Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haft. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 stycznia 2026

Drzewo życia

Inspirowany sztuką ludową motyw drzewa życia w formie dzianinowego wzoru pojawił się jesienią 2024 roku na stronie Polskie wzory w dziewiarstwie (link) w opracowaniu Barbary Kwater (link). Gdy zobaczyłam ten wzór, wiedziałam, że kiedyś w przyszłości pojawi się on w mojej dzianinie; nie miałam jednak sprecyzowanej wizji, czy wplotę go w skarpety, czy może w okrągły karczek swetra.

Różnie się splatają na przestrzeni czasu te nasze plany, pomysły, inspiracje i konkretne realizacje. Doświadczam tego również w ramach działań w grupie Posplatane: niektóre projekty czekają, inne zatrzymują nas na dłużej, niż zakładało się wcześniej, a jeszcze w międzyczasie pojawiają się nowe pomysły i inspiracje. A wszystko to dzieje się wewnątrz realnego, zwyczajnego życia, w ramach dostępnego czasu — czy to codziennego, czy świątecznego. Chciałoby się powiedzieć po prostu… życie. No właśnie, życie. Jakże pasuje tu wzór drzewa życia! Ten znany w wielu kulturach symbol wydaje się tak potężny, że aż mnie onieśmiela w pisaniu; odwołuje się przecież do egzystencjalnych spraw, do istoty życia. Nie zamierzam jednak rozpisywać się o filozoficznych sensach — raczej pociąga mnie otwarcie się na nie i poczucie ich, zobaczenie w zwyczajnej codzienności i… w tym, co robię z włóczki 😊

Kiedy myślę o dawnych ludowych motywach, zawsze zachwyca mnie połączenie zwyczajności otaczającego świata z głębokimi znaczeniami. Taki też jest ten wzór, który od niedawna zdobi moje mitenki. Choć decyzja o wykorzystaniu wzoru zapadła już dawno temu, to sam pomysł na dzianinę przyszedł do mnie nagle. Pewnego dnia, gdzieś między świętami, między swetrami, gdy akurat rozmawialiśmy i patrzyliśmy przez okno na ptaki, nagle poczułam, że powinnam odłożyć te dwa swetry, nad którymi akurat pracowałam, i zrobić mitenki — bo w tej formie najczęściej patrzy się na wzór. Wykorzystałam włóczkę Performance Cool Wool w kolorze miętowym jako bazę, a do wyhaftowania wzoru dobrałam pasujące kolorystycznie włóczki: róż, bordo oraz szaro-granatowy tweed na gałązki drzewa. Początkowo chciałam zmodyfikować wzór, zmniejszając ilość gałęzi, jednak zostawiłam go tak, jak jest w oryginale, bo ta gęstość bardzo mi się spodobała — i wizualnie, estetycznie, ale też symbolicznie, bo czy nie znajdujemy się czasem w krzakach, czy nie pojawiają się na naszej drodze gęste chaszcze? Nawet ostatnio były u mnie dość gęste dni.

Naprawdę urzekł mnie ten motyw i zawarta w nim symbolika. Z ręką na sercu (i z sercem na dłoni) mogę powiedzieć, że te uniwersalne motywy są mi bardzo bliskie. Lubię drzewa, lubię patrzeć na ich kształty — zawsze mnie to fascynuje i dobrze nastraja. A jeśli drzewa, to oczywiście ptaki. To kolejny przemiły, swojski motyw. Nawet jeśli o tym nie myślimy, ptaki od zawsze nam towarzyszą: są nad naszymi głowami, w konarach drzew, na ulicznych latarniach, na chodnikach, trawnikach i w pamięci dzieciństwa — w odpustowych kogucikach, na podwórkach, w kurnikach. Jest jeszcze jeden element w tym wzorze — serduszko, bo przecież wszystko zaczyna się od miłości. Dla wzmocnienia tego przekazu zamieściłam serduszka także po wewnętrznej stronie dłoni, tuż nad nadgarstkami; dla urozmaicenia zrobiłam inne kolory na każdej mitence.

Z ręką na sercu mogę powiedzieć jedno — najlepiej po prostu pokazać dzianinę, poniżej zdjęcia mitenek w ilości … od serca😊.
































poniedziałek, 24 lutego 2025

Moje dziewiarskie abecadło – W - Wystawa w warsztacie😉

Co jest ważniejsze – warsztat czy wystawa? Kiedyś usłyszałam takie zdanie w odniesieniu do kuchni, w której dużo się gotuje i porównywaniu jej z nieskazitelnie czystymi, niemal pustymi wnętrzami prezentowanymi w pismach dla kobiet. I choć było to wiele lat temu, zanim jeszcze zadomowiliśmy się w mediach społecznościowych, wciąż wydaje mi się ważne i bardzo pomocne to rozróżnienie na warsztat i wystawę.

We włóczkowej pasji nie wyznaję wyższości żadnego z nich, wszak wiem, że wzajemnie się wzmacniają, więc i jedno i drugie jest ważne. Wypracowana, wyjątkowa dzianina zasługuje by ją „wystawić”, lecz niewyraźne zdjęcie niewiele pokaże, nie wydobędzie jej walorów. I vice versa – wspaniałe zdjęcia  bez włożonej weń treści, bez warsztatu właśnie – nie będą dobrą wystawą włóczkowych wytworów. Warto więc wiedzieć więcej o jednym i drugim, by mieć jakieś władanie nad własnym włóczkowym wszechświatem.

Dziś opowiem jak to wygląda u mnie, jak widzę warsztat i jak wyobrażam sobie wystawę oraz wyjawię  własny sposób ogarniania włóczkowych projektów.

Warsztatu rozumianego jako wyodrębnione wnętrze wprawdzie nie posiadam w swoich włościach, ale chyba jednak nie jest to cała prawda. Wciąż wyczuwam, jak w moje włókna nerwowe wplatają się wizje wzorów, wypełniają wyobraźnię i wreszcie wynurzają, wyrastają jak witki, jak włóczki, wypełniają wnętrze mieszkania, wpycham je we wnęki, ale one są wszędobylskie. Wtedy wmawiam im, że winny być bardziej wsobne, a one nie, bo wolą być na wierzchu, nie wierzą w wypłowiałe „siedź w kącie a znajdą cię”. Do włóczek będę jeszcze wracać, i to wielokrotnie, a teraz chcę wsłuchać się w słowo „warsztat”, skojarzone z dziewiarską pasją ma dobry wydźwięk, wyczuwam w nim energię, stanowczość i rzeczowość. Warsztat to nie tylko konkretne miejsce, ale także wyposażenie, jakże ważne do wykonywania rękodzieła, zarówno fizyczne przedmioty, narzędzia i akcesoria jak i umiejętności, techniki, wiedza oraz doświadczenie. Rzeczy wystarczy kupić, a wybór wcale nie jest prosty, bo wypadałoby wiedzieć co warto mieć, do czego będzie się to wykorzystywać, jakie się ma wymagania.

W tym drugim aspekcie wzbogacanie się warsztatowe wymaga więcej zachodu, więcej czasu. Ktoś mógłby powiedzieć, że manualne zdolności są wrodzone, wyssane z mlekiem matki czy wyniesione z domu. Nawet jeśli tak jest, to ta pasja wymaga wprowadzenia we własne życie i wiecznego wzmacniania, (nikt z zewnątrz tego nie wymaga, to ona sama tak wciąga, wchodzi w krew).  Wraz z wyplataniem wzorów wyrabia się większa wprawa, a pasja wciąż wzrasta i wcale z wiekiem nie wygasa. W wyniku wymuszonego wirem spraw czy wypadków wyeliminowania jej z codzienności staje się wielce wytęskniona i wyczekiwana. Czasem wystarczy jednak czyjeś westchnienie, by wrócić do wykorzystania swojej pasji, do wplatania jej w życie. Gdy wreszcie wyrób włóczkowy jest wykonany można wystawić go na widok: własny, właściciela dzianiny i w ogóle wszem i wobec. Wcześniej też można, nawet na etapie samego widoku włóczki, gdy nie wiadomo jeszcze co z niej wykreować, jakie wykorzystać wzory, albo gdy wizji jest zbyt wiele, a nie są to wcale rzadkie wypadki😉Weźmy jednak wersję prostą, gdy najpierw we własnym warsztacie wykonuję dzianinę, a gdy skończę, pokazuję, nie wcześniej. I nawet wtedy, wiele wcześniej zanim skończę to wplatam w tę dzianinę plany fotograficzne, zastanawiam się czy wchodzi w grę wyjście w plener, wyobrażam sobie jakie tło, myślę o detalach wartych wyeksponowania. Wychodzi więc na to, że i wystawa wymaga warsztatu i wyobraźni.  Choć rozróżniam warsztat i wystawę to nie traktuję ich jako całkiem osobnych, wyodrębnionych warstw. Wynika z tego taki wniosek, że wszystko to jest wymieszane, jak włókna wplecione w siebie nawzajem. By nie poprzestawać na samych wynurzeniach ani ich nie wydłużać przedstawię Wam niedawno odkryty sposób na ogarnianie właśnie wykonywanych projektów. Dotyczy on sytuacji gdy na drutach jest ich więcej niż jeden, albo gdy się zazębiają. Jest to forma organizowania rzeczy i pomysłów, właściwie to stosowałam ją wcześniej, ale tylko momentami, teraz zamieniłam to na zasadę. Co to za wynalazek, jeśli można się tak wyrazić? To po prostu wyznaczony dla konkretnego pomysłu pojemnik, worek, koszyk albo pudełko. Niby nic nowego, kosze, koszyczki, miseczki czy torby na robótkę to elementarne wyposażenie dziewiarskie. Chodzi o to, że każdy rozpoczęty czy nawet planowany projekt umieszczam osobno, jest tam włóczka, wydrukowane wzory, wykorzystywane gadżety. Gdy rzecz jest skończona druty i wszystkie akcesoria wracają na swoje miejsca, zwijam resztki włóczek. Jeśli wiem, że na pewno będę niedługo robiła mitenki, a waham się co do wersji kolorystycznej, to te, które wchodzą w grę wkładam do pojemnika i mam je na widoku. Jeśli wypada mi wyjazd, wyjmuję tylko jeden motek i robótkę, cała reszta zostaje. Taki system jest dla mnie ułatwieniem, porządkuje to co się dzieje, nie plączą się nitki, nie mieszają akcesoria dziewiarskie. Bardzo ważne jest też takie zamknięcie projektu i zrobienie porządku i … miejsca na nowe pomysły. Możliwe, że jest to jakaś oczywistość dla wielu osób, które tak jak ja najchętniej mają jednocześnie trzy rzeczy na drutach, ale ja wypracowałam to sobie niedawno i odkąd wprowadziłam w życie czuję zmianę na lepsze, więc może jest ktoś kto też skorzysta.

Przechodząc do części dzianinowych konkretów, bohaterem dzisiejszego odcinka jest wymarzony przez Kingę kot Pusheen na szaliku wykończonym włochatą włóczką i frędzlami. Na wstępie, zgodnie z opisanym wyżej wynalazkiem do jednego z większych koszyków włożyłam rysunek, pasujące włóczki, tę potrzebną do wykonania szalika oraz kolorowe moteczki do wyszywania Pusheena, na srebrny róg jednorożca znalazłam nawet srebrną włóczkę z cekinami. Była to okazja by wykorzystać różne techniki, sprawdzić swój warsztat zarówno pod kątem wyposażenia jak i umiejętności, no cóż nie wzniosłam się na wyżyny wyszywania. Techniki testowałam w trakcie pracy, największym wyzwaniem było dla mnie wyhaftowanie pusheenowego wizerunku z obu stron tak, aby nie było widać węzełków i ani końcówek włóczki.

Ważne, a nawet najważniejsze jest to, że wnuczka jest wielce zadowolona. Przyznam jednak, że teraz podeszłaby do tematu całkiem inaczej, ale właśnie na tym polega rozwijanie warsztatu:-)












 

 

środa, 5 lutego 2025

Posplatane maki

W ten wzór makowy, choć całkiem nowy powplatało się wiele wątków zakorzenionych i w tym co wspólne, dla wszystkich oczywiste i tym co moje osobiste, co trwało od zeszłego lata i zarazem od bardzo, bardzo dawna.

Gdy starałam się odtworzyć wygląd maków i zaprojektować wzór na druty miałam wrażenie, że trwa to bardzo długo, bo rzeczywiście trwało, pracowałam nad tym w wolnych chwilach, dorywczo. Próbowałam rysować, potem przenosiłam to na kratki kartki albo Excela, odkładałam, a po jakimś czasie, zwłaszcza gdy dorwało mnie natchnienie, znów wracałam do pomysłu.

Teraz, gdy patrzę na skończone rękawiczki z wzorem maków wydaje mi się, że to tylko chwila w czasie, moment. A więc długo to czy krótko? I przyznam, że naprawdę nie wiem jak, tak jak ta baba, co siała mak😉 Wątpliwości co do czasu ani nie rozsiewam, ani nie rozwiewam, bo i po co. Trwało to tyle, ile trwać miało, nikt mnie nie poganiał, nawet ja sama.

Wiem też, że nie zdołałabym szczegółowo opisać wszystkich moich makowych doświadczeń, wrażeń i skojarzeń, nawet pisząc drobnym maczkiem i spożywszy uprzednio maczku paczkę wzorem słynnej kaczki Dziwaczki. Wczoraj przeglądałam zdjęcia zrobione latem, do osobnego miejsca skopiowałam wszystkie z makami, a że sporo ich było, więc rozpoczęłam selekcję, zostawiając tylko kilka, a tak naprawdę kilkanaście tych najciekawszych. To było ciekawe doświadczenie, bo znów poczułam się jak w środku lata, w środku łąki w słoneczny dzień, a przy okazji zrozumiałam, jaki sens miało to moje rozkładanie w czasie pracy nad makami, zobaczyłam, że wcale nie tak łatwo przenieść charakter tej wspaniałej rośliny na prosty dziewiarski wzór.

Polne maki przykuwają wzrok czystą, żywą i mocną czerwienią niesamowicie miękkich i delikatnych płatków. Choć kwiaty te składają się tylko z czterech płatków to tworzą bogate, pełne kształty, bardzo różniące się w zależności od etapu rozwoju, pory dnia. Najintensywniej kwitną rano i przed południem, a potem ich płatki opadają bezszelestnie, cicho. To fascynująca roślina o niesamowitej cierpliwości nasion, które potrafią czekać nawet 40 lat na sprzyjające warunki, najchętniej bowiem wyrastają na poruszonej ziemi, a więc na polach, ale i na placach budowy, przy remontowanych drogach.

Kiedy myślę o makach nasuwają mi się dwa całkiem różne obrazy. Pierwszy, to polna łąka, samotny spacer, kontemplowanie przyrody i cisza jak makiem zasiał, a na drugim obrazie kolorowa, głośna impreza, ludowe stroje, głośna muzyka. Czerwone maki przypominają mi w wyraźny, a nawet jaskrawy sposób, że jedno z drugim się nie wyklucza, że wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Nie przypadkiem więc rękawiczki z makami sfotografowane zostały zarówno na łonie natury jak i w centrum miasta, wprawdzie podczas spokojnej bardzo pory dnia, bez tłumów ludzi, gdzie ja ze swoim naręczem maków na rękawiczkach zilustrowałam tylko część ludowej piosenki „Hej, na krakowskim Rynku maki i powoje”

Wzór ten powstał w ramach projektu "Polskie wzory regionalne w dzianinie. Ujęcie współczesne"(tu link do profilu na IG). Gdy w ubiegłym roku dowiedziałam się o tej inicjatywie poczułam, że byłoby wspaniale przenosić na dzianiny motywy regionalne, które gdzieś wyłaniają się z pamięci prywatnej i zbiorowej i stanowią część prawdy o mnie, o nas i jako motyw w ubraniach zostają na dłużej.

Moje makowe inspiracje splatają się mocno z innymi pasjami, z zamiłowaniem do przyrody, z fotografowaniem natury. Mam jeszcze jedną, osobistą inspirację, rzecz konkretną materialną, choć bardziej jest to wspomnienie. Pamiętam lnianą makatkę w maki, wiszącą na ścianie, a potem leżącą gdzieś w materiałach do szycia, dotykałam jej podczas zabawy, albo szukając guzików czy nici. Gdy w ubiegłym roku zaczęliśmy skanować rodzinne albumy, aby zapisać je w formie cyfrowej zobaczyłam tę makatkę na jednym ze zdjęć przedstawiających moją mamę trzymającą na ręku starszą siostrę. Na ścianie w tle widać te maki, które tak bardzo mi się zawsze podobały. Zdjęcie jest czarno białe, mama ma jakąś ciemną sukienkę, marszczoną przy karczku, jest w ciąży ze mną. Wzrusza mnie łagodny uśmiech mamy, wesoły uśmiech siostry, jakby czekała na towarzystwo do zabaw wszelakich, między innymi do robienia makowych panienek z otwierających się pąków, potem do rozmów.

 A w tle te maki, niezbyt wyraźne, więc nie mogę dostrzec, czy to może tam jest początek tego mojego wzoru.






















wtorek, 9 stycznia 2024

Moje dziewiarskie abecadło – T jak tworzenie

To było oczywiste od samego początku, że w moim dziewiarskim abecadle przy literze T tematem tekstu będzie tworzenie. Tak też się składa, że twórczy pierwiastek jest w moim życiu czymś kluczowym, obejmującym nie tylko pasję. I nie tylko mnie to dotyczy, bo każdy człowiek, nawet niezwiązany z twórczą działalnością zawodowo ani amatorsko codziennie kreuje swoje życie, podejmując nawet drobne decyzje, wybierając ścieżki, treści, kolory, słowa, myśli. A skoro to taki temat to trzeba go traktować… no właśnie jak? I tutaj trafiam na taką trudność, przez siebie stworzoną, mianowicie założenie, że do tematu tworzenia to trzeba wybrać jakąś taką wyjątkową dzianinę, zaawansowaną technicznie, niezwykłą artystycznie i w ogóle czort wie jaką.  Nie mam takiej. A trochę tych dzianin tworzę, z tylu tuzinów projektów jakoś nie wyłania się to coś, nie mam też niczego podobnego w planach. I tu olśnienie, ta-daam, naprawdę to ja wcale nie chcę takiego tworu, który spełniałby kryteria dziwności i atrakcyjności by zilustrować proces tworzenia. Bo przecież tworzenie przejawia się w każdej robionej rzeczy, w najprostszych dzianinach, nawet odtwórcze realizowanie czyichś projektów wnosi coś niepowtarzalnego, twórczego przez osobę, która to robi, a przede wszystkim daje radość i satysfakcję. Takie podejście jest według mnie bardziej trafne i też treściwe. Tematu teorii tworzenia w tym tekście nie będę poruszać, powstało o tym wiele tomów i traktów. Oprócz teorii jest też praktyka, na wyciągnięcie ręki, włóczki, drutów. I powstają kolejne, mniejsze lub większe dzianiny.  Tak to w twórczym tempie toczy się życie, a do tego krótkiego odcinka abecadła wybrałam trzy ostatnio zrobione rzeczy, które właśnie trafiły do nowych właścicielek. Są to skarpety dla Kasi oraz mitenki i sweterek dla Martynki.

Kasia podziwiała wykonane przeze mnie skarpety ażurowe, kolorowe, ale dla siebie wolała gładkie i bez wzorów, w jej ulubionym kolorze pudrowo różowym. Teoretycznie mogłam poprzestać na wydzierganiu prostych skarpet, ale ten element twórczy we mnie sprawił, że musiałam coś zmienić. Wiedząc, że Kasia ma słabość do kotów dodałam kotki nad kostkami. Rozważałam technikę żakardową, ale zdecydowałam się na haft, zwany szwajcarskim ściegiem dzianinowym. Instrukcję wyszywania znalazłam na stronie ABC robótek na drutach, a kocią sylwetkę wzięłam z żakardowego schematu Garn studio. W tych skarpetach zastosowałam nieco inny niż dotychczas sposób wzmocnienia pięty, inspirację zaczerpnęłam z bloga Czajki i sięgnęłam po wzór My Favorite Vanilla Socks, lecz ze względu na grubość włóczki proporcjonalnie pozmieniałam ilość oczek.

Te dziecięce dzianinki są efektem twórczej współpracy z wnuczką. Jej mitenki i czereśniowy sweterek  (klik)  tak bardzo spodobały się Martynce, że chciała mieć identyczne. Czy nie zrobiłabym jej na urodziny. Nie. To znaczy identycznych nie zrobiłabym, chyba że inne wzory, kolory, inne owoce. Więc Kinga wymyśliła nowe mitenki i sweterek, ze śliwkami, ale też z paskami i z literką M na środku. Twórcza natura nie pozwoliła jej poprzestać na jednej zmianie. Ja z kolei pozmieniałam kolory, chcąc wykorzystać posiadane włóczki, od siebie dodałam w jednym z pasków pisane literki M, które pasują uczennicy pierwszej klasy i tym samym dobrze zgrywają się z tematem abecadła😊

Z wydzierganiem mitenek i sweterka zmieściłam się w terminie, lecz zdjęcia mam takie sobie, trudno. Ale już skarpety z kotami zostały należycie sfotografowane, tym razem był na to i czas i światło. Tak to bywa.

Wykorzystane włóczki: skarpety – novita 7 Brother, mitenki Novita Nalle, a cała reszta różne resztki.












 


 

 

środa, 7 czerwca 2023

Sezon truskawkowy

Rozsmakowałam się w dzierganiu skarpet. Owocem tych rozrywek są kolejne pary, mniej lub bardziej skomplikowane, robione w oparciu o czyjeś projekty albo wymyślane przeze mnie. Z rozmachem tworzę nowe skarpetki nie ograniczając się tylko do zimowego docieplania stóp, mogłabym skarpetkować cały rok. Niedawno mówiłam do kogoś, że w tej kwestii wyszłam poza sezonowość. Właściwie to posunęłam się znacznie dalej, wchodząc z wełnianymi skarpetkami w sam środek sezonu truskawkowego i w łąkę z dzikimi poziomkami.

Projekt Moniki Winiarskiej Strawberry Cream Socks urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Haft 3D na pierwszy rzut oka wyglądał na bardzo skomplikowany technicznie, ale zdecydowałam się spróbować, zwłaszcza, że pierwsze kroki w wyszywaniu na dzianinie stawiałam podczas testów u Moniki i dostarczyło mi to wiele satysfakcji,  tak więc bez większych obaw sięgnęłam po nowe rozwiązania.

Skarpeteczki truskawkowe dla mojej wnuczki  zrobiłam z wełenki Lang Yarn Jawool w kolorze szarozielonym, a do wyszywania użyłam różnych włóczek skarpetkowych. Najtrudniejsze przy tym projekcie okazało się fotografowanie, oddanie koloru, zwłaszcza czerwieni.

Moja wersja Strawberry Cream Socks miała dwie sesje zdjęciowe, jedną w naturalnym świetle w pogodny dzień, drugą w mieszkaniu w dzień pochmurny, i to w tych domowych zdjęciach kolor jest najbardziej zbliżony do prawdziwego😊

Truskawki, sezon i sesja to słowa, które razem wzięte przywołują pewne wspomnienia z lat studenckich. Nie chodzi bynajmniej o sesję zdjęciową, tylko naukę do egzaminów. Dziadek mojej przyjaciółki miał plantację truskawek, a to oznaczało u niej w domu sezon przetwórczy, coś co priorytetem rywalizowało z najtrudniejszymi egzaminami. Wtedy Anka zazdrościła mi mieszkania w akademiku. Zajadając się obłędnie słodkimi i soczystymi truskawkami razem powtarzałyśmy materiał, długo będę pamiętać smak tamtych truskawek, nasze spotkania, rozmowy...

Wyszywane truskawki na skarpetkach Strawberry Cream Socks bardziej jednak przypominają mi moje najwcześniejsze truskawkowe wspomnienia, sprawdzanie czy pod krzaczkiem z pięknymi kwiatami wcześniej zielona, potem jasna kulka rośnie, rośnie, nabiera rumieńców, czy zerwać ją już czy jeszcze poczekać…



















 

piątek, 5 maja 2023

Moje dziewiarskie abecadło. R jak rozrywki rozmaite i rąbek:-)

Pisząc przedni odcinek o przyjemności i radości dorzuciłam na zakończenie słowa tęsknoty za wiosną i oto wreszcie mamy ją w całej okazałości i rozkwicie, piękną i przyjemnie absorbującą, nie tylko rodzinnie, towarzysko, balkonowo czy ogrodowo, ale także filozoficznie, fotograficznie, refleksyjnie a nawet metafizycznie.  Różne roboty, robótki, rozmyślania i rozmowy wypełniają nam te wiosenne dni dość gęsto, intensywnie, konkretnie. W samym tylko resorcie mojego rękodzieła dzieje się tak wiele, że nie raportuję tego na bieżąco. Na szczęście tworząc bloga nie ograniczam się żadnym regulaminem. Czasem pozwalam sobie na rozpisywanie się, a dziś raczej redukuję pomysły przychodzące mi do głowy.  Z rogu obfitości rozmaitych rozrywek, jakim jest uprawiane przeze mnie rękodzieło wybieram pojedyncze elementy, detale i smaczki. Patrząc na szczegóły można dostrzec większy obraz i uchwycić kierunek rozwoju. Dzianina, którą dziś prezentuję to ilustracja moich ulubionych od niedawna rozrywek. Nie da się ukryć, że rozskarpetkowałam się na dobre, jak tak dalej pójdzie nabiorę rozmachu. Zrobiłam już wiele par, według sprawdzonych wzorów a także takich, które wymyślałam sama i niebawem je pokażę, ale jeszcze nie dziś. Nie przypadkiem w tytule tekstu pada słowo „rąbek”😊

Osobną kategorią są udziały w testach dziewiarskich, dużą radość sprawia zaufanie projektanta, współpraca w grupie, razem a jednak osobno, możliwość rozwijania swojego warsztatu i to wszystko podczas jednego projektu. Nie mniej jednak testowanie ma swoje rygory i może być obarczone pewnym ryzykiem, czy na pewno uda się wywiązać z terminem realizacji, ze zdjęciami. To można uznać za minus, na mnie jednak działa motywująco, to taka dawka stresu, która pozwala się rozwijać. Skarpetki Kabru socks autorstwa Moniki Winiarskiej skusiły mnie pięknym haftem. Dzięki tej projektantce zaczęłam przygodę z wyszywaniem na dzianinie, po mitenkach i stopkach przyszła pora na skarpety. W nowym projekcie po raz pierwszy zastosowałam w dzianinie koraliki i poczułam, że samo ich poszukiwanie i dobieranie kolorów to absolutnie rewelacyjna zabawa. Uwielbiam to tak jak dobieranie guzików. Ostatnio szukałam guziczków do dziewczęcego sweterka, miałam w domu piękne różyczki, pasowały do włóczki, ale jednak były zbyt ciemne i trochę za ciężki do pastelowych kolorów, wybrałam więc jasne i płaskie guziczki z masy perłowej. Przy tej okazji uchylam kolejnego rąbka dzianinowych tajemnic.

Moją wersję Kabru socks wykonałam z pięknej cieniowanej włóczki meme yarns. Tak się składa, że sweterek, o którym wspominam też powstał z włóczki meme yarns, ale o nim innym razem. Dziś w roli głównej występują wyszywane skarpetki ozdobione koralikami, oto one:



















wtorek, 17 sierpnia 2021

Moje dziewiarskie abecadło - Jak?

W moim patrzeniu na rękodzieło ważne jest pierwsze wrażenie, jakaś emocja, skojarzenie, czasem wspomnienie, zachwyt, podziw. Potem zastanawiam się jak jest zrobione, z czego, podziwiam pomysł i czasem niepojęty dla mnie sposób wykonania. Nie wiem, czy tego lata trafię na jakiś kiermasz rękodzieła, ale przyjemna jest już sama myśl o takich miejscach. Mija się  krzykliwe stragany z pamiątkami masowej produkcji by odnaleźć stoiska z niezwykłymi przedmiotami, zrobionymi z kamieni, ze szkła, z wikliny, z drewna, z żywicy, z zasuszonych roślin, ze sznurków, z nici, z papieru, z głębi serca i z wyobraźni. Tęsknię za tego typu wrażeniami na żywo, za zachwytem, za zaskoczeniem.

Inaczej ma się sprawa z rękodziełem dzierganym. Oczywiście tu też najważniejsze jest pierwsze wrażenie i spojrzenie na całość, jednak bardziej wnikliwie przyglądam się technice wykonania, rozbieram ją w myślach na czynniki pierwsze. Jak jest zrobiona, dlaczego tak, no i czy ja też bym potrafiła. Rzut oka na konstrukcję, fason, wykorzystany wzór, nagłe pragnienie by też tego spróbować. Wcale nierzadkie to przypadki.

Nad niejedną głową głowiłam się próbując rozliczyć wzór z czapki, by zapomnieć o nim zanim jeszcze wysiadłam z tramwaju. W pamięci przemazują mi się też mijane szałowe szale, wspaniałe swetry, kamizele oraz poncza o ciekawych formach i kolorach. Zrobiłabym! Ach, może kiedyś, tak, na pewno.

Kiedy jednak mam do zrobienia konkretną rzecz wówczas energię ze stanu uniesienia wykorzystuję jako paliwo do działania. Zarówno przy projektach, które sama przygotowuję jak i  w przypadku, gdy korzystam z gotowych opisów najpierw skupiam się na sposobie wykonania. Ważna jest świadomość tego, co potrafię oraz umiejętność czytania wzorów i odtwarzania ich we własnej dzianinie. Można znaleźć mnóstwo instrukcji, w książkach, gazetach, w Internecie. Jak jeden filmik jakiś niejasny to można sięgnąć do innego, próbować, pruć i tak do skutku, aż osiągnie się pożądany efekt.

Poruszyłam ten temat, bowiem ostatnio stanęłam przed zupełnie nowym zadaniem. Wiedziałam co mam zrobić, ale nie miałam pojęcia „jak?” I tak oto przeszłam do kolejnej litery mojego dziewiarskiego abecadła –„ j”, jednak równie dobrze dzisiejszy wpis mógłby być kolejnym odcinkiem o inspiracjach i improwizacjach, tak jak jeden z wielu innych. W dzianinowym świecie bowiem elementy lubią się powtarzać, a wątki splatać, przeplatać, czasem zaskakiwać.

Cóż to za zadanie? Zaskakująco proste i trudne zarazem. Wnuczka poprosiła mnie o sweterek, opisała go pięknie, powiedziała jakie ma mieć kolory i dodatkowo zrobiła rysunek. Wiedziała, że musi poczekać aż skończę coś innego, ja natomiast musiałam wymyślić jak jej projekt zrealizować. Gdy odwiedziła mnie następnym razem zapytała o sweterek, doprecyzowała opis i wykonała kolejny rysunek. Nieco inny, choć idea pozostawała ta sama, za to poziom trudności niepokojąco się podnosił. To miał być sweterek z lawendami z przodu, a każdy kwiatuszek otoczony zieloną obwódką, przy rękawach i przy kołnierzu coś w rodzaju koronki lub falbanki. Teoretycznie nic trudnego, poza tym że mogło dojść do rozbieżności między wyobrażeniami Kingi, a tym jak mogły zostać przeze mnie odczytane i za pomocą drutów przerobione na dzianinę. Dawno nie miałam tak emocjonującego zadania! Czekając na zamówione lawendowo błękitne włóczki rozrysowywałam projekt i dobierałam   wzory przypominające grządki, płot, koszyki. Starałam się również aby bogactwo wymaganych motywów ująć w jedną spójną całość. Wygląda na to, że się udało, a efekt zadowolił i mnie i Kingę. Mimo gorąca już następnego dnia chciała ubrać sweterek do przedszkola.

Co do kwestii technicznych, ten raglanowy sweterek zrobiłam bezszwowo, od góry. Co prawda zaczynałam od dołu świeżo opanowanym koronkowym motywem, ale w połączeniu z całością nie wyszło tak dobrze jak oczekiwałam, toteż sprułam i zaczęłam od nowa, od góry. Wykorzystałam trzy kolory włóczki Cotton Gold Alize – 40, 166 i 616. Brzegi mankietów, kołnierzyka zrobiłam z cieniowanej włóczki w pasującym kolorze.  Lawendy wyhaftowałam jak umiałam😊