjami (klik).

Ale mój własny jedwabny szlak był jeszcze bardzo daleko. Nawet gdy już kupiłam jedwab Maharaja Silk, odłożyłam go na dłuższy czas. Po jakimś roku ośmieliłam się przewinąć precelek, lecz nawet potem jedwab ten mnie onieśmielał. No i ta cienizna! To trzeba by robić ze dwa lata, myślałam, choć wiedziałam, że kiedyś przyjdzie na to czas.

I przyszedł, zupełnie nagle i niespodziewanie, gdy szukałam robótki na wyjazd, czegoś prostego, nieabsorbującego i w niewielkim rozmiarze. Rozpoczęcie jedwabnej koszulki wydawało się idealnym rozwiązaniem. W przeddzień wyjazdu nabrałam oczka na dekolt i połączyłam je w okrążeniu. Plan był prosty, same prawe, bez formowania dekoltu, z ażurową linią raglanu, więc nie potrzebowałam markerów ani żadnych innych akcesoriów. W kosmetyczce miałam tylko moteczek i druty, a przed sobą znane i nieznane jeszcze wtedy cele podróży.

Nie wchodząc w szczegóły, wspomnę tylko, że był to wyjazd dla mnie nietypowy, wręcz wyzwanie. Jak się okazało potem, przyniósł on dużo dobrego, nie tylko spory fragment jedwabnej bluzki. Nie wiedziałam, czy poza czasem spędzonym w busie będę miała dłuższe chwile na druty, lecz nie miało to znaczenia. Ani się nie spieszyłam, ani też nie spodziewałam się zauważalnego przybywania kolejnych rządków.

Jakże się zdziwiłam, gdy okazało się, że dojechałam do etapu rozdzielania rękawów i to akurat przed podróżą, w przeddzień wyjazdu. Nie miałam z sobą żyłek pomocniczych ani resztek włóczek, bo, jak wcześniej wspomniałam, nie zabierałam akcesoriów dziewiarskich. Teoretycznie mogłam zamknąć oczka rękawów, a potem te zamknięcia pruć, ale zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby przełożenie oczek na zapasową nitkę.

Tylko skąd ją wziąć?

Była godzina 21, jedyny w okolicy sklepik spożywczo-chemiczny czynny był do 20, a poza tym nie było nawet szans, że kupię tam włóczki lub choćby nici. Będąc tam codziennie przez parę dni, asortyment znałam niemal na pamięć. Mimo wszystko postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem coś się nie zmieniło.

No cóż, najpierw zdziwiło mnie to, że sklep wciąż był otwarty, i już sam ten fakt dobrze wróżył. A potem okazało się, że na jednej z półek leżał koszyczek z przecenionymi dziwnymi rzeczami. Były to jakieś drobiazgi, zdekompletowane spinki… oraz dwie małe szpulki nici…

Nie wiem, co bardziej mnie ucieszyło, to, że zdobyłam potrzebny mi materiał, czy raczej ta niespodziewana sytuacja, to, że pojawiło się rozwiązanie — bez presji, bez oczekiwań, bez pretensji do siebie i do kogokolwiek.

A tak wygląda cała bluzeczka, dziewiarska pamiątka tego lata.








 








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz