Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecięce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecięce. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 czerwca 2026

Czasochłonność a zachłanność

Odkąd tylko nauczyłam się robić na drutach, wiem, że jest to czynność czasochłonna, toteż liczę się z tym przy każdej tworzonej dzianinie, licząc kolejne oczka. Czasami chciałabym szybciej zobaczyć efekt mojej pracy albo jakoś przyspieszyć cały proces. Zwykle w takich chwilach dzianina pochłania mnie jeszcze bardziej, mnie i moje chwile. Lubię ten stan, w którym mieszają się niepewność, zaangażowanie i ciekawość. Rękodzieło ma jednak to do siebie, że pewnych rzeczy nie można przyspieszyć. Taki energetyzujący koktajl pobudzenia w głowie raczej nie przyspiesza pracy rąk, ale sprawia, że działa się chętniej, przyjemniej i to nawet w tych etapach, które nie należą do ulubionych. Jeśli chodzi o mnie, to nie przepadam za nabieraniem oczek, nieszczególnie lubię też zszywanie dzianiny. W pierwszym przypadku dyskomfort jest krótki i przejściowy, znika niemal całkowicie pod wpływem patrzenia na nowo nabraną włóczkę i powstający z niej ścieg. Zupełnie inaczej jest ze zszywaniem elementów, które siłą rzeczy zostawia się na koniec całej pracy. Z doświadczenia wiem, że niesie ono niemałą odpowiedzialność za ostateczny kształt dzianiny. Ani trochę nie dziwi mnie w dziewiarskim świecie ogromna popularność swetrów bezszwowych, najczęściej robionych od góry, uważam to za absolutnie genialne rozwiązanie. Aktualnie takim sposobem dzieje się u mnie letnia bluzka, która bezceremonialnie weszła przed kolejkę, wyprzedzając trzy inne oczekujące dzianiny. Bez obaw, w tej mojej bajce nie ma sporów i kłótni o kolejkę, gdyż dzianiny nie rywalizują między sobą, jakby wiedziały, że każda włóczka, każdy projekt ma swoje przeznaczenie i swój czas. Mam wrażenie, że ta bluzka robiona od góry została mi podsunięta przez jakąś odgórną siłę dla odmiany, po wykonaniu dwóch dzianin robionych od dołu, zszywanych z części 😊. I właśnie te dwie rzeczy mają dziś swój czas na blogu. Jedna dla mnie, druga dla wnuczki. Łączy je to, że są zszywane i że każda z nich była dość czasochłonna, a wraz z poświęconym na nie czasem wchłonęło się wiele dobrych wrażeń i emocji. Przyznać jednak muszę, że to stwierdzenie dotyczy przecież każdego elementu mojej pasji, w zależności od projektu w różnym nasileniu, w różnych odcieniach. Jak dobrze mieć taką pasję!

Wykorzystując zapasy bawełnianych włóczek, zrobiłam sobie bluzę z plisą i kołnierzem, taką na niezbyt gorące wiosenne i letnie dni. Wykonałam osobno tył, potem przód rozdzielony na etapie plisy, następnie rękawy, a na końcu dorobiłam plisę i kołnierz. Linie ramienia kształtowałam przez odejmowanie oczek po bokach, fason był taki, jak chciałam, ale brzeg dzianiny z bliska wyglądał trochę nierówno. Aby uzyskać ładne połączenie elementów swetra, na każdym z nich zrobiłam łańcuszkową linię i dopiero to zszywałam. Warto było, efekt bardzo mi się spodobał. Nie było to jakieś trudne przedsięwzięcie, ale wymagało ono czasu i skupienia. Zupełnie nie nadawała się ta robótka do robienia w międzyczasie, do zabierania w drogę. Tak się akurat złożyło, że samo zszywanie trwało trzy dni. Również trzy dni robiłam tak małą rzecz, jak kopertę, którą pokazywałam w poprzednim wpisie (klik). Po prostu tyle to trwało, przez te kolejne dni wyławiałam wolne chwile i cieszyłam się tworzeniem dzianiny, czasem spokojnie, jakby odpoczynkowo, innym razem zachłannie i energicznie.

Ta czasochłonność sprawia, że rzecz powstająca powoli pod rękami chłonie również emocje, wrażenia i refleksje. Patrząc na moją siostrę w swetrze sprzed kilku lat, przypominam sobie chwile, gdy go robiłam, mój stan psychofizyczny, ogólne nastroje, a nawet fragmenty słuchanej wtedy powieści. Wartość dzianiny to nie tylko idealnie równe oczka, wzór czy dobra wełna, lecz także wpleciony w to wszystko wymiar niematerialny.

Z tym aspektem wiąże się kolejna dzianina – sweterek komunijny dla Kingi. Robiłam go z radością, ale nie ukrywam, że towarzyszyły mi pewne obawy, wydawało mi się, że sweterek na tę uroczystość powinien być jakiś taki „bardziej”. Na szczęście moje wątpliwości rozwiały się po rozmowie z wnuczką, która chciała bardzo prosty fason. Proponowałam jakieś falbanki, choćby przy rękawkach, ale nic z tego, zwyciężyła prostota. Razem przeglądałyśmy książki i magazyny ze wzorami, Kinga wybrała ażurowy ścieg „sweet violets”. I z tych słodkich fiołków miałam zrobić sweterek. Szukałam najbielszej bieli z naturalnych włókien, znalazłam, zamówiłam – lecz niestety włóczka okazała się nieładnie żółta w towarzystwie chłodnej bieli sukni. Dowiedziałam się przy tej okazji, że naturalna wełna nie poddaje się tak łatwo wybiel aniu, nie chciałam akrylowych włóczek, a co do bawełnianych obawiałam się twardości. Znalazłam jednak piękną i niezwykle miękką bawełnę Austermann Elida Organic Cotton, którą połączyłam z moherową nitką Gazzal Super Kid Mohair. Sweterek robiłam w częściach, od dołu, na końcu dorobiłam plisę i przyszyłam perłowe guziczki.

To ciekawe, że choć samo szycie ubrań jest szybsze niż robienie na drutach, to wprowadzenie szycia do dzianin ręcznych ani trochę tego procesu nie przyspiesza, wręcz przeciwnie. Jednak zastosowanie pewnych zasad krawieckich może być bardzo pomocne w kształtowaniu dzianiny. Tak było z tym komunijnym sweterkiem, który dopasowywałam do fasonu sukienki, do linii ramion, do kształtu rękawków, do miejsca talii i kokardy na plecach. Kluczowe były rękawy, tak żeby miały głębsze wszycie z przodu, to była całkiem nowa przygoda. Pojawiły się także marzenia o tym, by kiedyś nauczyć się szyć.

Nie wiem, jak to się stało, że nie zrobiłam żadnego zdjęcia, gdy sweterek wisiał na wieszaku na sukni, nie zrobiłam też zdjęcia na płasko. Będą więc zdjęcia takie, jakie są, z przymiarki i z komunii.

Jest jeszcze coś, co łączy te dwie dzianiny i co mnie samą dziwi – zazwyczaj gdy skończę jakąś dzianinę, to myślę, co mogłabym zrobić inaczej, lepiej – lecz nie tym razem. Gdy patrzę na sweterek Kingi, to myślę, że jest właśnie taki, jak powinien być. Tak samo jest z moją bluzą. Czy to kwestia fasonów, które opracowałam sama i modyfikowałam w trakcie pracy, czy może raczej ten czynnik nienazwany, w czasochłonności wchłonięte pozytywy? Skłaniam się ku temu drugiemu, a co do pierwszego – wciąż mam tak wiele do nauczenia się i całkiem sporo zachłanności do nauki dziewiarstwa 😉

























środa, 20 maja 2026

Truskawki z bitą śmietaną, koperta i esy-floresy

Mija maj — miesiąc intensywny, nasycony, choć chwilami jakby nienasycony. Potrafi być nieprzewidywalny i szalony, dopieszcza ciepłem albo przedłuża bezlitosny chłód, a przede wszystkim obdarza oszałamiającym pięknem — w kolorach kwiatów, w cudownie świeżej, soczystej zieleni, w zapachu bzu. Naprawdę jest wyjątkowy. Jednak jest coś, w czym ani trochę nie różni się od innych miesięcy — to upływ czasu. Ani się człowiek obejrzy, a już ranek zamienia się w wieczór, w kolejny dzień, tydzień. Wiele się u mnie dzieje w tym miesiącu, do codziennego rytmu i ważnych wydarzeń dawno już zaplanowanych dochodzą dodatkowe, nowe sprawy. Narzekanie na pędzący czas uczę się zamieniać w zauważanie i docenianie tego, jak wiele się już wydarzyło i wciąż wydarza.

Na pewno czas nie przecieka mi przez palce, jeśli już, to przez moje palce przepływają kolejne metry włóczek i zamieniają się w różnorakie dzianiny — dla mnie, dla bliskich.

Jest w tej dziewiarskiej pasji tak jak w życiu. Do codziennego robienia na drutach i ważnych dzianin dawno już zaplanowanych dochodzą dodatkowe, nowe projekty. Taki podział, jak każdy inny, pomaga uporządkować i ogarnąć szersze tematy, ale umówmy się — jest to bardzo umowne, a nawet płynne, bo zarówno w zakresie rękodzieła, jak i życia w ogóle wszystko się przenika i przeplata. To, co codzienne, jest nawet ważniejsze niż wyjątkowe wydarzenia, a to, co nowe, dodatkowe, może wpleść się w codzienność i zostać w niej na dłużej. Plany mogą stanowić kierunkowskazy, zdarzają się jednak zmiany kursu, czasem korekty i powroty. Jak mówi mądre powiedzenie: „jedyną stałą rzeczą jest zmiana”. Jak to się odnosi do mojego robienia na drutach, które stało się nomen omen stałym elementem prawie każdego dnia? Otóż w tej niezmienności wciąż zmieniają się włóczki, kolory, projekty, pomysły — nawet jeśli się powtarzają, to każdy z nich jest inny.

Dziś opowiem o dwóch dzianinach, które wpadły na druty dość spontanicznie, odsuwając na bok inne — większe, trudniejsze, wcześniej zaplanowane.

Sweterek dla Kingi nie był taki znowu niespodziewany. Wiedząc, że z paru innych sweterków wnuczka już wyrosła, w głowie opracowywałam i dopracowywałam pomysły na nowe dzianinki — i to różne, do wyboru. „Babciu, możesz mi to zrobić, ale kiedyś, teraz chciałabym sweterek w truskawki”. No cóż, będąc babcią, trochę mylę tryby😉 I tryb przypuszczający przekładam natychmiast na rozkazujący. Oczywiście będą truskawki, tylko sprawdzę, jakie mam włóczki. Mam wystarczającą ilość miłej dla oka śmietankowej bieli, znajduję też odpowiednią czerwień, taką z połyskiem, matową tweedową zieleń i żółtą bawełnę z wiskozą na kropeczki, lekko połyskującą. Mało tego — do truskawek dodaję bitą śmietanę z miękkiej fantazyjnej włóczki, która została z anielskich skrzydeł. Żakardowe truskawki zamieszczam na przodzie i po jednej na rękawach, przy dekolcie wplatam czerwoną nitkę, przy rękawach — zieloną.

Sweterek powstawał spontanicznie, dynamicznie. I taka też była sesja zdjęciowa — nieplanowana, lecz całkiem udana. Załapała się również spódniczka w esy-floresy, o której pisałam w poprzednim poście. Dzieci nie lubią pozowania i ja też za tym nie przepadam, więc tym bardziej cieszę się ze zdjęć zrobionych bez specjalnego szykowania, korzystając ze wspólnego czasu i włożonych akurat dzianin.

Druga rzecz to… koperta. W mojej dziewiarskiej karierze niejedną nietypową rzecz wykonywałam, ale nigdy czegoś takiego jak koperta. Pomysł podsunął mój mąż, gdy zastanawialiśmy się nad prezentem na komunię, na którą nie mogliśmy pojechać z powodu innej komunii. Biała bawełniana włóczka, prosta forma, bez żadnego wzoru — po prostu w oparciu o wyobrażenie zwyczajnej koperty. To była czysta radość — móc robić coś innego, coś nowego. Kopertę zrobiłam na drutach samymi prawymi oczkami, a brzegi wykończyłam szydełkiem. I jeszcze na koniec coś, co po prostu uwielbiam — wybór guziczka, takiego, który byłby jak kropka nad „i”.

I to tyle na dzisiaj, pozdrawiam serdecznie😊





















wtorek, 16 grudnia 2025

Grudniowe opowieści w drobiazgach, w ich detalach…

Dawno, dawno temu, w grudniowy dzień, gdy świat wokoło zasypany był śniegiem… wyobrażam sobie taki obrazek, towarzyszącą mu błogą ciszę i radosne oczekiwanie, które wzajemnie się dopełniają. Teraz też, jak to w grudniu, świat wciąż jest zasypywany, lecz nie tyle śniegiem, co ilością wrażeń. Zanim ucichną gromkie dzwony i dzwoneczki w marketach, na placach i w naszych urządzeniach, trzeba się umieć odnaleźć między tym zgiełkiem a skupieniem tak, by jak najlepiej przeżyć grudniowy czas. Nie chodzi mi o filozoficzne trwanie w zadumie na ciepłym piecu jak kot Bonifacy ani też o przyspieszenie działania, krzątania, planowania, kupowania. Cała sztuka to znaleźć właściwy rytm i robić, co trzeba, rozpoznając, czy na dany moment trzeba mniej, czy raczej więcej. Warto też spojrzeć na mijający rok, otworzyć się na nowy, zrobić trochę miejsca — w domu, w sobie… Spojrzeć szerzej na przeszłość, czasem pójść trochę na skróty przez uogólnienia, ale jednak bardziej skupić się na dniu dzisiejszym, na drobiazgach, na małych krokach, a patrząc na detale, widzieć je jako element większej całości.

Całkiem dobrze wplatają się w te przemyślenia prezentowane dziś dzianiny. Jest to zbiór zrobionych w ostatnim czasie drobiazgów, które wkładam do jednego worka. Rzeczy te łączy to, że wszystkie zostały zrobione według własnego pomysłu, każda z nich kwalifikuje się do kategorii „akcesoria”, żadna z nich nie jest dla mnie. Co do innych kryteriów — dla kogo, z czego i dlaczego — mamy tu dość duże urozmaicenie. Każda dzianina jest jak opowieść, z każdej nitki może wyłonić się jakiś wątek.

Ciekawe, co mogłyby powiedzieć same dzianiny. W każdej z nich zawarta jest jakaś intencja, pomysł, plan, radość, wzruszenie, wątpliwości i wszystko, co tylko może wpleść się w czasie przeplatania oczek.

Chętnie oddałabym głos tym dzisiejszym drobiazgom; przyznam, że bardzo podoba mi się ta myśl! Patrzę więc na zdjęcia, lecz nie zauważam wyrywności ani w ogóle żadnej reakcji — dzianiny milczą. Zdjęcia są dokładnie takie, jakie były od początku. Zatem sama przedstawię je krótko, w kolejności powstawania:

Etui na telefon dla mojej przyjaciółki — sztuk dwie, obydwie z włóczki bawełnianej. W pierwszą wplotłam opracowany przeze mnie wzór dzikiej róży, z owocami i kwiatem na gałązce. Gdyby ta dzianinka była uprzejma coś opowiedzieć, przypuszczam, że wspomniałaby o wielu spacerach, pięknie dzikiej róży i o mojej dzikiej fascynacji tą rośliną, a także o poszukiwaniach polskich motywów w ramach grupy „Polskie wzory regionalne w dzianinie. Ujęcie współczesne” (link).





Druga „skarpeta na telefon” zrobiona została z dwóch kolorów włóczki bawełnianej: z ciemnej, nasyconej fuksji oraz z bladego, chłodnego różu. Kolory te połączyłam w gęstym mozaikowym wzorze o nazwie „diamenty”.





Następna rzecz to mitenki, zamówione na prezent, bez określonych wymagań co do wzoru. Pomyślałam sobie, że najbardziej do tych mitenek, do przyszłej ich właścicielki i do mojej wizji pasować będą jakieś przeplatanki warkoczowo- ażurowe. Wybrałam wzór skomplikowany i dość pracochłonny, a twórczo bardzo satysfakcjonujący. Dodatkowo utrudniłam sobie zadanie, odwracając wzór tak, aby symetrycznie układał się na dłoniach. Dla tego efektu było warto.









W mojej pasji zawsze lubiłam różnorodność: czasem cieszył mnie skomplikowany wzór, innym razem akcentowałam kolory albo formę. W skarpetach, które robiłam dla Elżbiety, najważniejsze były kolory, a na górnej części przy palcach i pod ściągaczem zastosowałam zdobienia w postaci rzędów oczek lewych. Pokazywałam te skarpety w poprzednim poście, a tutaj tylko zwracam uwagę na ten detal.





Ten prosty, wręcz ascetyczny sposób tak mi się spodobał, że wykorzystałam go jako główną ozdobę komina i czapki dla mojej wnuczki. Do kompletu zrobiłam także rękawiczki. Miękka, grubawa włóczka Alize Wooltime, dość apetyczne kolory, a przede wszystkim oczekiwanie Kingi sprawiły, że każdą z tych rzeczy robiło mi się przyjemnie i dość szybko. Robiłam je „na oko”, czapkę i komin przymierzając do poprzednich, już za ciasnych. Ściągacz czapki uzyskał nieco ciemniejszy odcień i jest też cieplejszy, bowiem dodałam niteczkę cudnego, anielsko miękkiego moheru.

I Kinga, i ja jesteśmy z tego kompletu zadowolone. Czy zdjęcia powiedzą coś więcej? Chyba nie muszą 😊 Ja za to na koniec dodam jeszcze ważne słowo — „dziękuję”. Powodów do dziękowania mam więcej niż zrobionych i planowanych dzianin; choć przecież nie o wyliczanie chodzi, tylko o to, co się czuje. Gdy czytałam komentarze pod poprzednim postem, czułam tę serdeczność, która dodaje wiary i siły. Dziękuję. Dziękuję za wspólne chwile blogowe i nie tylko, za zaufanie, za wspólne radości, za dobre myśli i słowa — i życzę dobrego grudniowego czasu 😊 
















niedziela, 19 stycznia 2025

Plany, zmiany i inne żywioły

W tworzeniu dzianin planowanie wydaje się czymś absolutnie koniecznym, dotyczącym i materii i okoliczności. Trzeba zadać sobie niejedno pytanie. Co? Jak? Z czego i dlaczego akurat z tego? Dla kogo? Na kiedy? Czy zdążę? Czy muszę, czy naprawdę chcę? Mniej lub bardziej precyzyjne odpowiedzi na te pytania pojawiają się, może z wyjątkiem dokładnego określenia czasu, ja sama zawsze wolę mieć trochę większy margines luzu, bo nie lubię presji i niewygodnie mi, gdy za bardzo ciśnie. Zatem i moje plany dziewiarskie, choć konkretne i traktowane poważnie są elastyczne i w swej naturze podobne do dzianiny. Dzięki temu zawsze jest jakiś zapas luzu, w którym może się zmieścić coś spoza planu. Oczywiście mam listę rzeczy do zrobienia, uwzględniam kolejność obietnic i terminy, a od pewnego czasu muszę to też mieć na piśmie, bo dzianinowe plany lubią się rozrastać. Na szczęście nie stanowi to problemu, bo lubię robić notatki. Ostatnio w moim notesie dziewiarskim na osobnej stronie zaczęłam zapisywać skończone rzeczy. Lista ta pojawiła się trochę pod wpływem wielu innych dziewiarek, które podsumowywały swój dorobek 2024 roku. Podziwiając ich prace zebrane razem uświadamiałam sobie, że choć wszystkie moje prace dokumentuję to nie mam pojęcia ile w ubiegłym roku zrobiłam swetrów, ile chust czy czapek. Na pewno mogłabym to policzyć, ale zamiast spoglądać wstecz wolę ten czas poświęcić na aktualne albo planowane dzianiny. Skoro jednak pojawiła się we mnie taka ciekawość  to dzięki tej skrótowej liście za rok będę mogła błyskawicznie określić bilans zamknięcia roku dziewiarskiego.

Rok 2025 dziewiarsko zaczął się dość interesująco, bowiem wpadły mi niespodziewane, nieplanowane i dość ciekawe rzeczy. Najpierw czapka, właściwie to nie było zamówienie, a raczej dziecięce życzenie, np. żeby mieć czapkę z pomponem, taką jaką zrobiłam kiedyś dla Kingi. Znalazłam fajny pompon i wybrałam włóczki z moich zapasów, był tam szalony, fosforyzujący  żółty, kolor który nagle pięknie połączył się z bardzo ciemnym granatem, zielenią i turkusem. Poczułam tę  znaną i  jednak zawsze nową radość, jaką daje łączenie kolorów. Dla wzmocnienia tego energetycznego zestawienia wplatałam kolory w nieregularne pasma. Kolorystykę i styl czapki dobierałam do temperamentu chłopca, żywiołowego acz wrażliwego, a ja sama w trakcie pracy nad realizowaniem tego pomysłu czułam niepohamowaną dziecięcą radość.

Z mieszanki rozpędu twórczego, otwartych pudeł z włóczkami i niepewności, czy ta, którą zrobiłam będzie dobra powstała kolejna czapka z pomponem.  Tym razem bardziej stonowana, z dużo grubszej włóczki, na grubaśnych drutach numer siedem, a więc i szybciej wykonana. Połączenie granatu z turkusem dało intensywny, nasycony melanż, który przełamałam stonowanymi paskami nawiązującymi kolorystycznie do szaroniebieskiego pompona. Będzie do wyboru, bardziej lub mniej kolorowa, linie pionowe lub poprzeczne, a na czubku każdej z czapek pompon.

Zrobiłam zdjęcia czapkom, na płasko i nie tylko, udało mi się nawet namówić Karola na krótkie pozowanie. Dość szybko czapki trafiły do nowego właściciela,  wziął obydwie😊. I  w tym miejscu mogłabym już zakończyć  dzisiejszy wpis, bowiem dzianinowo dotyczy on tych dwóch czapek.  To jednak jeszcze nie wszystko, jak wspomniałam wcześniej, w tym nowym roku dziewiarskim pojawiły się nowe rzeczy… 

Pomysł i wykonywanie czapki z żółtym pomponem było prawdziwą radosną twórczością, lecz już zabawa ze zdjęciami doprowadziła mnie do frustracji. Położyłam na płasko, no niby ok, chciałam jednak  pokazać to bardziej trójwymiarowo, włożyłam do środka balonik, lecz ta balonowa głowa ani ludzkiej nie chciała imitować ani usiedzieć na miejscu. Gdy ja się oddalałam by zdjęcie zrobić ona się osuwała, a jeśli nawet nie to wyglądała śmiesznie i dziwnie. Nie będziemy się tak bawić. Usiadłam przed komputerem i zamówiłam manekina, głowę z tułowiem. To była błyskawiczna decyzja i bardzo udany zakup. W przyszłości bardzo ułatwi mi fotografowanie dzianin. Ależ to będzie łatwe, wystarczy narzucić sweterek, czapkę czy komin i po prostu zrobić zdjęcie.



















A poniżej moja nowa modelka, ubrana w rzeczy, które często noszę, więc były pod ręką i linki do miejsc na blogu gdzie te dzianiny pokazywałam:











 

 

 

piątek, 15 listopada 2024

Moje dziewiarskie abecadło. W jak… wyznanie?

Ze znaku zapytania w tytule wpisu wywnioskować można jakieś wątpliwości. Po pierwsze wahałam się czy wątpliwości wpisują się w ten cykl, czy aby abecadło nie powinno obejmować jedynie wątków jednoznacznych i oczywistych, wypisanych wprost wskazówek, wte albo we wte😉. Wiadomo jednak, że wątpliwości są wszędzie wokół, więc wystąpią także w moim dziewiarskim abecadle.

Po drugie, choć lepiej po wtóre, to moje wyznanie, że coś nie wyszło nie będzie wyrzucaniem sobie winy. Mówiąc wprost – popełniłam błąd, ale jednak nie żałuję. Wiem, że mogłam wyeliminować ów błąd, czy raczej niedopatrzenie, ale wskutek trochę wariackiego podejścia nie wychwyciłam wskazówek, nie wstrzymałam się wcześniej. Wyrywna byłam, w gorącej wełnie kąpana, czy jakoś tak. Wprawdzie to nie była wielka wtopa, wycofałam się w porę, a sprute motki, które mogły wyglądać jak włóczkowy wyrzut włożyłam wysoko, żeby ich nie widzieć. Wciąż jednak wydawało mi się, że coś wisi nade mną, więc żeby niezadowolenie  nie uwiło sobie gniazda wewnątrz wiedziałam, że warto by włóczkę jakoś wykorzystać i w miarę szybko wykonać inny wyrób.

Wrócę jednak do początku 

„Wchodzę w to!” niemal wykrzyknęłam widząc wyjątkowy wzór na bluzkę, miał on ciekawe wykończenia i prostą formę, wyobrażałam sobie jego wielką wygodę, wiedziałam z czego wykonam moją wersję w wymarzonym kolorze. Wystarczyło więc wykupić wzór, wybraną włóczkę włożyć do koszyka i wreszcie wykonać owo wdzianko. Wcześniej wiadomo - wiele godzin wywijać drutami, wiodąc rozmowy, wsłuchując się w wykłady, wozić tę wybraną robótkę w woreczku wiązanym tasiemkami wszędzie gdzie się da, bo wtedy właśnie trwały wakacje. Wizja ta właściwie wypełniła się w każdym wątku, z jednym, acz wielkim i ważnym wyjątkiem. Byłam już po rozdzieleniu rękawów od korpusu i nagle zauważyłam, że dołączona niedawno nitka ma inny odcień, kolor odcina się nieładnie. Wiedziałam, że włóczki są z różnych partii farbowania (jak trudno o apolityczność!). Wiedziałam, że to może się wydarzyć, więc gdy się jednak wydarzyło nie wpadłam w szok, nie wylałam wiadra łez. Ale trochę wstydu poczułam. Gdy kupowałam włóczkę w sklepie woollop Monika, cudowna osoba, z właściwą sobie starannością  wskazała mi na różnice, nawet zrobiła zdjęcie dla porównania, jedno wieczorową porą, drugie w świetle dnia, sugerowała nawet wstrzymanie się do kolejnej dostawy. Włóczką tą był jedwab madragoa Rosarios4, miałam w domu parę motków i innych kolorach, wykombinowałam więc że jeśli różnica w kolorach włóczki na bluzkę będzie zbyt widoczna zrobię wymyślony znacznie wcześniej letni top w paseczki, wszystkie odcienie madragoa pięknie do siebie pasują. Gdy otworzyłam zamówioną przesyłkę, różnice w motkach były tak znikome, że bez wahania narzuciłam włóczkę na druty. A dalej było tak jak napisałam wyżej. Gdy już wiadomo było, że ta różnica będzie fatalnie wyglądać, sprułam co zrobiłam, odłożyłam wysoko, ale wkrótce wystawiłam te włóczki tak, by je mieć w polu widzenia. Wtedy nagle wpadł mi pomysł by zrobić mały sweterek dla Karola a różnice w odcieniach ukryć w półcieniach czyli w strukturalnym wzorze, Wykonałam go według własnego pomysłu, raglanem, od góry, wplatając pasy wzoru ryżowego, dół, rękawy i dekolt wykańczając włoskim zamykaniem oczek. 

A jeśli chodzi planowaną wcześniej bluzkę – mam już wzór, wymiary, pomiary, wykonałam próbkę a nawet wielką próbę, tylko włóczki jeszcze nie mam. Teraz wydaje mi się że wolałabym brąz😉

Tak to się wije ta moja włóczkowa wędrówka, bywają na niej wyboje, na niektóre wystawiam się sama. Na ryzykowne wybryki pozwalam sobie wtedy, gdy robię coś dla siebie lub dla moich bliskich. W wypadku gdy wiąże mnie jakieś zobowiązanie pracuję według innych wzorców. Podczas testu dziewiarskiego wiernie wykonuję wzór, w wyznaczonym czasie, wyliczam wcześniej oczka, włóczkę, wymagany czas. Wykonując coś na zamówienie staram się wychodzić na wprost wizji danej osoby. Jak wychodzi to już one mogą oceniać, ja natomiast wiem że wszystkie wcześniejsze błędy i eksperymenty wpływają na wzmocnienie i warsztatu i wiedzy.

A oto jedwabny dziecięcy sweterek wywieszony na wieszaku, wciąż czekam na jakieś wspólne wyjście, na okazję do zdjęć na Karolu, wierzę że one wydobędą więcej walorów tej dzianiny. I to nie musi być na jakimś wybiegu, może też być w wirze zabawy😊











czwartek, 29 sierpnia 2024

Moje dziewiarskie abecadło - U jak użytkowanie.

Dłuuugo nie ukazywał się kolejny odcinek mojego dziewiarskiego abecadła. Idea nie upadła ani nie uległa zapomnieniu. Z utęsknieniem czekałam na ten czas, uporam się z obowiązkami, sytuacja się ustabilizuje, a ja usiądę przed komputerem, ustaliwszy uprzednio jakie udziergi umieszczę w nowym poście związanym z literą U. Ujrzałam już oczami wyobraźni te unikatowe i oczywiście udane dzianiny, bez żadnych uszczerbków ani uchybień, nie uwłaczające niczyim upodobaniom, sfotografowane w urokliwej scenerii, na tle uroczych uliczek, urzekających ogrodów, urwisk lub jezior.

Do tych utopijnych obrazów napisałabym tekst. Miałam na uwadze trzy tematy – ulubione ubrania, uważność, uleganie pokusom. Nie ulega wątpliwości, że każdy z nich ukazuje jakąś prawdę o mojej pasji, przyznam jednak uczciwie, że nic z tego nie ujęło mnie aż tak, by pojawiło się to przyjemne uczucie zachęcające do pisania.

Tak jak życie nie jest usłane różami, tak dzianinowa pasja nie jest utkana z samych uciech – są też utrudnienia, urwane wątki, ufoki, urojone wizje, ugrzęźnięcia i niejedna uroniona łza. Piszę o tym, nie po to by utyskiwać i uskarżać się na uciążliwości dziewiarskiego losu, ale by uświadomić sobie, że warto skupić się bardziej na tym co daje radość i uchronić te twórcze uciechy przed własną krytyką i  nierealnymi wyobrażeniami. I uznając, że chcę unikać  takich udręk pozwoliłam aby ten odcinek z U utknął sobie na tyle ile sam uzna za stosowne. Więc zostawiłam ten blogowy temat jak ugór, a sama tymczasem uprawiałam ogródek, uczyłam się nowych programów, układałam rzeczy w szafach, myśli w głowie, owoce w słojach, uganiałam się za motylami, a udając się do urzędów zachwycałam się  uchwyconymi detalami ulic unieruchomionych upałem. I po jednym upalnym dniu gdy przypadkiem trafiłam na zdjęcia z uroczystości rodzinnych moją uwagę przykuły zrobione przeze mnie dziecięce sweterki. I to było takie uderzenie inspiracji! Przecież po to robię te dzianiny, żeby były używane. Choćby nie wiem jak cudna była pozowana sesja to i tak dla dziewiarki najpięknieniejsze są rzeczy chętnie noszone przez użytkowników. I takie użytkowanie to jest właśnie temat dzisiejszego odcinka. Nie wchodzę w kwestie poradnikowe, jak użytkować dzianiny z różnych włókien, jak przedłużać ich trwałość, jak pielęgnować, w czym uprać i czy uprasować, tu interesują mnie innego typu rozważania związane z dziewiarską pasją. W ułożonych poniżej kadrach widzę nie tylko radosną zabawę ukochanych dzieci, moją pracę i fragmenty sweterków ale także moją radość z takiego ich użytkowania.

A co do konkretów - dziewczęce bolerko według własnego pomysłu zrobiłam dwa lata temu, z włóczki lniano akrylowej Desire decydując się na fason dość niezależny od rozmiaru, dziecko może sobie urosnąć, a ubranko nadal będzie leżało jak ulał.  

sweterek Splash zaprojektowany przez Ewelinę Murach powstał wiosną tego roku w ramach testu dziewiarskiego. Do tego udanego projektu użyłam przemiłej włóczki Arwetta Ficolana w kolorze Very Light Grey.  

Bolerko pokazałam na blogu (klik), a sweterek  na moim profilu na Ravelry (klik).  

Co ciekawe obydwie dzianinki od razu po ukończeniu zaczęły być używane, jakoś tak się układało, że do mojej dokumentacji sfotografowane zostały na płasko, tym bardziej cieszą mnie poniższe ujęcia. 

A wszystkim odwiedzającym moją stronę przesyłam ukłony i uściski😊