wtorek, 16 grudnia 2025

Grudniowe opowieści w drobiazgach, w ich detalach…

Dawno, dawno temu, w grudniowy dzień, gdy świat wokoło zasypany był śniegiem… wyobrażam sobie taki obrazek, towarzyszącą mu błogą ciszę i radosne oczekiwanie, które wzajemnie się dopełniają. Teraz też, jak to w grudniu, świat wciąż jest zasypywany, lecz nie tyle śniegiem, co ilością wrażeń. Zanim ucichną gromkie dzwony i dzwoneczki w marketach, na placach i w naszych urządzeniach, trzeba się umieć odnaleźć między tym zgiełkiem a skupieniem tak, by jak najlepiej przeżyć grudniowy czas. Nie chodzi mi o filozoficzne trwanie w zadumie na ciepłym piecu jak kot Bonifacy ani też o przyspieszenie działania, krzątania, planowania, kupowania. Cała sztuka to znaleźć właściwy rytm i robić, co trzeba, rozpoznając, czy na dany moment trzeba mniej, czy raczej więcej. Warto też spojrzeć na mijający rok, otworzyć się na nowy, zrobić trochę miejsca — w domu, w sobie… Spojrzeć szerzej na przeszłość, czasem pójść trochę na skróty przez uogólnienia, ale jednak bardziej skupić się na dniu dzisiejszym, na drobiazgach, na małych krokach, a patrząc na detale, widzieć je jako element większej całości.

Całkiem dobrze wplatają się w te przemyślenia prezentowane dziś dzianiny. Jest to zbiór zrobionych w ostatnim czasie drobiazgów, które wkładam do jednego worka. Rzeczy te łączy to, że wszystkie zostały zrobione według własnego pomysłu, każda z nich kwalifikuje się do kategorii „akcesoria”, żadna z nich nie jest dla mnie. Co do innych kryteriów — dla kogo, z czego i dlaczego — mamy tu dość duże urozmaicenie. Każda dzianina jest jak opowieść, z każdej nitki może wyłonić się jakiś wątek.

Ciekawe, co mogłyby powiedzieć same dzianiny. W każdej z nich zawarta jest jakaś intencja, pomysł, plan, radość, wzruszenie, wątpliwości i wszystko, co tylko może wpleść się w czasie przeplatania oczek.

Chętnie oddałabym głos tym dzisiejszym drobiazgom; przyznam, że bardzo podoba mi się ta myśl! Patrzę więc na zdjęcia, lecz nie zauważam wyrywności ani w ogóle żadnej reakcji — dzianiny milczą. Zdjęcia są dokładnie takie, jakie były od początku. Zatem sama przedstawię je krótko, w kolejności powstawania:

Etui na telefon dla mojej przyjaciółki — sztuk dwie, obydwie z włóczki bawełnianej. W pierwszą wplotłam opracowany przeze mnie wzór dzikiej róży, z owocami i kwiatem na gałązce. Gdyby ta dzianinka była uprzejma coś opowiedzieć, przypuszczam, że wspomniałaby o wielu spacerach, pięknie dzikiej róży i o mojej dzikiej fascynacji tą rośliną, a także o poszukiwaniach polskich motywów w ramach grupy „Polskie wzory regionalne w dzianinie. Ujęcie współczesne” (link).





Druga „skarpeta na telefon” zrobiona została z dwóch kolorów włóczki bawełnianej: z ciemnej, nasyconej fuksji oraz z bladego, chłodnego różu. Kolory te połączyłam w gęstym mozaikowym wzorze o nazwie „diamenty”.





Następna rzecz to mitenki, zamówione na prezent, bez określonych wymagań co do wzoru. Pomyślałam sobie, że najbardziej do tych mitenek, do przyszłej ich właścicielki i do mojej wizji pasować będą jakieś przeplatanki warkoczowo- ażurowe. Wybrałam wzór skomplikowany i dość pracochłonny, a twórczo bardzo satysfakcjonujący. Dodatkowo utrudniłam sobie zadanie, odwracając wzór tak, aby symetrycznie układał się na dłoniach. Dla tego efektu było warto.









W mojej pasji zawsze lubiłam różnorodność: czasem cieszył mnie skomplikowany wzór, innym razem akcentowałam kolory albo formę. W skarpetach, które robiłam dla Elżbiety, najważniejsze były kolory, a na górnej części przy palcach i pod ściągaczem zastosowałam zdobienia w postaci rzędów oczek lewych. Pokazywałam te skarpety w poprzednim poście, a tutaj tylko zwracam uwagę na ten detal.





Ten prosty, wręcz ascetyczny sposób tak mi się spodobał, że wykorzystałam go jako główną ozdobę komina i czapki dla mojej wnuczki. Do kompletu zrobiłam także rękawiczki. Miękka, grubawa włóczka Alize Wooltime, dość apetyczne kolory, a przede wszystkim oczekiwanie Kingi sprawiły, że każdą z tych rzeczy robiło mi się przyjemnie i dość szybko. Robiłam je „na oko”, czapkę i komin przymierzając do poprzednich, już za ciasnych. Ściągacz czapki uzyskał nieco ciemniejszy odcień i jest też cieplejszy, bowiem dodałam niteczkę cudnego, anielsko miękkiego moheru.

I Kinga, i ja jesteśmy z tego kompletu zadowolone. Czy zdjęcia powiedzą coś więcej? Chyba nie muszą 😊 Ja za to na koniec dodam jeszcze ważne słowo — „dziękuję”. Powodów do dziękowania mam więcej niż zrobionych i planowanych dzianin; choć przecież nie o wyliczanie chodzi, tylko o to, co się czuje. Gdy czytałam komentarze pod poprzednim postem, czułam tę serdeczność, która dodaje wiary i siły. Dziękuję. Dziękuję za wspólne chwile blogowe i nie tylko, za zaufanie, za wspólne radości, za dobre myśli i słowa — i życzę dobrego grudniowego czasu 😊 
















wtorek, 9 grudnia 2025

Między morzem oczek a zachodem słońca

Bardzo cierpliwy jest blog „mottozmotka”. Domyślam się, że inne blogi również. O tym, co dzieje się po drugiej stronie, dowiaduję się z tego, co piszą ich twórcy.

Czasem ktoś napomknie, że blog pokrył kurz albo że rdzewieje, lecz wystarczy znów się pojawić, zamieścić zdjęcia, napisać parę słów i wraca się do spokojnej blogowej rzeczywistości.
Blog nie wysyła powiadomień, nie rozlicza, nie raportuje, nawet nie mobilizuje – za to lubię tę przestrzeń. Jeśli pojawia się na przykład poczucie nienadążania, to jego źródło jest w głowie, we własnych wymaganiach. On sam jest na nie zupełnie obojętny i z każdym nowo otwartym postem daje czystą kartę. To ode mnie zależy, co zamieszczę, w jaki sposób, które zdjęcia wybiorę, o czym napiszę. Czasem zastanawiam się nad zmianą formuły: pisać, nie pisać, może zdjęcia wystarczą?

Usłyszałam ostatnio o tym, jak przyjemnie spędziły czas mama z córeczką, przeglądając stronę "mottozmotka", i jak miłe były dla nich te chwile – oglądały zdjęcia, bez czytania tekstów. (Uwaga: chwalę się, że mnie chwalą 😉). Ten przemiły komplement nie tylko sprawił mi przyjemność, ale też przypomniał o wcześniejszych wahaniach co do zmian na blogu.

Usiadłam przed ekranem, by pokazać trzy rzeczy zrobione na drutach dla Elżbiety, i już byłam w ogródku, i już witałam się z nowym postem prawie wolnym od słów, kiedy refleksje napłynęły same, no i… zaczęłam pisać.
Nie wiem, czy kiedyś ograniczę się do samych zdjęć, co najwyżej z podaniem danych technicznych typu: rozmiar, numer drutów, włóczka i jej zużycie… Bo chociaż to ważne dziewiarskie sprawy, to uważam, że w dzianinowej pasji ciekawsze niż wspomniane zużycie jest samo życie 😉 – prawdziwe, ciekawe, nieprzewidywalne. Historia zamówienia, które przedstawię dziś na blogu, bardzo pasuje do tego opisu.

Tego doświadczenia, jakim jest wstępne omawianie projektu, nawet nie próbuję opisywać: żonglowanie między wyobrażeniami a konkretem, dopasowywanie pomysłów do ograniczeń materii, rozmowa, słuchanie, poszukiwanie formy, koloru, fasonu – kocham to, mimo sporej dawki niepewności i ryzyka.

Wcześniej umawiałyśmy się na szal, ale Ela zdecydowała się na sweterek oraz skarpety. Sweterek w kolorze morskim, z szerszymi rękawami, taki stonowany, za to skarpety w energetycznych barwach, przypominających zachód słońca. Z tymi wskazówkami zaczęłam poszukiwać pomysłów i odpowiednich włóczek. Na sweterek wybrałam mieszankę merynosa z bawełną – Drops Cotton Merino w kolorze „zgaszony niebieski”. Zrobiłam go od góry, raglanem, gładkim ściegiem; na tym tle plisa przy szyi stała się dekoracyjnym elementem. Jednak główną ozdobą miał być nawiązujący do fal wzór na dole swetra i przy rękawach. Robiąc od góry, tak sobie płynęłam przez to morze oczek prawych, potykając się od czasu do czasu o rafy niepewności, czy mi się to uda, i wyczekując, kiedy wreszcie dopłynę do brzegów.
W międzyczasie szukałam zachodów słońca wśród wielobarwnych włóczek; czasem nad jakąś się zatrzymałam, ale żadna z nich nie przypadła do gustu ani mnie, ani Eli – mimo licznych wędrówek po sklepach internetowych. I wreszcie pomysł wskoczył sam; aż zdziwiło mnie, że nie wpadłam na to wcześniej – „głębia oceanu” Fabelowa Dropsowa, idealnie pasująca do sweterka, plus pomarańczowa włóczka na palce, pięty i ściągacze.
Dodatkowo przyszedł mi do głowy pomysł połączenia słonecznych, ciepłych kolorów włóczki Alize Wooltime; chętnie powtórzę jeszcze gdzieś to zestawienie – nieoczywiste, bardzo przyjemne, optymistyczne.

W te dzianiny wplotły się morskie inspiracje z naszych wspomnień, zdjęć, skojarzeń; w rozmowach wymieniałyśmy się nawet miejscami wartymi odwiedzenia nad morzem i w Internecie – pięknymi i pozytywnymi. W tym czasie przypomniałam sobie z psychologii pojęcie „uczucia oceanicznego”. Teraz, chcąc opisać je bez fantazjowania, wrzuciłam hasło w wyszukiwarkę. Jako pierwsza wyrwała się do odpowiedzi sztuczna inteligencja, zaskakując mnie opisem wyzwań życia żeglarskiego, rejsów stażowych po Atlantyku itp. Natychmiast dostrzegłam swoją pomyłkę – wpisałam słowa „doświadczenie oceaniczne”, podczas gdy chodziło mi o „uczucie oceaniczne”, które odnosi się do subiektywnego, mistycznego poczucia bezgranicznej jedności ze światem zewnętrznym i bywa uznawane za jedno ze źródeł przeżyć religijnych (link do Wikipedii).
Takich stanów doświadcza się nie tylko podczas żeglowania, nurkowania czy na widok morza – można je przeżywać wszędzie, na przykład na łące, fotografując pazia żeglarza, a potem patrząc na zdjęcia…
By jednak nie odpłynąć zbyt daleko w tych dygresjach, kończę. Pozdrawiam i życzę wielu pięknych i dobrych wrażeń. 

A oto dzianiny: