Odkąd tylko nauczyłam się robić na drutach, wiem, że jest to czynność czasochłonna, toteż liczę się z tym przy każdej tworzonej dzianinie, licząc kolejne oczka. Czasami chciałabym szybciej zobaczyć efekt mojej pracy albo jakoś przyspieszyć cały proces. Zwykle w takich chwilach dzianina pochłania mnie jeszcze bardziej, mnie i moje chwile. Lubię ten stan, w którym mieszają się niepewność, zaangażowanie i ciekawość. Rękodzieło ma jednak to do siebie, że pewnych rzeczy nie można przyspieszyć. Taki energetyzujący koktajl pobudzenia w głowie raczej nie przyspiesza pracy rąk, ale sprawia, że działa się chętniej, przyjemniej i to nawet w tych etapach, które nie należą do ulubionych. Jeśli chodzi o mnie, to nie przepadam za nabieraniem oczek, nieszczególnie lubię też zszywanie dzianiny. W pierwszym przypadku dyskomfort jest krótki i przejściowy, znika niemal całkowicie pod wpływem patrzenia na nowo nabraną włóczkę i powstający z niej ścieg. Zupełnie inaczej jest ze zszywaniem elementów, które siłą rzeczy zostawia się na koniec całej pracy. Z doświadczenia wiem, że niesie ono niemałą odpowiedzialność za ostateczny kształt dzianiny. Ani trochę nie dziwi mnie w dziewiarskim świecie ogromna popularność swetrów bezszwowych, najczęściej robionych od góry, uważam to za absolutnie genialne rozwiązanie. Aktualnie takim sposobem dzieje się u mnie letnia bluzka, która bezceremonialnie weszła przed kolejkę, wyprzedzając trzy inne oczekujące dzianiny. Bez obaw, w tej mojej bajce nie ma sporów i kłótni o kolejkę, gdyż dzianiny nie rywalizują między sobą, jakby wiedziały, że każda włóczka, każdy projekt ma swoje przeznaczenie i swój czas. Mam wrażenie, że ta bluzka robiona od góry została mi podsunięta przez jakąś odgórną siłę dla odmiany, po wykonaniu dwóch dzianin robionych od dołu, zszywanych z części 😊. I właśnie te dwie rzeczy mają dziś swój czas na blogu. Jedna dla mnie, druga dla wnuczki. Łączy je to, że są zszywane i że każda z nich była dość czasochłonna, a wraz z poświęconym na nie czasem wchłonęło się wiele dobrych wrażeń i emocji. Przyznać jednak muszę, że to stwierdzenie dotyczy przecież każdego elementu mojej pasji, w zależności od projektu w różnym nasileniu, w różnych odcieniach. Jak dobrze mieć taką pasję!
Wykorzystując zapasy
bawełnianych włóczek, zrobiłam sobie bluzę z plisą i kołnierzem, taką na
niezbyt gorące wiosenne i letnie dni. Wykonałam osobno tył, potem przód
rozdzielony na etapie plisy, następnie rękawy, a na końcu dorobiłam plisę i
kołnierz. Linie ramienia kształtowałam przez odejmowanie oczek po bokach, fason
był taki, jak chciałam, ale brzeg dzianiny z bliska wyglądał trochę nierówno.
Aby uzyskać ładne połączenie elementów swetra, na każdym z nich zrobiłam
łańcuszkową linię i dopiero to zszywałam. Warto było, efekt bardzo mi się
spodobał. Nie było to jakieś trudne przedsięwzięcie, ale wymagało ono czasu i
skupienia. Zupełnie nie nadawała się ta robótka do robienia w międzyczasie, do
zabierania w drogę. Tak się akurat złożyło, że samo zszywanie trwało trzy dni.
Również trzy dni robiłam tak małą rzecz, jak kopertę, którą pokazywałam w
poprzednim wpisie (klik). Po prostu tyle to trwało, przez te kolejne dni
wyławiałam wolne chwile i cieszyłam się tworzeniem dzianiny, czasem spokojnie,
jakby odpoczynkowo, innym razem zachłannie i energicznie.
Ta czasochłonność sprawia, że
rzecz powstająca powoli pod rękami chłonie również emocje, wrażenia i
refleksje. Patrząc na moją siostrę w swetrze sprzed kilku lat, przypominam
sobie chwile, gdy go robiłam, mój stan psychofizyczny, ogólne nastroje, a nawet
fragmenty słuchanej wtedy powieści. Wartość dzianiny to nie tylko idealnie
równe oczka, wzór czy dobra wełna, lecz także wpleciony w to wszystko wymiar
niematerialny.
Z tym aspektem wiąże się
kolejna dzianina – sweterek komunijny dla Kingi. Robiłam go z radością, ale nie
ukrywam, że towarzyszyły mi pewne obawy, wydawało mi się, że sweterek na tę
uroczystość powinien być jakiś taki „bardziej”. Na szczęście moje wątpliwości
rozwiały się po rozmowie z wnuczką, która chciała bardzo prosty fason.
Proponowałam jakieś falbanki, choćby przy rękawkach, ale nic z tego, zwyciężyła
prostota. Razem przeglądałyśmy książki i magazyny ze wzorami, Kinga wybrała
ażurowy ścieg „sweet violets”. I z tych słodkich fiołków miałam zrobić
sweterek. Szukałam najbielszej bieli z naturalnych włókien, znalazłam,
zamówiłam – lecz niestety włóczka okazała się nieładnie żółta w towarzystwie
chłodnej bieli sukni. Dowiedziałam się przy tej okazji, że naturalna wełna nie
poddaje się tak łatwo wybiel aniu, nie chciałam akrylowych włóczek, a co do
bawełnianych obawiałam się twardości. Znalazłam jednak piękną i niezwykle
miękką bawełnę Austermann Elida Organic Cotton, którą połączyłam z moherową
nitką Gazzal Super Kid Mohair. Sweterek robiłam w częściach, od dołu, na końcu
dorobiłam plisę i przyszyłam perłowe guziczki.
To ciekawe, że choć samo
szycie ubrań jest szybsze niż robienie na drutach, to wprowadzenie szycia do
dzianin ręcznych ani trochę tego procesu nie przyspiesza, wręcz przeciwnie.
Jednak zastosowanie pewnych zasad krawieckich może być bardzo pomocne w
kształtowaniu dzianiny. Tak było z tym komunijnym sweterkiem, który
dopasowywałam do fasonu sukienki, do linii ramion, do kształtu rękawków, do
miejsca talii i kokardy na plecach. Kluczowe były rękawy, tak żeby miały
głębsze wszycie z przodu, to była całkiem nowa przygoda. Pojawiły się także
marzenia o tym, by kiedyś nauczyć się szyć.
Nie wiem, jak to się stało,
że nie zrobiłam żadnego zdjęcia, gdy sweterek wisiał na wieszaku na sukni, nie
zrobiłam też zdjęcia na płasko. Będą więc zdjęcia takie, jakie są, z przymiarki
i z komunii.
Jest jeszcze coś, co łączy te dwie dzianiny i co
mnie samą dziwi – zazwyczaj gdy skończę jakąś dzianinę, to myślę, co mogłabym
zrobić inaczej, lepiej – lecz nie tym razem. Gdy patrzę na sweterek Kingi, to
myślę, że jest właśnie taki, jak powinien być. Tak samo jest z moją bluzą. Czy
to kwestia fasonów, które opracowałam sama i modyfikowałam w trakcie pracy, czy
może raczej ten czynnik nienazwany, w czasochłonności wchłonięte pozytywy?
Skłaniam się ku temu drugiemu, a co do pierwszego – wciąż mam tak wiele do
nauczenia się i całkiem sporo zachłanności do nauki dziewiarstwa 😉







Piękne sweterki. Pozdrawiam ciepło i z ciekawości czekam na następne udziergi.
OdpowiedzUsuńDziękuję pięknie! Nowe udziergi będą, niektóre nawet już są, tylko kwestia czasu i weny, aby pojawiły się na blogu. Pozdrawiam bardzo ciepło:-)
Usuń💛
OdpowiedzUsuńGdy robię sweter lub coś innego dla kogoś to myślę o tej osobie, np. jak będzie w tym wyglądać, wplatam swoje dobre myśli i pozytywną energię.
OdpowiedzUsuńSweterki wyszły pięknie. Wnuczka ma dobry gust, wie że elegancja tkwi w prostocie.
Pięknie dziękuję:-) Myślenie o innych, wplatanie dobrych myśli w swoją pracę - to jest coś wspaniałego, zarówno na poziomie zwyczajnego dopasowania czy czyjegoś zadowolenia jak i bardziej górnolotnie - wnoszenie cząstki dobra do świata. Pozdrawiam bardzo serdecznie.
UsuńNo i nie wiem czym najpierw zacząć się zachwycać. Niech będzie chronologicznie, więc od sweterka komunijnego. Kiedyś takie cuda widziałam tylko na zdjęciach w Burdzie, leciutkie , puszyste i z bufiastymi rękawkami. I proszę bardzo, Mario, zrobiłaś jak najbardziej trafny wariant na tą okazję, subtelny, elegancki sweterek. Brawa biję. A kołnierzyk polo w sweterkach to ostatnio bardzo modny trend. Sama o takim myślałam, ale to na razie marzenia. Sam kołnierz i te dobrane kolory dają niepowtarzalny efekt. Chyba już polubiłaś się z tym sweterkiem. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńZgadłaś Honorato - bardzo polubiłam ten sweterek, również dlatego że kojarzy mi się ze spontanicznością. Jeśli marzysz o sweterku z kołnierzem to życzę Ci spełnienia tego marzenia:-) Zwróciłaś uwagę na lekkość sweterka komunijnego, to zasługa włóczki, ale też formy, która dopasowywana była i do sukienki i do Kingi, np. rękawy pierwotnie miały być długie, ale podczas przymiarki okazało się, że dużo lepiej wyglądają krótsze. Pięknie dziękuję za przemiłe słowa, trochę miodu na serce dziewiarki nie podnosi poziomu cukru tylko uskrzydła:-) Dobrego czerwcowego czasu, ściskam serdeczni.
UsuńOba sweterki pięknie dopracowane w każdym szczególe. Jak patrzyłam na ten biały to od razu przyszła mi na myśl moja wnusia. Co prawda ma dopiero 5 lat, ale czas szybko leci i już oczami wyobraźni widzę jak robię dla niej sweterek na tą uroczystość 🤭. Twój sweterek bardzo wygodny i praktyczny, takie są najlepsze 😁. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńWczoraj oglądałam z wnukami zdjęcia sprzed kilku lat, ależ czas płynie szybko, ależ oni się zmienili, my oczywiście też się zmieniamy. Możesz spokojnie już rozglądać się na włóczką, nie wykorzystasz na sweterek komunijny to wpleciesz w coś innego. Jedna pani w sklepie włóczkowym opowiadała o sweterku robionym dla córeczki parę lat temu i ubolewała, że ta włóczka nie jest już dostępna, bo nie tylko dla mnie jako klientki by się przydała ale i dla niej, na jakiś świąteczny sweterek dla dziecka:-) Poza tym włóczki się nie starzeją, czas nie wpływa na nie niszcząco;-) Pozdrawiam ciepło:-)
Usuń