Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kamizelki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kamizelki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 kwietnia 2026

Duża róża

Wchodząc w poświąteczną codzienność, wracam do spraw dziewiarskich z jakąś dziwną potrzebą porządkowania – dzianinowych projektów, planów, a nawet myśli na ich temat. Sam blog nie wymaga odkurzania – ostatnio jestem tu często, z moimi dzianinami i refleksjami. Pojawiają się jednak nowe rzeczy i sytuacje, które coś pokazują, czegoś uczą, coś utrwalają albo wręcz przeciwnie – domagają się przeorganizowania dotychczasowych ustawień. Czasem wystarcza świeże spojrzenie na to, co jest takie, jakie jest. Niezmiennie ciekawi mnie ta dynamika.

Dziś na przykład – w związku z niebieską kamizelką przeznaczoną do tego odcinka – zatrzymuję się przy popularnym zwrocie opisującym moją pasję: „przyjemne z pożytecznym”. Dwa w jednym, ale do reklamy by się nie nadawało 😉 – trochę zbyt grzeczne, nawet nudne, pozbawione swobody i rozmachu. A jednak, gdybym miała wybierać między „przyjemnym z pożytecznym” a „udręką i ekstazą”, byłabym zdecydowanie bliżej tego pierwszego. Jest po prostu prawdziwe. I przyjemność, i pożyteczność zawierają się w każdej z moich prac. Miewam także momenty udręki, uniesień i innych silnych emocji. Prawda jest taka, że z tym moim babcinym hobby bawię się jak dziecko. I wciąż się uczę, eksperymentuję.

Na przykładzie dzisiejszej dzianiny opowiem o splatających się ze sobą przyjemnościach, pożytkach, eksperymentach i zaskoczeniach. W marcu grupa Posplatane zorganizowała wspólne splatanie wzorów regionalnych z wykorzystaniem haftu istebiańskiego, opracowanego przez Ewę Kłos Instagram

Na stronie Posplatane (link) można znaleźć więcej informacji oraz wspaniałe dzianinowe interpretacje tego wzoru. Jedną z pierwszych dzianin z wykorzystaniem motywu róży istebiańskiej była narzutka wykonana przez Ewę z włóczki z suri alpaki Sesia Oliver. 

Suri… Hmm… Obudziły się we mnie dobre skojarzenia – ze swetrem, który lata temu zrobiłam z tej włóczki, z jego przyjemnym ciepłem i kolorem. Wracają też obrazy: sytuacje, osoby, dobre rozmowy. Ten prosty, luźny sweterek sprułam, gdy trochę się porozciągał, a teraz, gdy zatęskniłam za tym włóknem i za tym błękitem, wyjęłam czekające od lat moteczki.

Wiedziałam, że do codziennego noszenia potrzebuję czegoś prostego, surowego w formie, bez rękawów. Pomyślałam więc, że tę prostą kamizelkę ozdobię haftem. I tu pojawiły się dwie niespodzianki. Pierwsza dotyczyła skali – ze względu na grubsze włókno i inną próbkę wykorzystałam tylko fragment wzoru. Duża róża stała się więc jedynie częścią większej całości.

Druga niespodzianka – a zarazem eksperyment – dotyczyła samej tej róży. Nigdy wcześniej nie nosiłam ubrań z dużymi emblematami. Jeśli sięgałam po większe wzory, to tylko w spódnicach, toteż nie wiedziałam, czy taka dzianina będzie mi się podobała, ani czy będę ją chętnie nosić. Żeby się przekonać, postanowiłam to wykonać – w końcu kto dziewiarce zabroni 😉

Samą kamizelkę z dłuższym tyłem i wysokimi ściągaczami zrobiłam według bezpłatnego wzoru Unexpected Garnstudio. Wiedząc, że będę ją nosić do błękitnych rzeczy, do wyszycia róży wybrałam błękitną moherową włóczkę z zapasów. Przyjemnością była sama praca – z włóknem, wzorem, haftem na oczkach. Przyjemnością okazało się także noszenie tej dzianiny, a była to przyjemność połączona z pożytecznością. Kamizelka stała się moim domowym przyodziewkiem, odpowiednio grzejącym, a jednocześnie pozostawiającym wolne ręce.

Mijały tygodnie, a ja wciąż nie miałam odpowiednich warunków do zrobienia zdjęć tej dzianiny – czasu, miejsca, światła, ciepła. Wyobrażałam sobie, jak bardzo będzie to pasowało do jasnej koszuli, do lekkich błękitnych spódnic, szerokich letnich spodni… Tymczasem nic nie wskazywało na warunki pogodowe dla takich ubiorów, toteż zamiast dopasowywać ubrania do kamizelki, postanowiłam włożyć ją do tego, co miałam – do takiej pogody, jaka właśnie była – i przy okazji zrobić zdjęcia.

Udało się. Nad jeziorem przeszywający wiatr targał włosy i – bardziej niż do pozowania – zachęcał do tego, by jak najszybciej ubrać z powrotem kurtkę 😉, a przede wszystkim wrócić do wspólnej rozmowy i kontynuować spacer. Następnego dnia udało się zrobić zdjęcie kamizelki z sukienką, w scenerii starego miasta. Na jednej z witryn rozwieszona była tkanina z ludowymi motywami kwiatowymi – te róże musiały pojawić się razem na jednym zdjęciu.

Na początku wspomniałam o porządkowaniu, więc i na koniec poruszę ten temat. Za chwilę wstanę od ekranu i będę prać dzianiny, długo czekające na taką ciepłą i wietrzną pogodę. Mówimy czasem: „wyjdzie w praniu” – w dziewiarstwie nie wszystko wychodzi w dosłownym praniu, raczej tylko nadmiary barwników, reszta ujawnia się w noszeniu, w codziennym użyciu.

Prosty zwrot „okazuje się” jest bardziej uniwersalny, ale w kontekście dzianin przywodzi mi na myśl zdjęcia, publikowanie prac w jak najlepszym świetle – jako „okaz na pokaz”. Oczywiście też to znam. Jednak dzianina użytkowa musi sprawdzić się w praktyce – i taka właśnie okazała się ta kamizelka z motywem róży 😊

Oto ona: 

















środa, 18 lutego 2026

Poniekąd prezentowo

„Zima trzyma” – zwrot krótki i mocny, stwierdzenie faktu, które nie wymaga dodatkowych opisów skutych lodem tafli wody, zawiei, zamieci i dotkliwości sążnistych mrozów. Wystarczy powiedzieć, że zima wciąż trwa. Mnie jednak zastanawia to „trzymanie”. Bo mimo oczywistości tych słów nie wiem na pewno, czy chodzi o to, że zima sama się trzyma – i to nieźle jak na swój wiek. Czy może raczej trzyma nas? Utrzymuje zimowy czas w pewnych ryzach, zatrzymuje pęd. Niektórych zatrzymuje w domu, przeziębionych kładzie do łóżka, zwalnia z bieżączki, spowalnia codzienną zadyszkę.

Zima trzyma w swoich objęciach i tańczymy, jak zagrają słupki rtęci, jak zawirują płatki śniegu, wiedząc, że już za chwilę będzie inaczej.

Parę dni temu w powietrzu zapachniało już wiosną. Z ziemi jeszcze przed momentem skutej mrozem wyłoniły się liście przebiśniegów, żonkili i hiacyntów. Od samego początku przygotowanych do kwitnienia. Wychodzące na ten lutowy świat bez zdziwienia - takiego jak moje, bez radosnego zaskoczenia.

I nagle zwrot akcji – znów spadł śnieg, dużo śniegu. Zima trzyma, zabawa trwa, choć karnawał właśnie się skończył. Ale na tematy dzianinowe zawsze jest dobra pora…

Można powiedzieć, że czas prezentowy już za nami, lecz nawet w odniesieniu do prezentów gwiazdkowych nie jest to do końca prawda. Żaden prezent – nawet „prezent perfekt” – nie sprowadza się do jednej chwili wręczania. Trwa. A czasem nawet trzyma: nastroje, emocje, wrażenia.

W prezencie od syna dostałam dwa motki cudnej włóczki Lang Yarns Meriono 70, w pięknym i bardzo trafionym kolorze. Z tej miękkiej, gęstej i elastycznej przędzy postanowiłam zrobić czapkę z warkoczami – miękkimi, gęstymi i bardzo plastycznymi. Znalazłam odpowiedni wzór, rozliczyłam oczka i rozpoczęłam pracę, nie wiedząc, jak wyjdzie, czy wystarczy, czyli z dobrze znanymi dziewiarskimi emocjami. Wyszło dobrze, czapkę bardzo polubiłam.

Kolejna czapka również powstała bez konkretnego schematu, raczej na podstawie wyobrażeń Kasi, bo to dla niej ją zrobiłam. Miała być wygodna, dość wysoka, aby nie zsuwała się, gdy zostanie założona na kok z jej długich, pięknych włosów. Ważnym kryterium doboru włóczki była kolorystyka – miała ona pasować do dwóch różnych szali: jednego wielobarwnego, drugiego gładkiego. Idealnym rozwiązaniem było stworzenie melanżu z różnych nitek, dopasowującego się wizualnie do barw pozostałych ubrań. Połączyłam więc zielenie z Wooltime Alize, Kid Silk Drops,  Holst Garn Titicaca i Alpaka Drops. Wplotłam w tę czapkę dużo włóczkowych dobroci i jeszcze więcej mojej wdzięczności.

Trzecia z „prezentowanych” dzisiaj dzianin to bezrękawnik, który w pewnym sensie też wiąże się z prezentami. Kilka lat temu zrobiłam kamizelkę dla mojej mamy, pokazywałam ją w tym poście Bardzo podobały mi się linie ażurowego wzoru i sposób wykończenia dżersejem, bez ściągaczy, postanowiłam więc wykonać kiedyś taką samą dla siebie, no może nieco większą. Ilekroć widziałam mamę w tej kamizelce, nabierałam ochoty na nabranie oczek na tę dzianinę.

Właściwy moment pojawił się w marcu ubiegłego roku – sprężystą, merynosową włóczkę ze sprutego sweterka zabrałam ze sobą na dłuższy wyjazd. Nitka była wyraźnie grubsza niż Performance, co dało mi pewność, że przy tych samych drutach i tej samej liczbie oczek uzyskam większy rozmiar. Kamizelka powstawała trochę w podróży, trochę wieczorami, dopiero po powrocie do domu miałam czas na wykończenie, zszywanie, pranie, blokowanie i… zdziwienie, bowiem całość okazała się mniejsza, niż się spodziewałam.

Mogłaby to być dziewiarska przypowieść o konieczności wykonania próbki, ale słowo „konieczność” nie brzmi mi dobrze. Porcja ryzyka też ma swoje dobre strony.

Kamizelka jest całkiem wygodna, miękka, ciepła i lekka, dobrze się w niej czuję, choć nie wykluczam sprezentowania tej dzianiny którejś z moich siostrzenic.

I to właściwie byłoby na tyle. Skończyłam tekst i zaczęłam wklejać zdjęcia, gdy przypomniałam sobie zdanie, które postanowiłam jeszcze dopisać: „Nikt nie przechodzi przez twoje życie, nie zostawiając prezentu”. Ta myśl zwykle była używana w odniesieniu do niełatwych sytuacji, ale przecież można potraktować ją szerzej i doceniać te wszystkie prezenty, które pojawiają się każdego dnia w naszym życiu.

U mnie za oknem pada śnieg, ale słychać też ptaki, które wróżą koniec zimy. Zobaczymy, ile to jeszcze potrwa. Pozdrawiam ciepło, trzymajcie się 😊


























 

 

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Oczko do oczka😊

Od oczka do oczka i oto gotowa odzież, nie tylko okrycie, ale obiekt już od początku wiele obiecujący, przyjemność dziergania i radość noszenia.

Odkryłam ostatnio, że całkiem sporo mam zrobionych dzianin, opublikować je wypada, a wcześniej obfotografować. Od pewnego czasu otaczające mnie okoliczności oddalały mnie od rytmu blogowego i zwiększał się odstęp czasowy między dzierganiem a publikowaniem obiektów spadających z drutów. Osobiście nie oceniałam tego surowo, że to okropność, odpuszczenie czy opuszczenie, albo nawet oddalenie z miejsca wypadku. Nie obijałam się przecież😊 Odczułam jednak, że trochę brakuje mi bieżącego blogowania, pisania. Obiecałam sobie, że nadrobię zaległości. Od czego jednak zacząć? Odpowiedź jest prosta - od tego co zostało sfotografowane. Tak się składa, że jest to najnowsza moja dzianina, letnia kamizelka. Grzejąca alpaka i ciepła wełna na pewno się nie obrażą za przesunięcie ich w kolejce, która jeśli w ogóle istnieje to jest względna i umowna. Czasem liczy się chronologia powstawania prac, innym razem data premiery testowego projektu, wykonanie zdjęć, natchnienie, chwila,  napisanie tekstu i splot różnych okoliczności, po prostu naturalna kolej rzeczy.

Dzień gorącego lata to dobry czas, by pokazać przewiewną letnią kamizelkę, taki niby niekonieczny, ale często brakujący element. Otwierając szafę czasem zastanawiam się co ubrać, aby się i okryć i odkryć. Również latem stosuję zasadę ubierania „na cebulkę”. Lubię chwytać promienie słońca, ale wiem że, może zdarzyć się jakiś nawiew klimatyzacji albo po prostu sytuacja, w której nie czułabym się komfortowo, więc do letnich sukienek i bluzek na ramiączkach potrzebuję jakiejś narzutki. Właśnie taki przyodziewek wydziergałam z włóczki bawełniano lniano wiskozowej Drops Belle w kolorze malwy. Oczarował mnie kiedyś projekt kamizelki Lana Grossa i od razu chciałam zrobić coś takiego w wersji zimowej, z ciepłej wełny. Zima jednak minęła, a ochota na ten wzór jakoś nie, toteż stał się on moją pierwszą letnią dzianiną tego roku. Kamizelkę tę można nosić na dwa sposoby, z ażurem na dole, albo odwrotnie, wtedy ażur tworzy szalowy kołnierz, w tej drugiej wersji całość jest krótsza i szersza, za to więcej się dzieje wokół szyi. Jest też trzeci sposób ubierania tej dzianiny,  mianowicie zakładanie jej na ramiona bez wkładania rąk w otwory, jest to wygodne i dobrze wygląda, ale gdy robiliśmy zdjęcia jeszcze tego nie wiedziałam😊


















 

 

 

 


czwartek, 3 marca 2022

Mojej mamie

Mojej mamie często bywa zimno, więc lubi okryć się ciepłym kocem, włożyć wełniane skarpety i gruby sweter. Dobrze znany, a mimo upływu lat wcale nieoswojony chłód, ciągnący gdzieś po karku, po plecach potrafi pojawić się nawet wtedy, gdy właściwie nie jest zimno, a innym to nawet jest gorąco. Postanowiłam zrobić dla mamy coś lekkiego i ciepłego, do ubrania na bluzki, do włożenia pod swetry, coś co nadawałoby się do wyjścia do ludzi i do wejścia pod kołdrę i żeby pasowało do wielu ubrań i ani trochę nie gryzło. I oczywiście miało jakiś ładny wzór. Czy to moja mama określiła wszystkie te wymagania? Skądże, to do niej zupełnie niepodobne. Do zrobienia kamizelki dla mamy zainspirowała mnie siostra, która często dodaje wiatru w moje dziewiarskie skrzydła. Lubię jej polot i cenne uwagi.

Zamówiłam wełnę merynosową w kolorze mokka, coś między brązem a beżem, odcień który rzadko pojawiał się na moich drutach. Czekając na przesyłkę przygotowałam wzór kamizelki. Wybrałam prosty fason i ażurowy ścieg, dziergałam od dołu, w dwóch osobnych częściach, a po zszyciu dorobiłam plisy wokół szyi i ramion. Kolor włóczki coś mi przypominał, miał w sobie coś swojskiego, znanego.  No tak, przecież w takim odcieniu zrobiłam kiedyś męski sweter o którym pisałam w tekście „Korzennie”.

Sweter dla taty, a kamizelka dla mamy i to w podobnych kolorach. Z sentymentem przeczytałam moje korzenne skojarzenia, od tamtego czasu … sporo się zmieniło i nic się nie zmieniło…

Kamizelkę zawiozłam mamie ostatnio, nie czekałam na okazję z okazji Świąt albo Dnia Matki, Dnia Kobiet. Do obdarowywania dobry jest każdy dzień. Poza tym po co miałaby ta dzianina czekać skoro może wcześniej ochronić przed chłodem ciągnącym gdzieś po karku, po plecach…

I wreszcie zdjęcia. W kilku wersjach, bo przeznaczeniem tej kamizelki jest dogadywanie się z różnymi ubraniami. Co do rozmiaru, bezrękawnik lepiej leży na mamie, która jest ode mnie niższa i drobniejsza.

















 

 

  

sobota, 24 sierpnia 2019

Toptunika – wilk syty i owca cała

Wakacyjny luz. Cóż to takiego? Inny rytm, więcej słońca, więcej czasu, więcej świata. Dogrzanie, dospanie i wiele nowych, ciekawych doznań. Jednym słowem przyjemności.

Tego lata odkryłam jeszcze inne dobrodziejstwo wakacyjnej pory. To dobry czas na myślenie. Może i brzmi to trochę przekornie, bo gdzie Rzym, a gdzie Krym, i co wspólnego może mieć letnia laba z pracą szarych komórek. Myślę, że całkiem sporo. Należy tylko odróżnić wpakowywanie do głowy informacji, dopychanie i zapamiętywanie, często bez przekonania i pod presją od rzeczy zupełnie innej. Od takiego przyswojenia i oswojenia danych, żeby swobodnie z nich korzystać, przymierzać do siebie i do świata, bawić się nimi, tworzyć.  Tym właśnie jest myślenie. Przydatne w życiu codziennym, nie tylko w intelektualnych zmaganiach. To luksus, o który warto się zabiegać. Przyjemność ta, choć bywa wymagająca, nie daje się z niczym innym porównać. W wierszu "Głos w sprawie pornografii" Wisława Szymborska określiła myślenie jako największa rozpustę. 
Wyjście z rutyny uwalnia umysł. Letnie wyjazdy, nawet bardzo krótkie dają wiele okazji, by odświeżyć głowę, by spojrzeć na siebie z innej strony, otworzyć się na nowe pomysły. Chciałoby się przemyśleć te pomysły, ale zwyczajne życie też bywa absorbujące. Niestety całe lato nie jest kanikułą, ach ten czas! 
Jak kania dżdżu, jak dziewiarka wełny i weny, tak ja pragnę więcej wolnego czasu. Ale mam go tyle ile mam i staram się go szanować. Ciągle uczę się jak łączyć obowiązkowość z niezależnością, czyli nasycać wilka i ocalać owcę. Przykładem na to jest moja ostatnia dzianina. 
Biorąc udział w internetowym wyzwaniu Kamili Wojciechowskiej Wykończ zapasy, odczaruj angielski realizuję kolejne zadania. Na wakacyjne miesiące przypadł projekt letniego topu. Jakoś nie czułam potrzeby dziergania kolejnej letniej bluzki, bo wystarczają mi te, które już mam. Wymyśliłam więc, że zrobię dziecięcą sukieneczkę z bawełny, wydłużając jedynie dół. Zrobiłam całkiem spory kawałek i dopiero wtedy powiedziałam sobie szczerze, że wcale mi się to nie podoba. Z ulgą sprułam i zaczęłam od nowa. Zainteresowanych odsyłam dwa posty wcześniej, gdzie opisałam „Historię żółtej sukienki”. A letni top? Mówi się trudno. Wprawdzie intrygowała mnie konstrukcja projektu, nie zamierzałam jednak go dziergać, bo już nie robię rzeczy, których nie potrzebuję, albo do których nie mam przekonania. Aż tu nagle i niespodziewanie z pewnego pudełka wyskoczyły gigantyczne motki zgaszonego szarawego fioletu, z dawno sprutego nienoszonego komina. Z wzoru na letni top zrobię ciepłą, zimową tunikę. To lubię w dzierganiu!  Tylko jak rozwiązać odwieczny problem – za mało wełny? Za pomocą pasków. Do kosza wrzucam więc różne resztki i patrzę jak wyglądają razem. Najlepiej wypadły nadzwyczajnie miękkie szare bure i brązowe moteczki czystej alpaki, które ostatnio przywiozła mi Julia. Wyjęłam grube druty i raz dwa powstała moja ciepła toptunika. Wprawdzie nie jest ona topem na lato, ale uznaję zadanie za zrealizowane, zwłaszcza że jednym z jego celów jest uwalnianie zapasów. Oto moja toptunika, na zdjęciach widzę że dół jest za szeroki, jeśli znajdę czas mogę to spruć i zwęzić, ale kto mi zabroni dogrzewać się kamizelce ze sterczącymi bokami, a każdy z nich w innym kolorze?








niedziela, 7 kwietnia 2019

Drobnostki, paski i pastele

Pomiędzy większymi projektami na druty wpadają mi czasem drobiazgi, które choć tak niewielkie są ważne i potrzebne. Dziś chciałabym pokazać  kilka takich drobnostek wydzierganych zimą, którym nie poświęcałam specjalnych wpisów na blogu. Mimo sporego rozrzutu tematycznego jest coś, co te przedmioty łączy. Poza tym, że są zrobione na drutach wszystkie te drobiazgi powstały jako spełnienie konkretnego życzenia i potrzeby. W każdym przypadku wykorzystywałam posiadane resztki włóczek. Częścią wspólną prawie wszystkich projektów są też paski. Nie korzystałam z żadnych wzorów,  każdy z tych projektów powstawał w trakcie dziergania. Gdybym się dłużej zastanowiła to znalazłabym jeszcze niejedną część wspólną, ale tyle wystarczy. Zwłaszcza że dziś nie zamierzam się rozpisywać.
 Wszystkie te praktyczne ubranka zaraz po zblokowaniu, wysuszeniu i pamiątkowej fotografii trafiały do nowych właścicieli. Do mnie wracały opinie, że podobają się i dobrze służą. Teraz przeglądając pliki ze zdjęciami postanowiłam zestawić je razem i po prostu pokazać, bez dłuższego tekstu, bez presji, bez dygresji.
Oto premiera internetowa spódniczki dla wnuczki, szalika dla syna, kamizelki dla siostrzeńca i trzech skarpet na telefon dla przyjaciółki. 













sobota, 28 kwietnia 2018

Że żakard?

Ten tekst będzie raczej krótki. Głównie z powodu odległości między moją słabością do żakardu a słabością mojego żakardu. Doświadczenie z żakardem mam bardzo skromne, na palcach jednej ręki mogę policzyć to co wydziergałam wykorzystując tego typu wzory i choć zawsze były to proste motywy a wykonanie niedoskonałe to każdy z nich po prostu polubiłam. Jest jakaś tajemnica w tych żakardach, która sprawia, że nawet subtelne wzory nadają całej dzianinie wyrazisty charakter i w nienachlany sposób przykuwają uwagę. Mają w sobie coś takiego, co zarazem intryguje i uspokaja, przypuszczam, że stoi za tym powtarzalność motywów i geometryczny porządek, a co ciekawe taki kojący efekt wywołują nawet zuchwałe połączenia kolorystyczne.
Fenomen żakardu opiera się też na tym, że z narzuconego porządku i koniecznej dyscypliny powstaje zupełnie nowy, czasem nieoczekiwany obraz. Od strony technicznej wzory żakardowe wcale nie są trudne, ale potrzebują odpowiedniej dawki skupienia na krateczkach motywu i stałej współpracy z kilkoma nitkami dla odpowiedniego ich naprężenia w dzianinie. Ale warto! Nawet jeśli nie wychodzi idealnie to i tak powstający wzór wciąga i zachęca do dalszej pracy.
Gra kolorem przypomina o nieograniczonych możliwościach tworzenia, wykorzystanie różnych barw do tego samego projektu może dać odmienne efekty. Na bazie powtarzalnego wzoru powstaje niepowtarzalna rzecz, czy to nie paradoks?
Moje pomysły na dzierganie wzorów żakardowych powstają zawsze przy przeglądaniu własnych zapasów włóczkowych, gdy nawet przypadkiem jakieś motki z różnych pudeł zaczynają się ze sobą porozumiewać i tworzyć swojego rodzaju więź, a ja nie mam już wyboru i muszę wydziergać tę ich kolorową opowieść.

Poniżej przedstawiam dwa moje żakardy. Pierwszy powstał w czasach, gdy robiłam swetry zszywane.  Wiedziałam  wtedy, że można robić w okrążeniu, nie miałam jednak pojęcia, że w przypadku żakardu nie tylko można ale nawet trzeba. Wzór kwiatowy zaczerpnęłam z czasopisma, a pozostałe motywy z głowy.
Drugi żakard to kamizelka dla małego chłopczyka. Dopiero co ją skończyłam, zadowolona że już potrafię dziergać w okrążeniu, w sumie nie wygląda źle, ale czy jest dobrze to się dopiero okaże. Nie drżę jednak z obawy czy to będzie pasowało na Stasia, jakby coś to machnę nowy egzemplarz, taka już uroda niewielkich form dla małych dzieci. Byłaby to szansa w niezbyt długim czasie udoskonalić technikę i wykorzystać nowe połączenia kolorów.
















sobota, 11 listopada 2017

O blasku szarości

Szary kolor, choć tak powszechny i lubiany nie budzi szczególnie dobrych skojarzeń. Określa to co, niepozorne, burą zwyczajność i brzydką pogodę. Często w pracy z programami komputerowymi wyszarzone pole oznacza niedostępność opcji, może nie upokarzającą, ale delikatnie sugerującą ograniczoność użytkownika, to coś teoretycznie jest możliwe, ale akurat nie dla ciebie.
Jest szara myszka, szarytka, szara rzeczywistość szaraczków. Smutno i biednie. Lecz w wyższych sferach też nieciekawie, szara eminencja nieszczera jakaś, a szefowa w szarej garsonce jest oschła, szorstka i bez fantazji.  
A jak się spojrzy szerzej i szarzej może się zrobić dużo ciekawiej. Weźmy siwiznę, można w niej dostrzec albo popiół, albo srebrzysty blask. Ważne kto patrzy i na kogo, co chce zobaczyć, a czego się boi. Ale wracając do szarości, różne są te prawdy o niej, jedna mówi, że  ponura i nudna, inna że wszechstronna i na każdą okazję. Z tym, że praktyczna każdy się zgodzi, nawet ktoś, kto koloru tego nie lubi. Bo szary pasuje do wszystkiego, wszystko przyjmie, a odpowiednio potraktowany pięknie się odwdzięczy.
Bardzo lubię połączenie szarości z różem, w  każdym odcieniu, i z mdłym mydlanym i z ciemnym, cierpkim. Szarość w różowych okularach jest ponad wszelkie stereotypy. A szarość z bielą jaka cudna, świeżość i światło i elegancja.

I oczywisty, klasyczny duet, szarość i czerń, jak od lat stu, może tysięcy, a kamizelka właśnie skończona zdaje się potwierdzać fakt, że dobrze im razem,  szarość ożywia czerń i rozświetla. Żeby ten efekt jeszcze podkreślić dałam guziki z masy perłowej. Nie wiem co to znaczy nudzić się, ale gdyby kiedyś mnie to spotkało mogłabym gapić się w taki guzik i znowu nudy żadnej nie będzie, można myśleć o tylu rzeczach, choćby o perłach. Dawniej w cesarskich komnatach było tak, że do pereł dostęp miały tylko wybrane służące, które biżuterię zakładały i odkładały. Nie dla każdego to zajęcie. Ruch nieostrożny i sznur pereł pęka, czystym dźwiękiem uderza o podłogę, toczą się kule na wszystkie strony, wpadają w szpary i w zapomnienie. Jedna z nich wpada do mojej głowy, lecz to nie perła, a myśl po prostu. Nie mam pałacu, komnat, służby, ale reguły dotyczące dbania o to, co drogocenne mogę zastosować w swoim życiu. Moje skarby nie iskrzą jak diamenty ani nie mają poświaty pereł tylko niepozorną i skromną nazwę - szare komórki. One  zadbane odpowiednio mogą ozdobić błyskiem w oku, perlistym śmiechem, myślą jasną…

Post scriptum

Tekst z wydzierganą kamizelką spinają guziki z masy perłowej. O gdyby jeszcze była ona zrobiona perełką, to by dopiero było spójnie. Ale zrobiłam ją innym wzorem. Do prostej formy tego projektu pasował mi jakiś  delikatny strukturalny ścieg, porozglądałam się tu i tam i wzrok mój przykuł właśnie ten wzór, spodobała mi się też jego nazwa „andalusian stich”. O Andaluzji wiem bardzo niewiele, nie byłam, nawet nie czytałam, czemu więc tak swojsko mi zabrzmiała, tak pewnie, no i tak dobrze się zgrała z moim projektem. Odpowiedź przyszła do mnie gdy kamizelka zeszła z drutów i susząc się  czekała na przyszycie guzików. Przecież to „Chopin w Andaluzji” Marii Pomianowskiej! Minęło już dobrych parę lat od wydania płyty, a ja jeszcze do niej nie dotarłam, utwór znam tylko tyle co z radia, wystarczająco jednak by porwał mnie, zachwycił. Potem o nim zapomniałam, a teraz znów mnie cieszy. No i kto by pomyślał, że takie towarzystwo dochodzi do głosu przy decyzji jaki wybrać wzorek na prostą, ciemnoszarą kamizelkę? Zbyt wzniośle, zalatuje snobizmem? Ok. Spuszczam z tonu. Ale nawet jeśli zredukujemy te myśli do poziomu jakichś mikro impulsów między neuronami to i tak nie mniej mnie to fascynuje. A może nawet bardziej.