Na przestrzeni tych kilku lat prowadzenia bloga pisałam o wielu stanach i doświadczeniach związanych z moją dzianinową pasją: o twórczej energii, o niedoborach i nadmiarach, o uniesieniach, zaskoczeniach, oczarowaniach i rozczarowaniach, o zmaganiach z materią włóczek i emocji, o błogim relaksie, o tęsknocie i o spełnieniu. Jak dotąd jednak nie pojawił się na tych stronach stan obojętności połączonej z niemocą — a właśnie taka sytuacja miała miejsce wczoraj.
Leżałam pod kocem, obok miałam koszyczek z
robótką: drugi rękaw swetra, a więc etap prosty, przyjemny, zazwyczaj bardzo
zachęcający do pracy, by jak najszybciej zobaczyć skończoną dzianinę. Nie tym
razem. Miałam przestrzeń, miejsce i czas — wystarczyło tylko sięgnąć ręką, by
oddać się znanej czynności. Mimo sprzyjających okoliczności nie zaiskrzyło.
Koszyczek z drutami leżał obok, ja leżałam i patrzyłam.
Mąż, przynosząc mi herbatę, zdziwił się tym,
co zobaczył, i stwierdził, że faktycznie mnie wzięło. Przeziębienie. Nie wiem,
czy bardziej ono mnie dopadło, czy ja je złapałam — w każdym razie już z tych
słów domyślać się można sporej dynamiki, która doprowadziła mnie do obecnego
stanu. Wiedziałam, że najlepsze, co mogę i co chcę zrobić, to po prostu się
zatrzymać, położyć, a pewne rzeczy poodkładać lub odwołać. W tych słowach też
dostrzegam ruch, dynamikę — ta aktywność jest dla mnie nie tylko ciekawa, ale
też optymistyczna. Świadoma decyzja o niedziałaniu to w zasadzie akt działania.
Wróćmy jednak do drutów. Patrząc na ten
koszyczek z niedokończonym swetrem, zaczęłam myśleć o moich dziewiarskich
sprawach i blogowych planach, o tym, że nowe pomysły muszą poczekać, a nienowe,
już skończone, też wciąż czekają, i że znowu nie zrobię zdjęć ceglastej
sukienki, którą tak lubię.
No cóż, bywa i tak. Są chwile dziewiarskiej obojętności i niemocy — krótsze
lub dłuższe, bo różnie w życiu bywa. Oj, nie chciałabym bywać często w takim
stanie, jednak doceniam swoje wczorajsze doświadczenie i to, co mi ono
pokazało.
Patrząc (w wyobraźni) na wszystkie moje
dzianiny z przełomu roku, uświadomiłam sobie, że łączy je wspólny element:
każda z nich czeka na publikację, na zdjęcia lepsze niż te, które mam.
Przypomniałam sobie słowa, że lepsze jest wrogiem dobrego i że to, co zrobione,
jest lepsze od zaplanowanego idealnego. No przecież! Nagle moje niedokończone
blogowe wątki ułożyły się w jeden wzór. Uznanie tego, co jest — po prostu, bez
„gdyby jeszcze”, „gdyby tak”, „może lepsze zdjęcia…” Przypomniałam sobie słowa
piosenki ze słowem gdyby — „Gdzie tak pięknie?” autorstwa Łony i Webbera.
Uznanie tego, co jest, i akceptacja niedoskonałości to nie pochwała bylejakości.
Oczywiście, że chcę zrobić dzianinę najlepiej, jak potrafię, i pokazać ją na
pięknych fotografiach, ale nie mam wpływu na wszystko, zwłaszcza na aurę i
światło zimową porą. Zatem, pod wpływem tego natchnienia z niemocy, odsłaniam
moje katalogi i po kolei pokazuję dzianiny z przełomu roku.
La Neige — sukienka, która pierwotnie miała być swetrem,
powstała w ramach testu dla Reni Grabskiej Comfort Zone Knits. Pomysł, by zamiast swetra
zrobić dłuższą tunikę, pojawił się dzięki pomyłce. Już zbliżałam się do dolnego
ściągacza, gdy zauważyłam błąd w warkoczach — widoczny, nieakceptowalny.
Zamiast skończyć szybko i nazajutrz cieszyć się swetrem, musiałam spruć całkiem
sporo i właśnie podczas tego prucia przyszła do mnie myśl (znów ta dynamika),
że fajna byłaby dłuższa dzianina. Pomysł ten tak mi się spodobał, że zamówiłam
więcej włóczki i w końcu zrobiłam sukienkę. Bardzo ją lubię, chodzę w niej
często, jest szalenie wygodna — pod tym względem wzory Reni są po prostu
doskonałe. Jedyny problem z tą dzianiną jest taki, że jak dotąd mam tylko jedno
zdjęcie. Ale przecież nawet to jedno mogę zamieścić na blogu — regulamin na
moim blogu nie jest przecież surowy.
Kolejna rzecz to dwa komplety dla Ani,
zrobione z merynosowej włóczki Peo. Pierwszy zestaw, w ciemnoróżowym kolorze,
to narzutka–ponczo oraz luźna, ażurowa czapka. Zdjęcia na czarnym tle, w
uroczej kawiarni, budzą teatralne skojarzenia i wrażenia.
Drugi komplet, w kolorze turkusowym, to długi
szal zrobiony wzorem pawie oczka. Jako że miałam zapas włóczki, zrobiłam dwie
czapki. Zdjęcia powstały w warunkach zimowych, domowych, na manekinie.
I na koniec — skarpety, które zrobiłam w
ramach gwiazdkowych prezentów. Dowód na to, że to bardzo wdzięczna do
fotografowania forma: dobrze wychodzi na płasko, jeszcze lepiej na nodze, łatwo
doświetlić niewielki kadr.
To tyle. Wszystkim czytającym życzę dużo
zdrowia — dbajcie o siebie 😊





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz