Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raglan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raglan. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 sierpnia 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 4.

Lato dobiega końca. Zdanie to nie odbiega od prawdy ani się z nią nie mija. Choć oczywiście czas letnich wakacji mija, to nie wydaje mi się, by działo się to w biegu. Dojrzałe lato niejako spowalnia, jest przyjemnie ociężałe, a za jakiś czas, gdzieś na skraju jesieni, połączy tę swoją ociężałość z lekkością. W ciepły, słoneczny dzień uniesie w tańcu nitki babiego lata.

Jeszcze trwa lato i bywa gorąco, jeszcze najcieńsze ubrania, może jeszcze raz gdzieś nad wodę… i jeszcze jeden odcinek o dziewiarskich wspomnieniach z wakacji.

O tej porze na letnie ubrania patrzy się już nieco inaczej, bo pojawiają się pytania: ile razy jeszcze będzie można to założyć, czy pogoda pozwoli. U mnie lato zwykle zaczyna się i kończy pakowaniem, lecz nie tym związanym z szykowaniem rzeczy na wyjazdy. Sezon otwiera wyjęcie letnich rzeczy, które potem, z nadejściem jesieni, znów się pakuje i odkłada. Dotyczy to też oczywiście letnich dzianin, ale nie wszystkich. Bluzeczka, którą dziś pokażę, choć jest jedną z najcieńszych rzeczy zrobionych przeze mnie na drutach, nie zostanie odłożona do następnego lata, nie zapadnie w sen zimowy. Może właśnie dlatego, że jest taka cieniutka, może być używana przez cały rok, nawet w chłodne dni, tyle że będzie miała jakieś inne warstwy na sobie.

Dzianina bardzo dobrze wpisuje się w temat wakacyjnych wspomnień. Już sam zakup włóczki był wakacyjną przygodą. Pamiętam, jak kilka lat temu mąż zaskoczył mnie propozycją, by wpaść do Kalwarii, bo stąd niedaleko, odwiedzisz wreszcie sklep Biferno. A ja na to… jak na lato😉 I tak prosto z drogi, bez wcześniejszego planowania, wpadłam do tego Biferno i chłonęłam świat włóczek wspaniałych, patrzyłam na kolory, jakbym chciała je wszystkie zapamiętać, bo nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle tam kiedyś jeszcze wrócę.

Wspominam to z sentymentem, bo wtedy nie przypuszczałam nawet, że Biferno pojawi się też w Krakowie. Podczas tamtej wizyty kupiłam rzeczy całkiem dla mnie nowe: rafię, z której zrobiłam kapelusz (klik) i torebkę (klik), oraz cieniuteńki jedwab, o którym od dawien dawna marzyłam, a dokładnie to od czasu, gdy na blogu „Knitolog w podróży” podziwiałam „Jedwabny szlak” Doroty, z prostymi i zachęcającymi instrukcjami (klik).

Ale mój własny jedwabny szlak był jeszcze bardzo daleko. Nawet gdy już kupiłam jedwab Maharaja Silk, odłożyłam go na dłuższy czas. Po jakimś roku ośmieliłam się przewinąć precelek, lecz nawet potem jedwab ten mnie onieśmielał. No i ta cienizna! To trzeba by robić ze dwa lata, myślałam, choć wiedziałam, że kiedyś przyjdzie na to czas.

I przyszedł, zupełnie nagle i niespodziewanie, gdy szukałam robótki na wyjazd, czegoś prostego, nieabsorbującego i w niewielkim rozmiarze. Rozpoczęcie jedwabnej koszulki wydawało się idealnym rozwiązaniem. W przeddzień wyjazdu nabrałam oczka na dekolt i połączyłam je w okrążeniu. Plan był prosty, same prawe, bez formowania dekoltu, z ażurową linią raglanu, więc nie potrzebowałam markerów ani żadnych innych akcesoriów. W kosmetyczce miałam tylko moteczek i druty, a przed sobą znane i nieznane jeszcze wtedy cele podróży.

Nie wchodząc w szczegóły, wspomnę tylko, że był to wyjazd dla mnie nietypowy, wręcz wyzwanie. Jak się okazało potem, przyniósł on dużo dobrego, nie tylko spory fragment jedwabnej bluzki. Nie wiedziałam, czy poza czasem spędzonym w busie będę miała dłuższe chwile na druty, lecz nie miało to znaczenia. Ani się nie spieszyłam, ani też nie spodziewałam się zauważalnego przybywania kolejnych rządków.

Jakże się zdziwiłam, gdy okazało się, że dojechałam do etapu rozdzielania rękawów i to akurat przed podróżą, w przeddzień wyjazdu. Nie miałam z sobą żyłek pomocniczych ani resztek włóczek, bo, jak wcześniej wspomniałam, nie zabierałam akcesoriów dziewiarskich. Teoretycznie mogłam zamknąć oczka rękawów, a potem te zamknięcia pruć, ale zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby przełożenie oczek na zapasową nitkę.

Tylko skąd ją wziąć?

Była godzina 21, jedyny w okolicy sklepik spożywczo-chemiczny czynny był do 20, a poza tym nie było nawet szans, że kupię tam włóczki lub choćby nici. Będąc tam codziennie przez parę dni, asortyment znałam niemal na pamięć. Mimo wszystko postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem coś się nie zmieniło.

No cóż, najpierw zdziwiło mnie to, że sklep wciąż był otwarty, i już sam ten fakt dobrze wróżył. A potem okazało się, że na jednej z półek leżał koszyczek z przecenionymi dziwnymi rzeczami. Były to jakieś drobiazgi, zdekompletowane spinki… oraz dwie małe szpulki nici…

Nie wiem, co bardziej mnie ucieszyło, to, że zdobyłam potrzebny mi materiał, czy raczej ta niespodziewana sytuacja, to, że pojawiło się rozwiązanie — bez presji, bez oczekiwań, bez pretensji do siebie i do kogokolwiek.

A tak wygląda cała bluzeczka, dziewiarska pamiątka tego lata.








 








wtorek, 9 czerwca 2026

Makowiec

I oto mamy czerwiec. Uroda tego miesiąca rozkwita bujnością wszelakich kwiatów. Są wśród nich także maki, zachwycające wyrazistą, beztroską czerwienią, przykuwające uwagę, prowokujące uśmiech. Nie ma znaczenia, czy to wypielęgnowany ogród, ruderalne nasypy czy łan zboża – z każdego miejsca uśmiecha się ta czerwień, zaprasza do radości.

Siadając do pisania tego tekstu, miałam prosty plan – przedstawić dzianinę rzeczowo i krótko – co, z czego i dlaczego, a jeszcze krócej napisać o mojej makowej fascynacji, wspominając posty, w których ten temat rozwijałam – ten i ten. Jednak, dotknąwszy klawiatury, czuję, że nie tędy droga, że ten minimalistyczny, sprytny plan nie wyjdzie, właściwie już go nie ma, bo na wstępie się rozpisałam. Mam wrażenie, jakby coś jeszcze domagało się napisania. Nawet nie wiem, skąd taki zwrot i czy to w ogóle poprawne, ale z ciekawości idę za tym, za tą intuicją, za myślą, jak za kolejnym kwiatem maku, który fotografuję, jak za następnym rzędem oczek w dzianinie. Zobaczyć, jak wyjdzie. A może to coś więcej? Może gdyby zlekceważyło się w sobie to, co się tak domaga, człowiek zacząłby niedomagać? Z pewnością kontakt z naturą i moje druty uwalniają mnie od wielu niedomagań ciała i umysłu.

Wszystkie wcześniejsze makowe słowa rozsiane na moim blogu są nadal aktualne, ale jednak z upływem czasu trochę się zmieniło. Mój zachwyt makami nie zmalał ani trochę, może nawet się pogłębił. Dowiedziałam się, jak rozpoznać pąk, który otworzy się nazajutrz, kiedy rozkwitający mak zrzuci zielony czepeczek i dlaczego nie siadają na nich motyle. Jednak mimo odkrywania kolejnych makowych tajemnic niezmiennie zdumiewa mnie to, co widziałam i wiedziałam od zawsze – że są wspaniałe, piękne i delikatne. A jak człowiek pomyśli, że mak ma tylko cztery bardzo cieniutkie płatki, z których potrafi zbudować mnóstwo pełnych, dynamicznych form, to już po prostu głowa mała. W tym roku w moich ulubionych miejscach wyrosło więcej maków niż kiedykolwiek wcześniej, jakby wiedziały, że będą mile widziane i uwieczniane na fotografiach. Swoją drogą z tych zdjęć mógłby już powstać dość gruby album.

Makowe motywy pojawiły się także w prezentach. Wzrusza mnie myśl, że ktoś wybrał tę rzecz specjalnie dla mnie, wiedząc o mojej makowej słabości, przy okazji wzmacniając naszą przyjaźń. Bukiet namalowanych maków zobaczyłam też na tle sceny podczas koncertu z okazji Dnia Matki, a choć nie było to specjalnie dla mnie, też mnie wzruszyło, a może właśnie tym bardziej. Zostawmy jednak te sentymenty, przejdźmy do konkretów.

Od ostatniego makowego wpisu zaszła także zmiana na polu dziewiarskim – przybyła jedna duża dzianina. Jej to właśnie poświęcony jest ten wpis. Pomysł na sweter z wzorem moich maków dojrzewał powoli, czekał cierpliwie. Gdy pod postem, w którym pokazywałam makowy wzór, przeczytałam komentarz z sugestią swetra w maki, najpierw pomyślałam: „No nie, nie na sweter, gdzie ja bym w tym chodziła?”. I jak połączyć kolory? Nie chcę zbyt jaskrawo, no chyba że granat. Tak, mógłby być granat. Ale czerwień też jest piękna, żeby wpleść ją w codzienność, trzeba znaleźć dobre tło, może jakiś kamienny beż, szary brąz ożywiony czerwienią... Tak, to byłoby świetne. I takie obrazy malowały mi się w głowie przez jakiś czas. 

Aż nagle przyszedł mi do głowy pomysł na użycie włóczki Drops Daisy w kolorze ciemnoniebieskiej zieleni. Dobrze łączył się i z czerwienią, i z bladą zielenią przeznaczoną na łodygi i pąki. Chciałam zrobić sweter wygodny i ciekawy, zarówno wizualnie, jak i podczas pracy. Zdecydowałam się na raglan robiony od góry, który mogłam mierzyć w trakcie pracy. Jako że makowy motyw na tułowiu wymagał gładkiego tła, postanowiłam urozmaicić dzianinę w innych miejscach. Rękawy zrobiłam podwójnym ryżem, raglanowe plisy – ściągaczowymi pasami, które przedłużyłam po bokach swetra.

Plisę dekoltu wykonałam na podstawie tutorialu Barbary Kwater (link). Jest to nieco inny sposób na plisę z rulonikiem niż te, które robiłam wcześniej, trochę bardziej pracochłonny, ale wart tego wysiłku. Wygląda świetnie, trzyma całą górę i nie odkształca się w czasie noszenia.

W bokach swetra zrobiłam wpuszczane czerwone kieszenie, które przypominałyby otwierające się pąki maków. Nie wiedziałam, jak się to robi, nie znalazłam instruktaży, ale przecież nie zaczęłam robić na drutach wczoraj, stwierdziłam więc, że coś wymyślę.

W pierwszym podejściu kieszonki wyszły za wąskie, więc zaliczyłam prucie, ale cofnięcie się o kilka centymetrów nie bolało. Sweter robiłam bez korzystania z żadnego wzoru, lecz nie powiedziałabym, że na oko, bo wszystko mierzyłam i wyliczałam, dopasowując do swoich potrzeb.

Gdy na przodzie swetra zakwitły maki w dwóch odcieniach czerwieni, postanowiłam poczekać ze zdjęciami, aż pojawią się żywe maki. I oto są:
























  

wtorek, 9 grudnia 2025

Między morzem oczek a zachodem słońca

Bardzo cierpliwy jest blog „mottozmotka”. Domyślam się, że inne blogi również. O tym, co dzieje się po drugiej stronie, dowiaduję się z tego, co piszą ich twórcy.

Czasem ktoś napomknie, że blog pokrył kurz albo że rdzewieje, lecz wystarczy znów się pojawić, zamieścić zdjęcia, napisać parę słów i wraca się do spokojnej blogowej rzeczywistości.
Blog nie wysyła powiadomień, nie rozlicza, nie raportuje, nawet nie mobilizuje – za to lubię tę przestrzeń. Jeśli pojawia się na przykład poczucie nienadążania, to jego źródło jest w głowie, we własnych wymaganiach. On sam jest na nie zupełnie obojętny i z każdym nowo otwartym postem daje czystą kartę. To ode mnie zależy, co zamieszczę, w jaki sposób, które zdjęcia wybiorę, o czym napiszę. Czasem zastanawiam się nad zmianą formuły: pisać, nie pisać, może zdjęcia wystarczą?

Usłyszałam ostatnio o tym, jak przyjemnie spędziły czas mama z córeczką, przeglądając stronę "mottozmotka", i jak miłe były dla nich te chwile – oglądały zdjęcia, bez czytania tekstów. (Uwaga: chwalę się, że mnie chwalą 😉). Ten przemiły komplement nie tylko sprawił mi przyjemność, ale też przypomniał o wcześniejszych wahaniach co do zmian na blogu.

Usiadłam przed ekranem, by pokazać trzy rzeczy zrobione na drutach dla Elżbiety, i już byłam w ogródku, i już witałam się z nowym postem prawie wolnym od słów, kiedy refleksje napłynęły same, no i… zaczęłam pisać.
Nie wiem, czy kiedyś ograniczę się do samych zdjęć, co najwyżej z podaniem danych technicznych typu: rozmiar, numer drutów, włóczka i jej zużycie… Bo chociaż to ważne dziewiarskie sprawy, to uważam, że w dzianinowej pasji ciekawsze niż wspomniane zużycie jest samo życie 😉 – prawdziwe, ciekawe, nieprzewidywalne. Historia zamówienia, które przedstawię dziś na blogu, bardzo pasuje do tego opisu.

Tego doświadczenia, jakim jest wstępne omawianie projektu, nawet nie próbuję opisywać: żonglowanie między wyobrażeniami a konkretem, dopasowywanie pomysłów do ograniczeń materii, rozmowa, słuchanie, poszukiwanie formy, koloru, fasonu – kocham to, mimo sporej dawki niepewności i ryzyka.

Wcześniej umawiałyśmy się na szal, ale Ela zdecydowała się na sweterek oraz skarpety. Sweterek w kolorze morskim, z szerszymi rękawami, taki stonowany, za to skarpety w energetycznych barwach, przypominających zachód słońca. Z tymi wskazówkami zaczęłam poszukiwać pomysłów i odpowiednich włóczek. Na sweterek wybrałam mieszankę merynosa z bawełną – Drops Cotton Merino w kolorze „zgaszony niebieski”. Zrobiłam go od góry, raglanem, gładkim ściegiem; na tym tle plisa przy szyi stała się dekoracyjnym elementem. Jednak główną ozdobą miał być nawiązujący do fal wzór na dole swetra i przy rękawach. Robiąc od góry, tak sobie płynęłam przez to morze oczek prawych, potykając się od czasu do czasu o rafy niepewności, czy mi się to uda, i wyczekując, kiedy wreszcie dopłynę do brzegów.
W międzyczasie szukałam zachodów słońca wśród wielobarwnych włóczek; czasem nad jakąś się zatrzymałam, ale żadna z nich nie przypadła do gustu ani mnie, ani Eli – mimo licznych wędrówek po sklepach internetowych. I wreszcie pomysł wskoczył sam; aż zdziwiło mnie, że nie wpadłam na to wcześniej – „głębia oceanu” Fabelowa Dropsowa, idealnie pasująca do sweterka, plus pomarańczowa włóczka na palce, pięty i ściągacze.
Dodatkowo przyszedł mi do głowy pomysł połączenia słonecznych, ciepłych kolorów włóczki Alize Wooltime; chętnie powtórzę jeszcze gdzieś to zestawienie – nieoczywiste, bardzo przyjemne, optymistyczne.

W te dzianiny wplotły się morskie inspiracje z naszych wspomnień, zdjęć, skojarzeń; w rozmowach wymieniałyśmy się nawet miejscami wartymi odwiedzenia nad morzem i w Internecie – pięknymi i pozytywnymi. W tym czasie przypomniałam sobie z psychologii pojęcie „uczucia oceanicznego”. Teraz, chcąc opisać je bez fantazjowania, wrzuciłam hasło w wyszukiwarkę. Jako pierwsza wyrwała się do odpowiedzi sztuczna inteligencja, zaskakując mnie opisem wyzwań życia żeglarskiego, rejsów stażowych po Atlantyku itp. Natychmiast dostrzegłam swoją pomyłkę – wpisałam słowa „doświadczenie oceaniczne”, podczas gdy chodziło mi o „uczucie oceaniczne”, które odnosi się do subiektywnego, mistycznego poczucia bezgranicznej jedności ze światem zewnętrznym i bywa uznawane za jedno ze źródeł przeżyć religijnych (link do Wikipedii).
Takich stanów doświadcza się nie tylko podczas żeglowania, nurkowania czy na widok morza – można je przeżywać wszędzie, na przykład na łące, fotografując pazia żeglarza, a potem patrząc na zdjęcia…
By jednak nie odpłynąć zbyt daleko w tych dygresjach, kończę. Pozdrawiam i życzę wielu pięknych i dobrych wrażeń. 

A oto dzianiny:

































piątek, 15 listopada 2024

Moje dziewiarskie abecadło. W jak… wyznanie?

Ze znaku zapytania w tytule wpisu wywnioskować można jakieś wątpliwości. Po pierwsze wahałam się czy wątpliwości wpisują się w ten cykl, czy aby abecadło nie powinno obejmować jedynie wątków jednoznacznych i oczywistych, wypisanych wprost wskazówek, wte albo we wte😉. Wiadomo jednak, że wątpliwości są wszędzie wokół, więc wystąpią także w moim dziewiarskim abecadle.

Po drugie, choć lepiej po wtóre, to moje wyznanie, że coś nie wyszło nie będzie wyrzucaniem sobie winy. Mówiąc wprost – popełniłam błąd, ale jednak nie żałuję. Wiem, że mogłam wyeliminować ów błąd, czy raczej niedopatrzenie, ale wskutek trochę wariackiego podejścia nie wychwyciłam wskazówek, nie wstrzymałam się wcześniej. Wyrywna byłam, w gorącej wełnie kąpana, czy jakoś tak. Wprawdzie to nie była wielka wtopa, wycofałam się w porę, a sprute motki, które mogły wyglądać jak włóczkowy wyrzut włożyłam wysoko, żeby ich nie widzieć. Wciąż jednak wydawało mi się, że coś wisi nade mną, więc żeby niezadowolenie  nie uwiło sobie gniazda wewnątrz wiedziałam, że warto by włóczkę jakoś wykorzystać i w miarę szybko wykonać inny wyrób.

Wrócę jednak do początku 

„Wchodzę w to!” niemal wykrzyknęłam widząc wyjątkowy wzór na bluzkę, miał on ciekawe wykończenia i prostą formę, wyobrażałam sobie jego wielką wygodę, wiedziałam z czego wykonam moją wersję w wymarzonym kolorze. Wystarczyło więc wykupić wzór, wybraną włóczkę włożyć do koszyka i wreszcie wykonać owo wdzianko. Wcześniej wiadomo - wiele godzin wywijać drutami, wiodąc rozmowy, wsłuchując się w wykłady, wozić tę wybraną robótkę w woreczku wiązanym tasiemkami wszędzie gdzie się da, bo wtedy właśnie trwały wakacje. Wizja ta właściwie wypełniła się w każdym wątku, z jednym, acz wielkim i ważnym wyjątkiem. Byłam już po rozdzieleniu rękawów od korpusu i nagle zauważyłam, że dołączona niedawno nitka ma inny odcień, kolor odcina się nieładnie. Wiedziałam, że włóczki są z różnych partii farbowania (jak trudno o apolityczność!). Wiedziałam, że to może się wydarzyć, więc gdy się jednak wydarzyło nie wpadłam w szok, nie wylałam wiadra łez. Ale trochę wstydu poczułam. Gdy kupowałam włóczkę w sklepie woollop Monika, cudowna osoba, z właściwą sobie starannością  wskazała mi na różnice, nawet zrobiła zdjęcie dla porównania, jedno wieczorową porą, drugie w świetle dnia, sugerowała nawet wstrzymanie się do kolejnej dostawy. Włóczką tą był jedwab madragoa Rosarios4, miałam w domu parę motków i innych kolorach, wykombinowałam więc że jeśli różnica w kolorach włóczki na bluzkę będzie zbyt widoczna zrobię wymyślony znacznie wcześniej letni top w paseczki, wszystkie odcienie madragoa pięknie do siebie pasują. Gdy otworzyłam zamówioną przesyłkę, różnice w motkach były tak znikome, że bez wahania narzuciłam włóczkę na druty. A dalej było tak jak napisałam wyżej. Gdy już wiadomo było, że ta różnica będzie fatalnie wyglądać, sprułam co zrobiłam, odłożyłam wysoko, ale wkrótce wystawiłam te włóczki tak, by je mieć w polu widzenia. Wtedy nagle wpadł mi pomysł by zrobić mały sweterek dla Karola a różnice w odcieniach ukryć w półcieniach czyli w strukturalnym wzorze, Wykonałam go według własnego pomysłu, raglanem, od góry, wplatając pasy wzoru ryżowego, dół, rękawy i dekolt wykańczając włoskim zamykaniem oczek. 

A jeśli chodzi planowaną wcześniej bluzkę – mam już wzór, wymiary, pomiary, wykonałam próbkę a nawet wielką próbę, tylko włóczki jeszcze nie mam. Teraz wydaje mi się że wolałabym brąz😉

Tak to się wije ta moja włóczkowa wędrówka, bywają na niej wyboje, na niektóre wystawiam się sama. Na ryzykowne wybryki pozwalam sobie wtedy, gdy robię coś dla siebie lub dla moich bliskich. W wypadku gdy wiąże mnie jakieś zobowiązanie pracuję według innych wzorców. Podczas testu dziewiarskiego wiernie wykonuję wzór, w wyznaczonym czasie, wyliczam wcześniej oczka, włóczkę, wymagany czas. Wykonując coś na zamówienie staram się wychodzić na wprost wizji danej osoby. Jak wychodzi to już one mogą oceniać, ja natomiast wiem że wszystkie wcześniejsze błędy i eksperymenty wpływają na wzmocnienie i warsztatu i wiedzy.

A oto jedwabny dziecięcy sweterek wywieszony na wieszaku, wciąż czekam na jakieś wspólne wyjście, na okazję do zdjęć na Karolu, wierzę że one wydobędą więcej walorów tej dzianiny. I to nie musi być na jakimś wybiegu, może też być w wirze zabawy😊











piątek, 22 marca 2024

Miksowania marcowego ciąg dalszy😊

Pasja tworzenia dzianin to coś, co wciąga, porywa i unosi, rozwija fantazję a zarazem utwierdza w konkrecie, skłania by zgłębiać tajniki materii, rozpracowywać techniki, poznawać je i oswajać. To jakby dwa różne obszary, materialny i niematerialny, które wcale nie kłócą się z sobą, tylko pięknie splatają i przenikają.

Ostatnio siostra przypomniała mi o chuście, którą zrobiłam dla niej pięć lat temu. Pokazywałam ją w tym poście. Kasia nazwała ją chustą idealną - co do wielkości, grubości, ciepłoty, kolorystyki i kształtu, powiedziała też, że zawsze zabiera ją na wjazdy, bowiem sprawdza się zarówno w sytuacjach codziennych jaki i bardziej eleganckich, świetna do narzucenia na sukienkę gdy robi się trochę chłodno.

Chusta ta zachwyciła inną Kasię na tyle, że zrodził się pomysł nowej dzianiny. To właśnie taki moment pobudzający wyobraźnię. Gdy zaczynam zastanawiać nad nowym projektem, czuję, że porywa mnie samo myślenie o dobieraniu kolorów. Jakbym patrzyła na szklane naczynie z wodą, do którego wlewają się barwniki. Z ekscytacją i ciekawością obserwuję te widowiskowe obrazy i jednocześnie porównuję jak pasują do wizji, której szukam.

Dziś do garnca z marcowym miksowniem oprócz wspominania chusty sprzed kilku lat i fantazji o kolorach przyszłych projektów wrzucam też konkrety dzianinowe, dwie pary skarpet i ubiegłoroczny sweter zrobiony dla mojego męża. Sweter ten wciąż nie doczekał się zdjęć „naczłowieczych”. To piękne określenie zaczerpnęłam od Bokasi i dziwię się, że nie przyjęło się na dobre w dziewiarskim świecie i nie zastąpiło zwrotu „na ludziu”. Tu pozwolę sobie jeszcze na jedną dygresję językową. Coraz częściej słyszę, że coś się „zadziewa”. Wygląda na to, że to słowo się już przyjęło, ale jeśli tak, nie znaczy to jeszcze że jest obowiązkowe😉 Osobiście wolę jak coś się „wydarza”, w samym środku tego słowa jest dar, a dar możemy przyjąć, albo komuś ofiarować. Samo słowo wydarzenie kojarzy się z czymś istotnym, na pewno wartym naszej uwagi. A zadziewanie? Dla mnie słowo „zadziewa” nasuwa obraz zaciągającego się oczka w rajstopach, zaciągniętej nitki w delikatnej tkaninie czy dzianinie, czyli czegoś niepożądanego.

Wróćmy jednak do dzianin. Pewnego razu poznawszy nową metodę dziergania pięty, postanowiłam podzielić się z innymi moim wzorem, w którym oprócz tej nowej pięty wplotłam swoje ulubione motywy zaczerpnięte z natury,  stąd nazwa wzoru „Mech i motyle”. Okazało się, że łatwiej było mi zrobić skarpety niż opis ich wykonania, lecz cieszę się, że tego spróbowałam. 

Opis znajduje się pod tym linkiem

 Moim wzorem zainteresowała się Renata Witkowska - mistrzyni dziewiarskich opisów i zrobiła swoją wersję tych skarpet, którą pokazała na swoim blogu Dziergawki w tym poście. To dla mnie zupełnie nowe, wzruszające doświadczenie zobaczyć swój pomysł w wykonaniu innej osoby.

Dzięki bezcennym uwagom Reni naniosłam poprawki do istniejącego opisu, uświadomiłam sobie także, że sporym ograniczeniem wzoru jest tylko jedna opcja na grubszą włóczkę. Postanowiłam dodać opis na większą liczbę oczek, a żeby to zrobić wydziergałam kolejne skarpety. Jako że nie lubię zbyt dużej powtarzalności postanowiłam wprowadzić akcenty kolorystyczne.

Zrobiłam im zdjęcia na płasko i na nodze, ale nie mojej, to znaczy mojej, bo ją posiadam, czasem używam, lecz nie do chodzenia😉 W poprzednim poście pisałam o głowie, a dziś podobnej roli noga, nóżka w zasadzie, niezmiernie szczupła, wygięta stópka plastikowa, do prawdziwej mało podobna, ale pomocna jest gdy chce się pokazać piętę. 

Druga para skarpet to skarpetki dla mojego męża. Wykonałam je z posiadanych włóczek, dużą przyjemność sprawiło mi dobieranie kolorów i oczywiście dzierganie. Po raz drugi zrobiłam piętę typu bumerang, tym razem skorzystałam z opisu Bokasi. Jej pieczołowicie wykonane skarpetki kuszą misternymi detalami, mam zamiar wpleść w jakieś swoje skarpetki kliniki  z lewych oczek, ale to kiedyś.

Raglanowy sweter nazwałam ekspresowym bo zrobiłam go w szybkim tempie na grubych drutach, bez korzystania z żadnego wzoru, wykorzystując ulubione ściegi w prostym układzie.

A oto zdjęcia dzianin:






















sobota, 17 lutego 2024

Lucy – sweterek ryżowy, raglanowy, ekspresowy.

Już na podstawie tytułu można całkiem sporo dowiedzieć się o projekcie "Lucy's sweater", że wykonany jest ściegiem ryżowym, ma raglanowy rękaw i powstaje w błyskawicznym, jak na sweter tempie. Poza tym, a może przede wszystkim, jest on bardzo wygodny, równie przyjemny w noszeniu jak i w dzierganiu. Prosty, uniwersalny fason zdobią ciekawe linie raglanu przypominające warkoczyki, które ciągną się aż do ściągaczy, tych na dole swetra i tych zamykających szerokie, luźne rękawy. Gdy zdecydowałam się na testowanie tego projektu dla Renaty Witkowskiej stanęłam przed wyzwaniem znalezienia odpowiedniej włóczki. Miała ona spełniać dwa kryteria, po pierwsze powinna pochodzić z moich zapasów, a po drugie musiała być przyjemna i niegryząca. W przypadku wykorzystywania włóczek z odzysku czy też włóczek już nieprodukowanych dochodzą jeszcze obawy czy aby wystarczy, ach ten smak ryzyka! Kwestia koloru też ma znaczenie, ale to jest u mnie jakby organiczne, po prostu robię to co mi się podoba😊

Przed rozpoczęciem pracy wybrałam trzy wersje kolorystyczne, każda w ilości „wystarczy na sweter”, myślę że nie ja jedna stosuję taką uproszczoną i jakże wymowną miarę. Podobały mi się wszystkie opcje, o wyborze miał zdecydować los, czyli wykonana próbka ściegu adekwatna do opisu. Okazało się jednak, że żadna z nich, mimo żonglowania rozmiarami drutów nie spełniała tego warunku, jedna wełenka dużo za gruba, dwie pozostałe trochę za cienkie, a że były cieniowane to nie chciałam z niczym łączyć, żeby nie przytłumić ich urody. W tej sytuacji zdecydowałam się na czwarte rozwiązanie, połączenie trzech różnych nitek w kolorze zgaszonego błękitu i jasnej szarości. Wykorzystałam włóczki Drops Nepal, Alize Artisan Supewash i Haapsalu Shawl Midara. Świetne są takie zestawienia różnych nitek, mam wrażenie, że dodają dzianinie głębi i oryginalności.

Sweterek robiłam dla siebie, tak dobierając rozmiar aby zachować zarówno trochę luzu przy ciele jak i swobodne wkładanie rękawów pod kurtkę i efekt ten udało mi się osiągnąć. Miałam na sobie tę dzianinę dwa razy,  w obu przypadkach były to bardzo miłe spotkania, co tylko utrwaliło pozytywne ważenia. W ubiegłym tygodniu sweterek podarowałam siostrzenicy, która ma kilka rozmiarów mniej niż ja, ale bardzo lubi luźne rzeczy. Aniela przepięknie wygląda w tych błękitnych szarościach, a jeśli chodzi o mnie zawsze mogę zrobić sobie taki sweterek, mam na niego bardzo dobry przepis😊 Z czego mógłby powstać jeszcze nie wiem, lecz wiem na pewno, to że nawet przy skrupulatnym podążaniu za opisem będzie to rzecz jedyna w swoim rodzaju. Kolaż zdjęć testowanych wersji zamieszczony przez projektantkę na jej stronie Dziergawki świetnie ilustruje niepowtarzalność ręcznie wykonanych dzianin.