środa, 3 czerwca 2026

Czasochłonność a zachłanność

Odkąd tylko nauczyłam się robić na drutach, wiem, że jest to czynność czasochłonna, toteż liczę się z tym przy każdej tworzonej dzianinie, licząc kolejne oczka. Czasami chciałabym szybciej zobaczyć efekt mojej pracy albo jakoś przyspieszyć cały proces. Zwykle w takich chwilach dzianina pochłania mnie jeszcze bardziej, mnie i moje chwile. Lubię ten stan, w którym mieszają się niepewność, zaangażowanie i ciekawość. Rękodzieło ma jednak to do siebie, że pewnych rzeczy nie można przyspieszyć. Taki energetyzujący koktajl pobudzenia w głowie raczej nie przyspiesza pracy rąk, ale sprawia, że działa się chętniej, przyjemniej i to nawet w tych etapach, które nie należą do ulubionych. Jeśli chodzi o mnie, to nie przepadam za nabieraniem oczek, nieszczególnie lubię też zszywanie dzianiny. W pierwszym przypadku dyskomfort jest krótki i przejściowy, znika niemal całkowicie pod wpływem patrzenia na nowo nabraną włóczkę i powstający z niej ścieg. Zupełnie inaczej jest ze zszywaniem elementów, które siłą rzeczy zostawia się na koniec całej pracy. Z doświadczenia wiem, że niesie ono niemałą odpowiedzialność za ostateczny kształt dzianiny. Ani trochę nie dziwi mnie w dziewiarskim świecie ogromna popularność swetrów bezszwowych, najczęściej robionych od góry, uważam to za absolutnie genialne rozwiązanie. Aktualnie takim sposobem dzieje się u mnie letnia bluzka, która bezceremonialnie weszła przed kolejkę, wyprzedzając trzy inne oczekujące dzianiny. Bez obaw, w tej mojej bajce nie ma sporów i kłótni o kolejkę, gdyż dzianiny nie rywalizują między sobą, jakby wiedziały, że każda włóczka, każdy projekt ma swoje przeznaczenie i swój czas. Mam wrażenie, że ta bluzka robiona od góry została mi podsunięta przez jakąś odgórną siłę dla odmiany, po wykonaniu dwóch dzianin robionych od dołu, zszywanych z części 😊. I właśnie te dwie rzeczy mają dziś swój czas na blogu. Jedna dla mnie, druga dla wnuczki. Łączy je to, że są zszywane i że każda z nich była dość czasochłonna, a wraz z poświęconym na nie czasem wchłonęło się wiele dobrych wrażeń i emocji. Przyznać jednak muszę, że to stwierdzenie dotyczy przecież każdego elementu mojej pasji, w zależności od projektu w różnym nasileniu, w różnych odcieniach. Jak dobrze mieć taką pasję!

Wykorzystując zapasy bawełnianych włóczek, zrobiłam sobie bluzę z plisą i kołnierzem, taką na niezbyt gorące wiosenne i letnie dni. Wykonałam osobno tył, potem przód rozdzielony na etapie plisy, następnie rękawy, a na końcu dorobiłam plisę i kołnierz. Linie ramienia kształtowałam przez odejmowanie oczek po bokach, fason był taki, jak chciałam, ale brzeg dzianiny z bliska wyglądał trochę nierówno. Aby uzyskać ładne połączenie elementów swetra, na każdym z nich zrobiłam łańcuszkową linię i dopiero to zszywałam. Warto było, efekt bardzo mi się spodobał. Nie było to jakieś trudne przedsięwzięcie, ale wymagało ono czasu i skupienia. Zupełnie nie nadawała się ta robótka do robienia w międzyczasie, do zabierania w drogę. Tak się akurat złożyło, że samo zszywanie trwało trzy dni. Również trzy dni robiłam tak małą rzecz, jak kopertę, którą pokazywałam w poprzednim wpisie (klik). Po prostu tyle to trwało, przez te kolejne dni wyławiałam wolne chwile i cieszyłam się tworzeniem dzianiny, czasem spokojnie, jakby odpoczynkowo, innym razem zachłannie i energicznie.

Ta czasochłonność sprawia, że rzecz powstająca powoli pod rękami chłonie również emocje, wrażenia i refleksje. Patrząc na moją siostrę w swetrze sprzed kilku lat, przypominam sobie chwile, gdy go robiłam, mój stan psychofizyczny, ogólne nastroje, a nawet fragmenty słuchanej wtedy powieści. Wartość dzianiny to nie tylko idealnie równe oczka, wzór czy dobra wełna, lecz także wpleciony w to wszystko wymiar niematerialny.

Z tym aspektem wiąże się kolejna dzianina – sweterek komunijny dla Kingi. Robiłam go z radością, ale nie ukrywam, że towarzyszyły mi pewne obawy, wydawało mi się, że sweterek na tę uroczystość powinien być jakiś taki „bardziej”. Na szczęście moje wątpliwości rozwiały się po rozmowie z wnuczką, która chciała bardzo prosty fason. Proponowałam jakieś falbanki, choćby przy rękawkach, ale nic z tego, zwyciężyła prostota. Razem przeglądałyśmy książki i magazyny ze wzorami, Kinga wybrała ażurowy ścieg „sweet violets”. I z tych słodkich fiołków miałam zrobić sweterek. Szukałam najbielszej bieli z naturalnych włókien, znalazłam, zamówiłam – lecz niestety włóczka okazała się nieładnie żółta w towarzystwie chłodnej bieli sukni. Dowiedziałam się przy tej okazji, że naturalna wełna nie poddaje się tak łatwo wybiel aniu, nie chciałam akrylowych włóczek, a co do bawełnianych obawiałam się twardości. Znalazłam jednak piękną i niezwykle miękką bawełnę Austermann Elida Organic Cotton, którą połączyłam z moherową nitką Gazzal Super Kid Mohair. Sweterek robiłam w częściach, od dołu, na końcu dorobiłam plisę i przyszyłam perłowe guziczki.

To ciekawe, że choć samo szycie ubrań jest szybsze niż robienie na drutach, to wprowadzenie szycia do dzianin ręcznych ani trochę tego procesu nie przyspiesza, wręcz przeciwnie. Jednak zastosowanie pewnych zasad krawieckich może być bardzo pomocne w kształtowaniu dzianiny. Tak było z tym komunijnym sweterkiem, który dopasowywałam do fasonu sukienki, do linii ramion, do kształtu rękawków, do miejsca talii i kokardy na plecach. Kluczowe były rękawy, tak żeby miały głębsze wszycie z przodu, to była całkiem nowa przygoda. Pojawiły się także marzenia o tym, by kiedyś nauczyć się szyć.

Nie wiem, jak to się stało, że nie zrobiłam żadnego zdjęcia, gdy sweterek wisiał na wieszaku na sukni, nie zrobiłam też zdjęcia na płasko. Będą więc zdjęcia takie, jakie są, z przymiarki i z komunii.

Jest jeszcze coś, co łączy te dwie dzianiny i co mnie samą dziwi – zazwyczaj gdy skończę jakąś dzianinę, to myślę, co mogłabym zrobić inaczej, lepiej – lecz nie tym razem. Gdy patrzę na sweterek Kingi, to myślę, że jest właśnie taki, jak powinien być. Tak samo jest z moją bluzą. Czy to kwestia fasonów, które opracowałam sama i modyfikowałam w trakcie pracy, czy może raczej ten czynnik nienazwany, w czasochłonności wchłonięte pozytywy? Skłaniam się ku temu drugiemu, a co do pierwszego – wciąż mam tak wiele do nauczenia się i całkiem sporo zachłanności do nauki dziewiarstwa 😉

























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz