Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bluzki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bluzki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 sierpnia 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 4.

Lato dobiega końca. Zdanie to nie odbiega od prawdy ani się z nią nie mija. Choć oczywiście czas letnich wakacji mija, to nie wydaje mi się, by działo się to w biegu. Dojrzałe lato niejako spowalnia, jest przyjemnie ociężałe, a za jakiś czas, gdzieś na skraju jesieni, połączy tę swoją ociężałość z lekkością. W ciepły, słoneczny dzień uniesie w tańcu nitki babiego lata.

Jeszcze trwa lato i bywa gorąco, jeszcze najcieńsze ubrania, może jeszcze raz gdzieś nad wodę… i jeszcze jeden odcinek o dziewiarskich wspomnieniach z wakacji.

O tej porze na letnie ubrania patrzy się już nieco inaczej, bo pojawiają się pytania: ile razy jeszcze będzie można to założyć, czy pogoda pozwoli. U mnie lato zwykle zaczyna się i kończy pakowaniem, lecz nie tym związanym z szykowaniem rzeczy na wyjazdy. Sezon otwiera wyjęcie letnich rzeczy, które potem, z nadejściem jesieni, znów się pakuje i odkłada. Dotyczy to też oczywiście letnich dzianin, ale nie wszystkich. Bluzeczka, którą dziś pokażę, choć jest jedną z najcieńszych rzeczy zrobionych przeze mnie na drutach, nie zostanie odłożona do następnego lata, nie zapadnie w sen zimowy. Może właśnie dlatego, że jest taka cieniutka, może być używana przez cały rok, nawet w chłodne dni, tyle że będzie miała jakieś inne warstwy na sobie.

Dzianina bardzo dobrze wpisuje się w temat wakacyjnych wspomnień. Już sam zakup włóczki był wakacyjną przygodą. Pamiętam, jak kilka lat temu mąż zaskoczył mnie propozycją, by wpaść do Kalwarii, bo stąd niedaleko, odwiedzisz wreszcie sklep Biferno. A ja na to… jak na lato😉 I tak prosto z drogi, bez wcześniejszego planowania, wpadłam do tego Biferno i chłonęłam świat włóczek wspaniałych, patrzyłam na kolory, jakbym chciała je wszystkie zapamiętać, bo nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle tam kiedyś jeszcze wrócę.

Wspominam to z sentymentem, bo wtedy nie przypuszczałam nawet, że Biferno pojawi się też w Krakowie. Podczas tamtej wizyty kupiłam rzeczy całkiem dla mnie nowe: rafię, z której zrobiłam kapelusz (klik) i torebkę (klik), oraz cieniuteńki jedwab, o którym od dawien dawna marzyłam, a dokładnie to od czasu, gdy na blogu „Knitolog w podróży” podziwiałam „Jedwabny szlak” Doroty, z prostymi i zachęcającymi instrukcjami (klik).

Ale mój własny jedwabny szlak był jeszcze bardzo daleko. Nawet gdy już kupiłam jedwab Maharaja Silk, odłożyłam go na dłuższy czas. Po jakimś roku ośmieliłam się przewinąć precelek, lecz nawet potem jedwab ten mnie onieśmielał. No i ta cienizna! To trzeba by robić ze dwa lata, myślałam, choć wiedziałam, że kiedyś przyjdzie na to czas.

I przyszedł, zupełnie nagle i niespodziewanie, gdy szukałam robótki na wyjazd, czegoś prostego, nieabsorbującego i w niewielkim rozmiarze. Rozpoczęcie jedwabnej koszulki wydawało się idealnym rozwiązaniem. W przeddzień wyjazdu nabrałam oczka na dekolt i połączyłam je w okrążeniu. Plan był prosty, same prawe, bez formowania dekoltu, z ażurową linią raglanu, więc nie potrzebowałam markerów ani żadnych innych akcesoriów. W kosmetyczce miałam tylko moteczek i druty, a przed sobą znane i nieznane jeszcze wtedy cele podróży.

Nie wchodząc w szczegóły, wspomnę tylko, że był to wyjazd dla mnie nietypowy, wręcz wyzwanie. Jak się okazało potem, przyniósł on dużo dobrego, nie tylko spory fragment jedwabnej bluzki. Nie wiedziałam, czy poza czasem spędzonym w busie będę miała dłuższe chwile na druty, lecz nie miało to znaczenia. Ani się nie spieszyłam, ani też nie spodziewałam się zauważalnego przybywania kolejnych rządków.

Jakże się zdziwiłam, gdy okazało się, że dojechałam do etapu rozdzielania rękawów i to akurat przed podróżą, w przeddzień wyjazdu. Nie miałam z sobą żyłek pomocniczych ani resztek włóczek, bo, jak wcześniej wspomniałam, nie zabierałam akcesoriów dziewiarskich. Teoretycznie mogłam zamknąć oczka rękawów, a potem te zamknięcia pruć, ale zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby przełożenie oczek na zapasową nitkę.

Tylko skąd ją wziąć?

Była godzina 21, jedyny w okolicy sklepik spożywczo-chemiczny czynny był do 20, a poza tym nie było nawet szans, że kupię tam włóczki lub choćby nici. Będąc tam codziennie przez parę dni, asortyment znałam niemal na pamięć. Mimo wszystko postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem coś się nie zmieniło.

No cóż, najpierw zdziwiło mnie to, że sklep wciąż był otwarty, i już sam ten fakt dobrze wróżył. A potem okazało się, że na jednej z półek leżał koszyczek z przecenionymi dziwnymi rzeczami. Były to jakieś drobiazgi, zdekompletowane spinki… oraz dwie małe szpulki nici…

Nie wiem, co bardziej mnie ucieszyło, to, że zdobyłam potrzebny mi materiał, czy raczej ta niespodziewana sytuacja, to, że pojawiło się rozwiązanie — bez presji, bez oczekiwań, bez pretensji do siebie i do kogokolwiek.

A tak wygląda cała bluzeczka, dziewiarska pamiątka tego lata.








 








środa, 12 sierpnia 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 3.

Mijają kolejne letnie dni, blednie brąz opalenizny, więc zanim jeszcze zbledną wspomnienia i ostygnie zapał do kontynuowania rozpoczętego cyklu o dziewiarskich pamiątkach z tego lata, zabieram się za kolejny rozdział.

Szal pokazany w poprzednim poście (klik) w zasadzie mógłby być jedną z części tego cyklu, gdyż został zrobiony i sfotografowany latem, ale postanowiłam potraktować tę dzianinę osobno. Wplecione w nią wspomnienia, skojarzenia i nastroje wykraczają poza wakacyjne pamiątki, poza dziewiarskie konkrety. Ta dzianina otworzyła całkiem nową opowieść „Grechuta na drutach”.

Dzisiaj wracam do tego, co zaplanowałam wcześniej. Sięgam do zdjęć zrobionych w czerwcu na plaży, do trzeciej z gotowych już dzianin zabranych nad morze. Jako pierwszą pokazałam cekinową bluzeczkę (klik), druga była cieniowana chusta z jedwabiem (klik), a dziś czas na trzecią dzianinę. To bluzka z długim rękawem, z pięknej, brązowej mieszanki merynosa z jedwabiem, pierwsza rzecz zrobiona na drutach w tym roku.

Jednak podążając za wspomnieniami wplecionymi w tę dzianinę, sięgam wstecz jeszcze dalej niż do pierwszych dni bieżącego roku. Włóczka jest pamiątką z konkursu dziewiarskiego „Dzień dziergania skarpet”, przypadającego na 30 listopada. Kiedy to mogło być? Na pewno nie w ubiegłym roku, gdyż w 2025 nie było tego konkursu, zatem musiał to być rok 2024.

Wygrałam kupon na włóczkę skarpetkową od Dye Dye Done. Ależ to była radość! Ucieszyła mnie ta nagroda i wizja nowej włóczki, ale również fakt docenienia moich zachwytów nad skarpetkowym projektem Hanny Maciejewskiej. Były to skarpety Brier socks, które zrobiłam jeszcze kilka lat wcześniej i pokazywałam je w tym  poście.

Gdy chciałam zrealizować kupon, okazało się, że w tamtym momencie sklep nie miał włóczek skarpetkowych. Mogłam poczekać albo wybrać coś innego. Potraktowałam tę sytuację nie jako utrudnienie, ale nowe możliwości. Wybrałam Silky Merino, piękną, ręcznie farbowaną mieszankę jedwabiu i merino, dokupiłam większą ilość na sweterek.

Miło było zakończyć tamten rok wizją luksusowej dzianiny i potem, w sylwestrowe popołudnie, narzucić tę cudną nić na druty, a jeszcze wcześniej urocze warkoczowe precelki przewinąć w motki. Kupiłam gotowy wzór Aldous Isabell Kraemer. Spodobała mi się wygodna, prosta forma i możliwość noszenia jej zarówno na prawą, jak i lewą stronę.

Od stycznia zdążyłam już wykorzystać każdą z opcji, lecz nie zdecydowałam, którą wolę bardziej. Może przeglądając zdjęcia, znajdę różnice, które istotnie wpływają na wygląd tej bluzki😊

I to tyle na dzisiaj. W następnym poście planuję zaprezentować zrobioną tego lata bluzeczkę, którą już skończyłam, uprałam, ale jeszcze nie zdążyłam jej przymierzyć ani sfotografować. Myślę, że będzie jeszcze niejedna ku temu okazja.

A teraz czas na prezentację Aldous.

Wklejając zdjęcia na bloga, patrzę przede wszystkim, czy dobrze pokazują dzianinę, oczywiście zwracam uwagę na całość, na to, jak tło łączy się z dzianinowym obiektem. Czasem znajduję ciekawe powiązania, na przykład widok kwiatów dzikiej róży kwitnących na wydmach skojarzył mi się ze wspomnianymi wcześniej słonecznymi skarpetkami Brier socks. Brier to dzika róża😊

Ciekawa też jestem, czy będzie to ostatni rozdział o wakacyjnych pamiątkach dziewiarskich. Lato wciąż trwa, więc kto wie… To, że nie planuję dziewiarskich imprez ani specjalnych zakupów, wcale jeszcze nie znaczy, że nic się nie pojawi.




















środa, 15 lipca 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 1.

Kiedy myślę o pamiątkach z wyjazdów, nasuwa mi się podział na trzy kategorie: pierwsza to rzeczy fizyczne, druga – niematerialne i trzecia – coś pomiędzy tymi dwoma. To, z czym się wraca, to przedmioty, wrażenia, doświadczenia i wreszcie zdjęcia, które później mogą odnawiać wspomnienia. Przyznam, że podoba mi się tak ułożony podział. Zaraz jednak przychodzi kolejna myśl, która, jak morska fala, zmywa ten porządek i nie ma w tym destrukcji, ale odświeżenie spojrzenia, pokazanie nowego obrazu muszli i kamyczków, obmycie piasku gładką taflą, a potem następna fala i kolejna, i tak od nowa. A ja mogłabym tam stać i stać, ale zaraz… przecież jestem już w domu, przed ekranem, i piszę tekst na bloga o wakacyjnych pamiątkach dziewiarskich. Zbudowany przeze mnie podział na trzy kategorie pamiątek, niczym babki z piasku, rozpływa się w wodzie i na nowo wraca do całości. Podoba mi się ten obraz.

Wiadomo, że materia i duch przenikają się wzajemnie, nasze myśli i wrażenia przekładają się na fizyczne, realne ścieżki neuronalne. Wszelkie doświadczenia, emocje i treści, którymi się karmimy, tworzą nasze życie. A skoro mowa o tworzeniu, to wsłuchując się w to słowo, uświadomiłam sobie, że aby móc tworzyć, trzeba się „o-tworzyć”: na głos intuicji, podszepty duszy i na to, co nowe, nieznane. Mogą temu sprzyjać wyjazdy, zwłaszcza gdy znajdzie się też miejsce na świadome przeżywanie, czas na skupienie, przyjęcie inspiracji i znalezienie dla nich odpowiedzi w swoim życiu. Ten ciąg dalszy następuje zwykle potem, po powrocie. Być może powyższe słowa wydadzą się komuś rozmyte i w zniecierpliwieniu chciałby przypomnieć mi, że miałam pisać o dziewiarskich pamiątkach, że co to niby za „wy-wody”, więc do brzegu, do brzegu… Spokojnie, będzie o dziewiarstwie. A na brzegu, w pewnym sensie, wciąż jestem. Patrzę na horyzont, na powierzchnię wody, przyjmuję kolejną falę, która może zmyć wszystkie słowa z poprzednich zdań.😊

Wróćmy więc do tematu. Czy mam aż tyle pamiątek dziewiarskich, że postanowiłam poświęcić temu kilka postów? Hmm. Zacznę może od tego, że od lat jakoś tak się składa, iż nie przywożę z wyjazdów żadnych włóczek, gadżetów ani czasopism. Nie żebym tego nie chciała, jednak nigdy nie był to cel podróży czy ważny punkt programu. Zdarzało się natomiast, że zatrzymywałam się obok sklepu z włóczkami, lecz akurat była to niedziela albo inny dzień, tylko godzina zbyt wczesna lub zbyt późna. Zdarzyło mi się też, że nawigacja wyprowadziła mnie… może nie w pole, ale na pewno nie do centrum włóczkowego. Nie płakałam z tego powodu, bo przy okazji poznałam piękne zakamarki Pragi.

Zatem skoro nie przywożę włóczek ani akcesoriów drutowych, to o jakich dziewiarskich pamiątkach jest mowa? O dwóch rodzajach. Pierwszy to rzeczy, które robię na drutach podczas podróży, drugi – zdjęcia dzianin zabieranych na wakacje właśnie w tym celu. To dobry czas i dobre miejsce na fotografowanie, a dzięki temu wakacyjne chwile zostają ze mną na dłużej. W tym roku, wybierając się nad morze, do relaksu z drutami zabrałam dwie bardzo różne robótki, a do sfotografowania wzięłam trzy dzianiny skończone już jakiś czas temu.

Dziś pokażę kolorową bluzkę z jedwabiu Madragoa Rosarios4. W ubiegłych latach z tej włóczki zrobiłam dwa letnie topy (ten i ten - podaję link do ravelry, gdyż właśnie odkryłam, że nie pokazałam go na blogu). Obydwie bluzeczki często noszę latem i bardzo je lubię. Miałam w zapasach moteczki w innych kolorach, przeznaczone na paseczkową dzianinkę. Lubiłam na nie patrzeć podczas przeglądania swoich skarbów. Połączenia wydawały mi się lekkie i optymistyczne. Podsuwałam je pod oczy wnuczce, lecz na niej nie zrobiły wrażenia. Cóż, przyszło mi zrobić coś dla siebie. 😉

Wiosną, na krakowskich targach włóczkowych, na stoisku Woolloop zobaczyłam włóczkę z subtelnymi cekinami i wykonany przez Monikę letni top z dodatkiem tej nitki (klik). Zachwycił mnie pomysł połączenia pastelowych pasów z błyszczącymi gdzieniegdzie cekinami oraz wykorzystanie wzoru szewronowego. Inspirując się tą dzianiną, postanowiłam po raz pierwszy w życiu zrobić coś z włóczką z cekinami. Pamiętając, jakie mam w domu kolory jedwabiu Madragoa, dobrałam kilka motków cekinowej Sesii Flora Paillettes. Zrobiłam dla siebie letnią bluzkę z rękawkami i dekoltem typu łódka. Robiłam na oko, od góry, metodą Contiguous, z podkrojem na przód, więc początek był nieco stresujący. Po pierwszej przymiarce dalsza praca była już przyjemnie dynamiczna – ze zmianą kolorów, dodawaniem cekinów i obserwowaniem, jak praca posuwa się naprzód. Efekt widać na poniższych zdjęciach. Delikatnie lśniące cekiny są jak biżuteria, jak refleksy zachodzącego słońca odbijające się na tafli wody…

Cdn.

















czwartek, 7 sierpnia 2025

Letnie za-pasy w bluzkach z papyrusa

Sierpień to miesiąc, pod każdym względem wyrażający pełnię lata. Trwa czas wakacji, urlopów, żniw, remontów, wyjazdów, przyjazdów, realizowania planów albo konieczności ich zmiany, przygód wytęsknionych i tych nieplanowanych, czas przyśpieszenia i czas zatrzymania. To wszystko dzieje się latem, choć u każdego inaczej, w innym rytmie i tempie splata się to w jedną wspólną tkaninę, złożoną z różnorodnych nitek. Dla mnie wyjątkowość sierpnia polega właśnie na tym zintensyfikowaniu wszelkich letnich doświadczeń, które samemu się przeżywa i obserwuje je wokół, ale   jest jeszcze coś więcej, jakby duża rama, szerokie, ale subtelne marginesy łączące letni obraz zarówno z wiosną jak i z jesienią. Jeszcze można pozwolić sobie na coś nowego, coś zrobić, gdzieś wyjechać, spotkać się z kimś dawno nie widzianym, albo wreszcie pobyć trochę z sobą. Można też finalizować sprawy, zbierać owoce - dosłownie i w przenośni – i zająć się prze-tworami. Taki obraz sierpnia widać nawet na placu targowym, gdzie wciąż można kupić sadzonki  młodych roślin, które jeszcze zdążą urosnąć, więc to jakby wiosna, nadzieja i nowy akcent życia, tuż obok warzywa i dojrzałe, soczyste owoce w wielkiej obfitości, są już też pierwsze wrzosy, są dynie… i chłodniejsze poranki.

Ma w sobie sierpień radość pełni lata, wiosenną nadzieję i dojrzałość jesieni. Można ogarnąć myślą cały obraz albo wybrać jedno pasmo i na nim się skupić, co kto lubi.

Zachodzą na siebie pory roku i podobnie dzieje się w moim dzianinowym świecie.

Dwie bluzki na lato zrobiłam  jeszcze wiosną, planowana, i to od dawna, była jedna,  ale wskutek eksperymentów wyszły dwie.  Miałam w swoich zapasach włóczkę Papyrus Fibra Natura szarą i trochę białej. Ciekawe, bo słowo „zapasy” dawniej kojarzyłam z półkami pełnymi słoików, będących zapasami na zimę, teraz zapasy oznaczają posiadane włóczki, nie tylko na zimę😉 Tego roku na włóczkowych targach Krakoski Yarnmark Wełny dokupiłam kilka moteczków, które zachwyciły mnie kolorami, dwa wrzosowe odcienie, róż i błękit. Dobrze wyglądały razem, wrażenie wizualne było równie przyjemne jak włóczka w dotyku. Papyrus jest bardzo miłą dla ciała mieszanką bawełny i jedwabiu.

Nie wiedziałam dokładnie jaką bluzkę zrobię, pewna byłam tylko co do linii ramienia zachodzącej do tyłu, od dawna marzyłam, by nauczyć się tego fasonu, zanim jeszcze dowiedziałam się, że nazywa się go ramieniem „europejskim” albo „japońskim”. Znalazłam wzór z taką techniką na stronie Garnstudio i po przeliczeniu ilości oczek do wymaganej próbki z ochotą zaczęłam letnią bluzkę od gładkiej, szarej góry, a potem miałam dodać pasma kolorów. Układało się świetnie, byłam bardzo zadowolona, tyle że gdy dodałam pierwsze pasmo kolory jakoś nagle przestały współpracować, no trudno, miałam nadzieję, że po dodaniu kolejnego koloru lub dwóch będzie lepiej. Nie było, po prostu mi się nie podobało, zabrakło tego poczucia, że kolory harmonijnie zagrały. Do sprucia  nie było wiele. Ale co dalej?  Zdecydowałam się na zastosowanie ażurowego wzoru, który zaciekawił mnie już dawno, ale jak dotąd nie użyłam go w żadnej dzianinie. Powstała jednobarwna szara bluzka, z gładką górną częścią, która będzie dobrze się sprawdzać również jesienią i zimą pod cieplejsze kardigany.  

Natomiast na letnią bluzkę w kolorowe paseczki, na którą wciąż miałam ochotę i wystarczającą ilość włóczki wykorzystałam dobrze mi znany i sprawdzony wzór Isabell Kraemer „On The Beach”. Tym razem paseczki zaczęłam robić od samej góry, a dodawanie kolejnych kolorów było ogromną przyjemnością, to samo mogę powiedzieć o noszeniu tej bluzki.

I na plaży, na początku tego lata obydwie bluzki zostały sfotografowane. Przygotowując zdjęcia do publikacji oczywiście patrzyłam jak prezentuje się dzianina, czy widoczna jest całość, detale, a przy okazji wpatrywałam się w to bałtyckie tło, piasek, fale, horyzont i mam wrażenie, że nawet patrzenie na te zdjęcia przynosi odpoczynek.




























 

wtorek, 30 lipca 2024

Luz, bambus, kapelusz

Czasem się zdarza, że jakaś piosenka przyklei się do człowieka i dziwnie często nuci się jej melodię, odtwarza słowa, potem to ucicha, by nagle pojawić się znowu, jak zwyczajna oczywistość i niemal tak naturalnie jak oddech. Mam tak od wczoraj z piosenką Marka Grechuty do słów Ryszarda Krynickiego „Świat w obłokach”.  Chodzi za mną, gdy patrzę w niebo i gdy pochylam się do rzeczy przyziemnych, polubiłam jej towarzystwo, melodia, słowa i obrazy przenikają się i zmieniają się razem ze mną.

 „Świat wokół Ciebie się zmienia, zmieniają się pory roku” – tak, to przecież oczywistość, widzę to wszędzie wokół, czuję. Pierwszy żółty listek brzozy jak uśmiech z przyszłości, jak czułą i nieco melancholijną zapowiedź jesieni zobaczyłam jeszcze w maju. W czerwcu zaczęły czerwienić się jarzębinowe drzewa, dziś ich gałęzie uginają się od pięknych owoców, jedne bardziej pomarańczowe, na innych drzewach mocniej wysycone czerwienią. Dziś urzekły mnie kasztany, podsychają im liście, ale zielone kolczaste kule lada moment będą gotowe na rozpoczęcie roku szkolnego, na naszą radość początku, na przyjemność wspomnień. Te skojarzenia i obrazy zmierzają jakoś w kierunku jesieni, a przecież jeszcze lato trwa w najlepsze. Dzięki słowom tej piosenki trochę bujam w obłokach, ale też przypominam sobie, że warto pokazać letnie dzianiny póki jeszcze lato.

I tak oto przechodzę w konkret dzianinowy, dziś mam do pokazania szydełkowy kapelusz z rafii oraz bluzkę z bambusowej włóczki.

Kapelusz zaczęłam w drodze nad morze, po dwóch dniach był już gotowy. Robiłam na oko, przymierzając w trakcie pracy. Zależało mi na tym, by nie był ani za luźny ani za ciasny, żeby po prostu był wygodny i spełniał swoją funkcję ochrony przed słońcem. Kapelusze takie duże rożne miałam, lecz jakoś nie sprawdziły się w codziennym użytkowaniu, a ten, który tego lata zrobiłam – owszem. Zrobiłam go z niecałego motka raffi Ispie w kolorze light gray. Noszę go często, do bardzo wielu rzeczy mi pasuje.

 Bluzkę zrobiłam jeszcze w kwietniu i często w niej chodziłam. Od pierwszego prania – blokowania dzianina ta jakby się powiększała, a w trakcie noszenia poszerzała się jeszcze.  Gdy moje dzieci były małe bardzo lubiłam ubranka, które „rosły razem z dzieckiem”, nie wiem na czym to polegało, ale na każdym etapie te rzeczy dobrze pasowały. Bambusowa dzianina w moim wykonaniu posunęła się jeszcze dalej,  bo poszerzyła się jeszcze przed pierwszym ubraniem, potem jeszcze trochę, na szczęście po drugim praniu zauważyłam, że już przestała rosnąć. Wciąż w niej chodzę i bardzo ją lubię, choć odbiegła od mojego zamysłu.  I lubię ją nawet za tę lekcję pokory, jaką mi dała. Kiedyś dawno temu, gdy jeszcze nie dokumentowałam swoich prac  kupiłam cienką bambusową włóczkę Nako w kolorze szarym, i zrobiłam z niej letnią, ażurową narzutkę. Tamta dzianina w trakcie noszenia poszerzyła się chyba czterokrotnie, i choć miała rękawy dużym wyzwaniem było narzucić ją tak, aby nie spadła. Pracy z tamtą przędzą też nie wspominam dobrze, toteż przez wiele lat nawet nie brałam pod uwagę bambusowych włóczek. Kiedy zobaczyłam ten zachwycający kolor koralowy Bamboo Queen Performance dokładnie taki, jakiego potrzebowałam nie wahałam się ani chwili. Pomyślałam czas mija, zmieniają się włóczki, ale i ja się zmieniam, jestem już biegłą dziewiarką. Ha, a tu pstryczek w nos, nie wszystko wyjdzie ci tak jak chcesz. No przecież wiem, doświadczam tego przy okazji prawie każdej robótki, ale przyjmuję te lekcje pokory z otwartością i dystansem, praca z dzianiną tak wiele mnie uczy, choć czasem jest jak wiedza tajemna, czasem jak fantasmagoria…. Ale tylko czasem, najczęściej bowiem jest to wspaniałe połączenie przyziemności konkretu z bujaniem w obłokach, z marzeniami….

















 

poniedziałek, 17 czerwca 2024

W ogrodowym czasie

Jedno zamówienie, dwie dzianiny, a wrażeń całe mnóstwo. Pisałam o nich w poprzednim poście, a dziś zgodnie z zapowiedzią sesja zdjęciowa już na właścicielce.

Gdy oglądam te fotografie i patrzę na swoje prace z dystansu to zamiast owego dystansu rośnie wzruszenie, przychodzą mi do głowy myśli o przenikających się obszarach, które bezpośrednio nie są z sobą powiązane, a jednak na siebie wpływają. I tak coś mnie ciągnie w stronę filozoficznych sentencji i jednocześnie rzeczowo, a nawet surowo analizuję dziewiarskie kwestie, przez ażury prześwietlam detale, kolory, techniki, wyciągam wnioski i uciszam rodzące się nowe pomysły.

Moment zamieszczenie posta na blogu stanowi podsumowanie projektu, zakończenie, choć z punktu widzenia użytkowania dzianiny to właściwie jej początek. Splatając w jednym poście ten dziewiarski koniec i początek wybieram zdjęcia, słowa i myśli, które pozostawię tutaj na blogu. Nie będę opisywać poszczególnych etapów tworzenia bluzeczki Margerita, choć przyznam, że pojawiła się taka pokusa na początku pracy, w majowy weekend, Margerita wśród kwitnących margaretek. Cały proces twórczy to jednak coś więcej niż jedna sielska scenka i liczy się każde oczko, każda chwila.

„Naucz się widzieć, a zdasz sobie sprawę, że wszystko łączy się ze wszystkim innym” jak radził Leonardo da Vinci . Więc patrzę i widzę na zdjęciach podpowiedź, jak te moje refleksje ująć krótko, treściwie i prawdziwie. I co widzę? Ogród.  Jedno słowo, a doskonale pasuje i do pracy z tymi dwiema konkretnymi dzianinami i w ogóle mojego robienia na drutach jak też do każdej innej pasji. Ogród to uniwersalna metafora odnosząca się do życia. Będę jeszcze wracać do tego tematu, dostrzegam tu ogromne pole do rozważań i życiowych lekcji.  Aż dziwię się, że w moich dotychczasowych refleksjach nie pojawiły się takie porównania.

Ogród to przestrzeń, gdzie siły natury łączą się z działaniem człowieka, gdzie ważne jest światło, gdzie potrzebny jest cień. Ogród to miejsce wymagające wysiłku, cierpliwości, uczące pokory, ale też źródło inspiracji, odpoczynku i zachwytu nad cudownością natury. A przede wszystkim ogród to przypomnienie, jak bardzo wszystko łączy się ze wszystkim i że jesteśmy częścią natury.

A oto ogrodowa sesja Kasi: 

Omawiane dwie dzianiny to taliowana bluzeczka Margerita według projektu Iwony Eriksson z promieniście układającym się ażurowym wzorem na karczku wykonana z mieszanki bawełny i kaszmiru Summer in kashmir oraz ażurowy szal z merynosowej ręcznie farbowanej wełny Madobo Yarn.













 i wspomniany obrazek z początkowego etapu pracy: 



poniedziałek, 28 sierpnia 2023

Gdy lato się dopełnia

Jest taki okres pod koniec lata, pora piękna i łagodna, kiedy to lato trwa sobie jeszcze w najlepsze, a w tym jego trwaniu już coraz wyraźniej widać przemijanie. Przez zmiany kolorów, nastrojów i temperatur jakby przez ścianę przechodzi jesień i ze spokojną stanowczością bierze dorobek lata.

Nie ma wyraźnej granicy między jedną porą a drugą, między wakacyjnym szaleństwem a jesiennym ugruntowaniem. W tym czasie jak w wielkim koszu mieszczą się i moszczą rozmaite wrażenia. Są w nim świeże doświadczenia już zmieniające się we wspomnienia, nowe plany i postanowienia, praca, odpoczynek, ciekawość, zmęczenie, sprawy domowe i wyjazdowe. Niosę ten obficie wypełniony kosz, a może to on mnie niesie, a ja tylko daję się ponieść jego zawartości. Na razie jej nie sortuję, nie rozdzielam, nie szufladkuję. Jeszcze cieszę się tym wszystkim, tym niezwykłym trwaniem, w którym jest i przemijanie i zapowiedź czegoś nowego. Przybyło mi doświadczeń, siwych włosów, spotkań z ludźmi, z przyrodą, z samą sobą, przybyło książek przeczytanych i nowych do przeczytania, dzianin skończonych i tych zaplanowanych.

A z dziewiarskiego koszyka wyciągam dziś dwie jasne letnie bluzki. Pierwsza to Summer Sky, projekt Comfort Zone Knits. Druga dzianina to moja testowa wersja Sarandy zaprojektowanej przez Dorotę Knitolog Morawiak.

Błękitną bluzkę zrobiłam z włóczki Madragoa Rosarios 4, jest to 100% jedwab. Szaro biała Saranda powstała z mieszanki bawełny i jedwabiu Fibra Natura Papyrus (77% bawełna 23% jedwab). Zatem obydwie bluzki łączy jedwabna nić, oto one: