poniedziałek, 18 stycznia 2021

Niespodziewane styczniowe uciechy

Trzy, a właściwie cztery wydziergane ostatnio rzeczy łączy to, że żadna z nich nie była planowana, a  każda sprawiła mi dużo radości.

Zaczęło się jeszcze w grudniu, gdy tuż przed świętami wygrałam motek włóczki. Z dwóch serii włóczek skarpetkowych Novita mogłam wybrać kolor. Urzekły mnie piękne paseczki o zabawnej nazwie Rynek. Na szukanie czy wymyślanie wzorów, a nawet na dzierganie nie miałam wtedy czasu. Odłożyłam motek na potem, na po nowym roku, najlepiej na jakiś smętny, mroczny czas, kiedy niewielki projekt skarpetkowy mogłyby mi poprawić humor, zwłaszcza, że kolory tak miłe dla oka, pogodne i optymistyczne. Nie czekałam jednak na jakieś stany przygnębienia, wykorzystałam  zwyczajne rozdrażnienie, by  sięgnąć po ten motek i przekonać się, że terapia drutami i kolorem działa wspaniale. Wielobarwne skarpetki mają dobry wpływ na nastrój zarówno podczas dziergania jak i w używaniu. Początkowo chciałam zrobić je entrelakiem, znalazłam nawet opisy wykonania, ale zdrowy rozsądek podpowiadał, by cyrkowe szaleństwa odłożyć na inną okazję lub inną grubość włóczki. Poprzestałam więc na prostym motywie ażurowym, który wprowadził na tym rynku trochę dynamiki i urozmaicił linię brzegową ściągacza.

Kolejną niespodziewaną rzeczą, którą zrobiłam w styczniu była gwiazdkowa poduszka w kolorze różowym. Na specjalne zamówienie mojej wnuczki. Przyjemność sama w sobie, nic dodać, nic ująć.

I wreszcie komplet mozaikowy. Zdawać by się mogło, że ja, jako dziewiarka to już z niejednego pieca chleb jadłam, ale jak dotąd komina nie robiłam. Miałam kiedyś jakieś kupowane, niepraktyczne bardzo. Uważałam, że to coś, co raczej służy do ozdoby, dużo owiniętej dzianiny, a w szyję zimno. Dlaczego więc zrobiłam komin? Bo to styczniowe zadanie w ramach jednomotkowego wyzwania Otulove Kamili Wojciechowskiej, które wróciło po roku przerwy. Sama zresztą dopominałam się o jego powrót. Z przyjemnością przeczytałam pierwszy mail z zadaniem i sięgnęłam do zapasów włóczkowych. Wprawdzie mogłam poszaleć, ale coś ciągnęło mnie do prostych zestawień typu sól pieprz, czarny, biały. Wybrałam grafit z jasną szarością i podążając za czytelnym opisem Kamili zrobiłam niewielki komin. Sam komin  powstał dość szybko, postanowiłam dorobić jeszcze czapkę do kompletu. Na czubku czapki przyszyłam sznurki, takie jak w ściągaczu komina. W tym niewielkim rozmiarze komin sprawdza się doskonale, przyjemnie grzeje szyję, nic nie przewiewa. Wzór mozaikowy jest świetny, i wizualnie i praktycznie, bo ma on efekt trójwymiarowości, jest miękki i ciepły. Komplet przeznaczony jest dla mojego syna, ale sfotografowany został na mnie. Chcieliśmy zdążyć ze zdjęciami w śniegowej scenerii, obawiając się, że to tylko chwilowa dekoracja. Tymczasem minęło już kilka dni, za oknem nadal śnieg, cieszą się dzieci i ja się cieszę, jest jasno, pięknie.

No dobrze, czas na zdjęcia. Otwieram pliki, patrzę, a w moim kominie sznurki pod nosem wyglądają jak kły morsa. Hmm, a wydawało mi się, ze ograniczam dopływ medialnych treści😉