piątek, 17 stycznia 2020

Komplet koloru koralowego

Przez ostatnie miesiące dziergałam przeważnie drobiazgi. Małe projekty mają wiele plusów. Szybki efekt, niewiele włóczki, toteż wydatek niewielki albo i żaden, gdy odpowiedni moteczek znajdzie się w domu. Nie straszne i prucie, nawet gdy okaże się konieczne w połowie dzianiny. Jeden wieczór, dwa i pół popołudnia i już gotowa czapka, mitenka, skarpeta. Zadowolenie użytkownika i sukces dziewiarki. Same plusy. Gdyby nie spoglądać na zegar czy kalendarz można by powiedzieć, że efekt natychmiastowy, ot po prostu, spadło z drutów. A jakie dobre samopoczucie! Cukier, lukier, miód. No nie. Nie jest to dla mnie pełnia dziewiarskiego szczęścia. Lubię płodozmian, raz drobiazgi, raz coś większego, a najlepiej dwa różne projekty równocześnie, wtedy mam wybór. Ostatnio marzy mi się morze oczek prawych, bezkresne, czasem nużące, gdy się dzierga wiele dni i niewiele przybywa, a na odległym horyzoncie majaczy jakiś sweter, w którym można się będzie schować w złą pogodę.

Czy ja właśnie narzekam na dzierganie drobnicy? Hm, trochę tak. Zwłaszcza, że planowane dwa duże swetry zeszły z drutów zaraz po nabraniu oczek, między moją wizją a posiadaną wełną był za duży rozdźwięk. Została frustracja, a dzierganie kolejnych drobiazgów, a zwłaszcza tak potrzebnych teraz czapek przynosiło ukojenie i zadowolenie. Zadowolenie użytkownika i sukces dziewiarki. Ale mimo to tęsknota za czymś większym nie mijała.

W tym stanie mojej dziewiarskiej psychiki dobrą terapią okazała się dzianina dla siostry. Mieć siostry i być siostrą to niezwykłe życiowe przywileje. Choć bardzo się różnimy, na głębszym poziomie jesteśmy podobne, co wciąż mnie zadziwia. O wiele rzeczy możemy się spierać, ale częściej jednak będziemy się wspierać. Podążamy innymi ścieżkami i wpływają na nas różne życiowe realia, a jednak ciągle jest w nas wiele z naszej mamy, z naszych babć. Wychodzą nam z tego różne wzory i motywy, kiedy jednak rozpoznaję je w jakiejś zwyczajnej sytuacji czy w banalnej rozmowie - wiem że to właśnie ten charakterystyczny kod. Wtedy czuję głęboką więź z sobą samą, z siostrami, a nawet z przodkami których nie poznałam. I to jest coś takiego, co raczej się czuje niż analizuje, a już na pewno trudno opisać.

Wracając do dziewiarskich rozterek. Pewnego razu, w grudniu przed południem Małgosia pokazała mi czapkę, niezbyt udaną, cisnącą w czoło, niestety przeze mnie zrobioną. Do tego był jeszcze komin, nieco już sfatygowany. Może uda się poprawić, spruć? - Nic z tego. Zrobię Ci nową czapkę. - Ale ten kolor jest idealny. - Więc znajdę podobny.

Z kilku sklepów internetowych wybrałam dostępne włóczki koloru koralowego, w różnych składach i tonacjach, od intensywnych po blade, od połyskliwych po matowe. Dawniej w takich sytuacjach wklejałam linki do stron, teraz korzystam z wirtualnych nożyczek, co pozwala umieścić obok siebie wiele różnych zdjęć. Usunęłam nazwy włóczek i ceny, żeby nic nie zakłócało odbioru samej przędzy i wysłałam siostrze maila  z taką wyklejanką. Jakież było moje zdziwienie, gdy Małgosia bez wahania wybrała włóczkę, która była także moją faworytką. Niczego nie chciałam sugerować, bo mój zachwyt mógł przecież wynikać z dziewiarskiego rozbestwienia, oto włóczka jakiej nie znam, skład którego nie próbowałam i fajnie byłoby sprawdzić ją w dzianinie. Wybór padł na Performance WooLinen – ciekawą mieszanka merino superwash i lnu. Oczywiście od razu zamówiłam więcej, bo choć Małgosia chciała tylko czapkę to uznałam, że trzeba do niej też coś na szyję, może też na dłonie.  Według własnego pomysłu zrobiłam czapkę, mitenki i chustę. czapka miała być całkiem prosta, urozmaiciłam nieco początek i czubek. W mitenkach zrobiłam geometryczny wzór wykorzystując ściągacz taki jak w czapce. Chusta też powinna mieć prosty, geometryczny motyw, jednak powtórzenie ściągacza z oczek przekręconych usztywniłoby dzianinę, co w tym wypadku nie wyszłoby dobrze. Zastosowałam  więc prosty ścieg wizualnie zbliżony do ściągacza, ale luźniejszy.

Projekt składa się z trzech drobnych rzeczy, a jednak tworzy większą całość i dzięki temu zaspokaja moją tęsknotę za jakimś dzianinowym rozmachem.

Tak oto wygląda ten komplet koloru koralowego. Intrygująca jest ta barwa, pastelowa i miła dla oka, na pewno nie mdła. Soczysta i nieco gorzka. Jest to róż przypominający kolor grapefruita, a sterczące lniane nitki, ni to włókna ni patyczki kojarzą mi się z białymi osłonkami grapefruitowego miąższu.  

Ps. Wśród dobrodziejstw wynikających z faktu posiadania sióstr są też pochodne tego stanu, w tym konkretnym wypadku jest to siostrzenica występująca w roli modelki.