wtorek, 17 marca 2026

Płodozmian

 Po kilku ciepłych, słonecznych dniach wróciła chłodniejsza pogoda. Wystawiając nos w stronę słońca, chciało się myśleć, że skoro już coraz bliżej wiosny, to może być tylko cieplej. Co tam prawdopodobieństwo. Co tam doświadczenie minionych lat czy prastare przysłowie o marcowym garncu. Liczyła się ta chwila w promieniach słońca, w powietrzu wiosenny już zapach i bezdyskusyjnie entuzjastyczny śpiew ptaków. Czułam, jakby ta radość była współdzielona – z wychodzącymi z ziemi roślinami i z kolorami wszystkich bratków.

Tymczasem temperatura spadła, trzeba cieplej się ubrać, mieć na głowie czapkę, zwłaszcza rano. Jednak mimo tego chłodu ptaki nie przestały śpiewać, a kwiaty coraz bardziej cieszyć oczu.

Miałam na dziś plany plenerowe, ale zmodyfikowałam je z powodu pogody. Zostałam w domu i stwierdziłam, że to dobry moment, by pokazać na blogu dzianinowe akcesoria zrobione u schyłku zimy.

Szal z przedwiosennym pejzażem, o którym pisałam w poprzednim poście (klik), przez swoje zmienne pasy pasuje także jako ilustracja mojego podejścia do dziewiarskiej pasji. Jak wielokrotnie pisałam, lubię płodozmian. Przeplatanie różnych rodzajów dzianin sprawia, że nigdy nie ma nudy. Lepiej się czuję, gdy mam na drutach ze trzy robótki. Zawsze jest ta jedna, najważniejsza aktualnie praca, a poza tym są też inne w tle, czekające albo na rozwinięcie akcji, albo na zakończenie. Są takie, które wymagają czasu, spokoju i warunków do skupienia, inne zaś – tzw. robótki telewizyjne – sprzyjają uspokojeniu, wyciszeniu. Zdarzają się też projekty pilne, ważne, choć nieplanowane.

Właśnie taki wpadł mi na druty, gdy pracowałam nad szalem. Już rozkminiłam rzędy skrócone, już ustaliłam, jak mają układać się pasma, i zaczęłam się rozkręcać, gdy wnuczek oznajmił: „chciałbym rękawiczki i czapkę”. Tego samego dnia wieczorem chwyciłam za druty, odkładając wcześniejszą pracę. Swoją drogą mój szal nie poleżał zbyt długo odłogiem, bowiem zamówienie Karola robiłam trochę w pośpiechu, żeby dziecko zdążyło jeszcze ubrać wymyślone przez siebie dzianinki. I czapka, i rękawiczki miały powstać na podstawie jego pomysłu. Czapka miała być z pomponem, z dwoma paskami. „Nuda” – pomyślałam – i znalazłam wzór również paskowy, ale z zygzakami, który spodobał się Karolowi. Rękawiczki miały mieć czubki dużych palców w innym kolorze, a na wierzchu każdej ręki oczka i buźkę. Tutaj, bez konsultacji z autorem projektu, dodałam jeszcze kuleczkowy nosek i zmieniłam linię ust – prostą kreskę zastąpiłam uśmiechem.

Zadowolona z efektu pokazałam Karolowi rękawiczki, lecz jego mina nie przypominała tej z rękawiczki. Miało być inaczej, bez noska i usta proste. Na szczęście nie był to żakard, tylko haft, który mogłam zmienić, więc zmieniłam. Zgodnie z pomysłem Karola.

I tak oto w dziewiarskiej przygodzie znalazła się lekcja o tym, że każdy ma swoje wyobrażenia, wizje, o tym, że to, co dla jednego jest lepsze, dla drugiego niekoniecznie. To też lekcja o słuchaniu. O porozumieniu. Bo nie chodzi o to, że zawsze każdy musi pozostać przy swoim.

Patrząc na historię tego zamówienia – czapka dostała dużo więcej zmian w porównaniu do pierwszego pomysłu, moje propozycje spodobały się Karolowi. Z całego kompletu jest zadowolony, dzianinki zdążyły się już sprawdzić w noszeniu.

Kolejną dzianiną są skarpety dla męża, zrobione z wdzięcznej włóczki Alize Wooltime. To skarpety robione na miarę, przymierzane w trakcie pracy, z klasyczną piętą z klapką i ściągaczem 2x1, który dobrze trzyma i daje pewne urozmaicenie, bo inaczej wygląda po wywinięciu.

Obecnie na tapecie mam kilka projektów, tak jak lubię: jeden własny, z głowy, drugi z gotowego wzoru, trzeci mieszany, łączący wyobrażenia wnuczki i moje. Bardzo jestem ciekawa, co z tego wyjdzie albo wzejdzie jak w ogródku. Jak się uda? Kiedy skończę, kiedy tu pokażę? Czas pokaże.

Dziękuję za wszystkie dobre słowa i bardzo ciepło pozdrawiam 😊






















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz