Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isabell Kraemer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isabell Kraemer. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 sierpnia 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 3.

Mijają kolejne letnie dni, blednie brąz opalenizny, więc zanim jeszcze zbledną wspomnienia i ostygnie zapał do kontynuowania rozpoczętego cyklu o dziewiarskich pamiątkach z tego lata, zabieram się za kolejny rozdział.

Szal pokazany w poprzednim poście (klik) w zasadzie mógłby być jedną z części tego cyklu, gdyż został zrobiony i sfotografowany latem, ale postanowiłam potraktować tę dzianinę osobno. Wplecione w nią wspomnienia, skojarzenia i nastroje wykraczają poza wakacyjne pamiątki, poza dziewiarskie konkrety. Ta dzianina otworzyła całkiem nową opowieść „Grechuta na drutach”.

Dzisiaj wracam do tego, co zaplanowałam wcześniej. Sięgam do zdjęć zrobionych w czerwcu na plaży, do trzeciej z gotowych już dzianin zabranych nad morze. Jako pierwszą pokazałam cekinową bluzeczkę (klik), druga była cieniowana chusta z jedwabiem (klik), a dziś czas na trzecią dzianinę. To bluzka z długim rękawem, z pięknej, brązowej mieszanki merynosa z jedwabiem, pierwsza rzecz zrobiona na drutach w tym roku.

Jednak podążając za wspomnieniami wplecionymi w tę dzianinę, sięgam wstecz jeszcze dalej niż do pierwszych dni bieżącego roku. Włóczka jest pamiątką z konkursu dziewiarskiego „Dzień dziergania skarpet”, przypadającego na 30 listopada. Kiedy to mogło być? Na pewno nie w ubiegłym roku, gdyż w 2025 nie było tego konkursu, zatem musiał to być rok 2024.

Wygrałam kupon na włóczkę skarpetkową od Dye Dye Done. Ależ to była radość! Ucieszyła mnie ta nagroda i wizja nowej włóczki, ale również fakt docenienia moich zachwytów nad skarpetkowym projektem Hanny Maciejewskiej. Były to skarpety Brier socks, które zrobiłam jeszcze kilka lat wcześniej i pokazywałam je w tym  poście.

Gdy chciałam zrealizować kupon, okazało się, że w tamtym momencie sklep nie miał włóczek skarpetkowych. Mogłam poczekać albo wybrać coś innego. Potraktowałam tę sytuację nie jako utrudnienie, ale nowe możliwości. Wybrałam Silky Merino, piękną, ręcznie farbowaną mieszankę jedwabiu i merino, dokupiłam większą ilość na sweterek.

Miło było zakończyć tamten rok wizją luksusowej dzianiny i potem, w sylwestrowe popołudnie, narzucić tę cudną nić na druty, a jeszcze wcześniej urocze warkoczowe precelki przewinąć w motki. Kupiłam gotowy wzór Aldous Isabell Kraemer. Spodobała mi się wygodna, prosta forma i możliwość noszenia jej zarówno na prawą, jak i lewą stronę.

Od stycznia zdążyłam już wykorzystać każdą z opcji, lecz nie zdecydowałam, którą wolę bardziej. Może przeglądając zdjęcia, znajdę różnice, które istotnie wpływają na wygląd tej bluzki😊

I to tyle na dzisiaj. W następnym poście planuję zaprezentować zrobioną tego lata bluzeczkę, którą już skończyłam, uprałam, ale jeszcze nie zdążyłam jej przymierzyć ani sfotografować. Myślę, że będzie jeszcze niejedna ku temu okazja.

A teraz czas na prezentację Aldous.

Wklejając zdjęcia na bloga, patrzę przede wszystkim, czy dobrze pokazują dzianinę, oczywiście zwracam uwagę na całość, na to, jak tło łączy się z dzianinowym obiektem. Czasem znajduję ciekawe powiązania, na przykład widok kwiatów dzikiej róży kwitnących na wydmach skojarzył mi się ze wspomnianymi wcześniej słonecznymi skarpetkami Brier socks. Brier to dzika róża😊

Ciekawa też jestem, czy będzie to ostatni rozdział o wakacyjnych pamiątkach dziewiarskich. Lato wciąż trwa, więc kto wie… To, że nie planuję dziewiarskich imprez ani specjalnych zakupów, wcale jeszcze nie znaczy, że nic się nie pojawi.




















czwartek, 7 sierpnia 2025

Letnie za-pasy w bluzkach z papyrusa

Sierpień to miesiąc, pod każdym względem wyrażający pełnię lata. Trwa czas wakacji, urlopów, żniw, remontów, wyjazdów, przyjazdów, realizowania planów albo konieczności ich zmiany, przygód wytęsknionych i tych nieplanowanych, czas przyśpieszenia i czas zatrzymania. To wszystko dzieje się latem, choć u każdego inaczej, w innym rytmie i tempie splata się to w jedną wspólną tkaninę, złożoną z różnorodnych nitek. Dla mnie wyjątkowość sierpnia polega właśnie na tym zintensyfikowaniu wszelkich letnich doświadczeń, które samemu się przeżywa i obserwuje je wokół, ale   jest jeszcze coś więcej, jakby duża rama, szerokie, ale subtelne marginesy łączące letni obraz zarówno z wiosną jak i z jesienią. Jeszcze można pozwolić sobie na coś nowego, coś zrobić, gdzieś wyjechać, spotkać się z kimś dawno nie widzianym, albo wreszcie pobyć trochę z sobą. Można też finalizować sprawy, zbierać owoce - dosłownie i w przenośni – i zająć się prze-tworami. Taki obraz sierpnia widać nawet na placu targowym, gdzie wciąż można kupić sadzonki  młodych roślin, które jeszcze zdążą urosnąć, więc to jakby wiosna, nadzieja i nowy akcent życia, tuż obok warzywa i dojrzałe, soczyste owoce w wielkiej obfitości, są już też pierwsze wrzosy, są dynie… i chłodniejsze poranki.

Ma w sobie sierpień radość pełni lata, wiosenną nadzieję i dojrzałość jesieni. Można ogarnąć myślą cały obraz albo wybrać jedno pasmo i na nim się skupić, co kto lubi.

Zachodzą na siebie pory roku i podobnie dzieje się w moim dzianinowym świecie.

Dwie bluzki na lato zrobiłam  jeszcze wiosną, planowana, i to od dawna, była jedna,  ale wskutek eksperymentów wyszły dwie.  Miałam w swoich zapasach włóczkę Papyrus Fibra Natura szarą i trochę białej. Ciekawe, bo słowo „zapasy” dawniej kojarzyłam z półkami pełnymi słoików, będących zapasami na zimę, teraz zapasy oznaczają posiadane włóczki, nie tylko na zimę😉 Tego roku na włóczkowych targach Krakoski Yarnmark Wełny dokupiłam kilka moteczków, które zachwyciły mnie kolorami, dwa wrzosowe odcienie, róż i błękit. Dobrze wyglądały razem, wrażenie wizualne było równie przyjemne jak włóczka w dotyku. Papyrus jest bardzo miłą dla ciała mieszanką bawełny i jedwabiu.

Nie wiedziałam dokładnie jaką bluzkę zrobię, pewna byłam tylko co do linii ramienia zachodzącej do tyłu, od dawna marzyłam, by nauczyć się tego fasonu, zanim jeszcze dowiedziałam się, że nazywa się go ramieniem „europejskim” albo „japońskim”. Znalazłam wzór z taką techniką na stronie Garnstudio i po przeliczeniu ilości oczek do wymaganej próbki z ochotą zaczęłam letnią bluzkę od gładkiej, szarej góry, a potem miałam dodać pasma kolorów. Układało się świetnie, byłam bardzo zadowolona, tyle że gdy dodałam pierwsze pasmo kolory jakoś nagle przestały współpracować, no trudno, miałam nadzieję, że po dodaniu kolejnego koloru lub dwóch będzie lepiej. Nie było, po prostu mi się nie podobało, zabrakło tego poczucia, że kolory harmonijnie zagrały. Do sprucia  nie było wiele. Ale co dalej?  Zdecydowałam się na zastosowanie ażurowego wzoru, który zaciekawił mnie już dawno, ale jak dotąd nie użyłam go w żadnej dzianinie. Powstała jednobarwna szara bluzka, z gładką górną częścią, która będzie dobrze się sprawdzać również jesienią i zimą pod cieplejsze kardigany.  

Natomiast na letnią bluzkę w kolorowe paseczki, na którą wciąż miałam ochotę i wystarczającą ilość włóczki wykorzystałam dobrze mi znany i sprawdzony wzór Isabell Kraemer „On The Beach”. Tym razem paseczki zaczęłam robić od samej góry, a dodawanie kolejnych kolorów było ogromną przyjemnością, to samo mogę powiedzieć o noszeniu tej bluzki.

I na plaży, na początku tego lata obydwie bluzki zostały sfotografowane. Przygotowując zdjęcia do publikacji oczywiście patrzyłam jak prezentuje się dzianina, czy widoczna jest całość, detale, a przy okazji wpatrywałam się w to bałtyckie tło, piasek, fale, horyzont i mam wrażenie, że nawet patrzenie na te zdjęcia przynosi odpoczynek.




























 

poniedziałek, 15 lipca 2019

Zmysł praktyczny

Zdarza się wcale nierzadko, że do najprostszych rzeczy dochodzi się drogą wyboistą, a czasem nawet okrężną. Czy to źle? Niekoniecznie. Gdyby liczyło się tylko osiągnięcie celu i jak najszybsze dotarcie z punktu A do punktu B, wówczas ominęłyby nas widoki niezwiązane bezpośrednio z realizacją planu. Klucząc i błądząc można poznawać nowe ścieżki i wiele się nauczyć. O świecie i o sobie. Może się okazać, że właśnie po to potrzebna była ta droga. Nie zamierzam snuć wywodów o cudownym wpływie chodzenia po omacku, o pożytkach z nabijanych guzów ani o szczęściu znalezionym w gęstych krzakach.  Wersji „wręcz przeciwnie” też nie będę rozwijać.

Chcę opowiedzieć o moim nowym swetrze i o tym co poprzedzało jego wydzierganie.
Potrafię robić na drutach, mam spore zapasy włóczek, potrzebuję zwykłego, codziennego swetra. W czym więc problem – „weź druty i se zrób”. Tak mógłby powiedzieć ktoś kto nie ma zielonego pojęcia o dramaturgii dziewiarskich procesów i to niezrozumienie jest naprawdę przykre, zwłaszcza gdy sama tak do siebie mówię  – co to za problem, weź druty i dziergaj ten sweter, no weź! Może w końcu zrobisz.
Jakiś czas temu ucząc się bezszwowego raglanu od góry wydziergałam sweter dla męża. Niby nic specjalnego, ale służy już kolejny rok, głównie do wychodzenia z psem. Gdy w 2017 roku prezentowałam go na blogu, napisałam że może to być pierwsza dzianina, która ulegnie dematerializacji wskutek znoszenia. Chyba jeszcze nie teraz, nadal lubiany sweter wciąż jest materią, wprawdzie nieco wyblakł jego kolor, ale nie będę tu rozstrzygać czy kolor jest materialny.

Wstyd przyznać, ale ja sama nie mam swetra który nosiłabym aż tak często. Gdzie leży przyczyna, we mnie, czy w moich swetrach? Żeby to sprawdzić trzeba by wydziergać rzecz bardzo podobną z tej samej wełenki. I nie będę owijać w bawełnę, nie o testy i eksperymenty chodziło tylko o to, ze zwyczajnie chciałam mieć taki sweter, zwłaszcza, że zostało jeszcze trochę włóczki. „Trochę” jest wielkością względną, w tym wypadku jednak było jej tak jakby trochę za mało. Chcąc z tego zrobić dla siebie sweter miałam dwa wyjścia. Pierwsze - zmniejszyć siebie o kilka rozmiarów, drugie –zdecydować się  na projekt dwubarwny. Zmysł praktyczny podpowiedział drugie rozwiązanie.
Wyjęty z pudła błękit pięknie wyglądał w połączeniu z bordowym merynosem, miałam kilka  pomysłów, ale żaden nie wypalił. W pierwszym z nich bordo okazało się nieznośnie ciężkie. Na tle wątłego błękitu, bordowa broszka wychodziła brzydka i napuchnięta. Bez żalu sprułam.

Zmieniam koncepcję na jednobarwną z krótszym  rękawem. Od dawna kusi mnie fason Hayward, zaczynam więc. Ten model na innych wygląda świetnie, ale nie mam pewności czy to mój fason, a jeszcze bardziej nie mam pewności czy wystarczy wełny. Wersja topu powyżej pępka nie wchodzi w grę. Błękit znów ląduje w pudłach. Chciałam. Nie wyszło. Swetra nie umiem sobie zrobić, zapasów nie ubywa. Biczować się, czy szukać pocieszenia? Tylko gdzie? Chyba tylko w sklepach z włóczką. Ale dziewiarka nie tylko swetrem swoim żyje, są inne wyzwania i potrzeby, nie tylko moje. Na przykład zanosi się na prezentowy kardigan. Ale jaki, i co ja właściwie umiem. Niewiele. Raglan, rękaw wszywany, kimono w poprzek. A może by tak wreszcie nauczyć się metody continuos z wrabianym rękawem? Wygląda dość trudno, więc trzeba na czymś prostszym przećwiczyć. Korzystam z bezpłatnego wzoru Isabell Kraemer „On The Beach”. Wyciągam z pudła błękit i jedyny moteczek nieokreślonego różu. Chcę zobaczyć jak to się robi i nie wiadomo kiedy kończę sweter. Przymierzam, jest nieźle. Zanim dojdę do lustra już wiem, że go lubię, że nie liczy się to jak wygląda, ale to że jest przyjemny  dla skóry. Cieszę się, że go zrobiłam. Zmysł praktyczny mówił mi, że bardziej niż wszelkich innych fantazyjnych dzianin potrzebuje takiego zwyczajnego swetra. Żeby jakoś urozmaicić sweter i nie zgubić w paskach tego pięknego różu zrobiłam różne rękawy. 

Dzisiejszy poranek był chłodny, ubrałam więc właśnie ten sweter. Wiem że będę go nosić często.