Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 grudnia 2021

Pierniczki

Przygotowywane przed świętami, jeśli tylko nie zostaną wcześniej zjedzone, mogą przetrwać jeszcze długo nie tracąc swoich walorów. Mogą być pierwsze albo ostatnie wśród świątecznych słodyczy i dekoracji. Wydziergane przeze mnie pierniczki choć polukrowane błyszczącą włóczką nie skusiły nikogo do konsumpcji, ale też nie takie było ich przeznaczenie. O zrobienie pierniczkowego ludzika poprosiła mnie wnuczka kilka tygodni temu, gdy ściany jej przedszkola zaczęły się wypełniać niewiarygodną wręcz obfitością świątecznych dekoracji. Z samego tylko licznika zamontowanego prawie pod sufitem w przedsionku zwisało kilku Mikołajów, a jeden z nich miał taką minę, jakby chciał mnie zapytać, czy wiem ile diabłów zmieści się na główce od szpilki, drugi również wydawał się filozofem, a gdy spojrzałam na minę trzeciego zawstydziłam się moim ograniczonym pojmowaniem fizyki, uzależniającym ilość przedmiotów w danym pomieszczeniu od powierzchni owego lokalu. W fizyce kwantowej nie takie rzeczy się dzieją bez dylematów i sprzeczności. Przegryzając smakowitego pierniczka zastanawiam się czemu wchodzę w takie tematy, przecież nie znam się na fizyce, ani na zakrzywieniach czasoprzestrzeni ani teoriach strun, ba.. nawet wiele podstawowych zjawisk fizycznych przyjmuję na wiarę. Być może kiedyś zasypię luki mojej ignorancji (nie ma to jak optymizm w odniesieniu do własnych możliwości😉) a tymczasem zamknę ten temat i drzwi przedszkola, przepraszając wcześniej  Mikołaja, że nie podyskutujemy, w każdym razie nie w tym wymiarze.

Kinga poprosiła mnie o włóczkowego, pierniczkowego ludzika, którego mogłaby powiesić na swoim wieszaku w przedszkolu, narysowała jak ma wyglądać, a ja za pomocą szydełka zrealizowałam jej pomysł. Udało mi się odtworzyć kolorowe detale, a nawet wyraz twarzy ludzika😊 Z rozpędu zrobiłam jeszcze dwa brązowe, lukrowane pierniczki – serduszko i ludzika. A oto cała trójka:










czwartek, 5 marca 2020

„Babciu, pobaw się ze mną”

Kiedyś nie przyszłoby mi nawet do głowy, że bycie babcią przyniesie tak głębokie, dobre doświadczenia. Tak naprawdę w ogóle o tym nie myślałam. W czasie studiów usłyszane na wykładzie zdanie o tym, że wnuki są sukcesem genetycznym zabrzmiało dla mnie nie mniej egzotycznie niż wyprawa na wyspy Trobrianda. To wszystko było tak odległe.

Gdy przychodziły na świat moje dzieci to  dotychczas znany mi wszechświat poszerzał się o nowe planety. Poznawałam ich niezwykłość i odrębność w wirującym rytmie codziennych zmagań, zadań i zaskoczeń. W obrotach spraw niespodziewanych, w przyziemnych trudach i w przypływach radości.

Mijał mi czas, przybywało dobytku, doświadczeń, dolegliwości. I oto jestem babcią. Dopiero teraz rozumiem co to znaczy „pobaw SIĘ ze mną”. Zostaw wszystko, myślenie, obowiązki, oddaj się zabawie, znajdź w niej radość, znajdź w niej siebie, a wtedy się spotkamy i nasza radość będzie jeszcze większa.

Takiego „bawienia się” doświadczyłam dziergając kolejne pacynki - babcię i leśniczego. Na gwiazdkę zrobiłam Czerwonego Kapturka i wilka. To było jednak za mało do odtworzenia bajki.

Szczerze mówiąc  nie spieszyłam się z tymi następnymi pacynkami, gdyż nie miałam pomysłu jak ugryźć babcię, a o leśniczym wolałam nie myśleć. I dobrze, że nie chwyciłam od razu za druty, a gdy pomysł już dojrzał dziergałam z przyjemnością. Robiąc na drutach te pacynki myślałam sobie, że napiszę o interpretacjach bajek, zwłaszcza tej jednej, że odwołam się do lektury Bruno Bettelheima „Cudowne i pożyteczne”, trochę pospieram się z psychoanalitykami. Przytoczę też ostatnio przeczytaną interpretację przekazu bajki o kapturku, zupełnie pomijaną, a wielce prawdopodobną, czyli dosłowną przestrogą przed zagrożeniami jakie w tamtych czasach spotykały dzieci idące samopas. Daruję jednak sobie i Tobie takie analizy i rozprawy. Piszę wszak o doświadczeniu zabawy, a w nim ważna jest spontaniczność i  osobiste przeżycie, a nie teoria.

Z dzieciństwa pamiętam Bajkę o Czerwonym Kapturku z udziałem Ireny Kwiatkowskiej. W ubiegłym roku trafiłam na to nagranie i z ciekawości puściłam swojej wnuczce, a właściwie sobie … przy mojej wnuczce. Sądziłam, że może to być dla niej niezrozumiałe, jakieś zamknięcie na kozią nóżkę i na rygielek, zupełnie niedzisiejsze terminy i ogólne tra-la-la.
Ku mojemu zdziwieniu ta bajka nie tylko się spodobała, ale zagościła na stałe, tak że Kinga zna ją już chyba na pamięć. Stąd powstał pomysł, by wydziergać pacynki do tej bajki. Na gwiazdkę zrobiłam Czerwonego Kapturka i wilka, a teraz kolejne postaci. Babcia i leśniczy.

Na koniec zwrócę uwagę na kilka detali. Leśniczy ma kapelusz z piórkiem, zrobiony z ciepłej wełny, więc żeby nie grzało go zbyt mocno, może czasem go ściągnąć. Przymocowałam go na stałe sznureczkami, gdyż takie drobne elementy zabawek bardzo łatwo się gubią, za to trudno je potem sprzątać.

Chusta babci może być zdejmowana, ale utrzymuję ją paseczek z przodu. Okulary może mieć na oczach, albo zsunięte na czoło, wtedy wyglądają jak opaska. Szczególnie trudnym wyzwaniem była dla mnie fryzura babci, nie chciałam żadnych koronkowych czepeczków, tylko prawdziwą siwiznę. Myślę, że się udało.  

Oto babcia i leśniczy. Jak Wam się podobają?


























niedziela, 15 grudnia 2019

Wydziergane pod choinkę


Tworzenie dzianinowych rzeczy może odbywać według jednego z trzech sposobów. Pierwszy to podążanie za gotową instrukcją, drugi to realizowanie wyobrażonego projektu, w trzecim nie ma instrukcji, a projekt powstaje w trakcie pracy. Żadna z tych metod nie jest ani lepsza, ani gorsza, ani łatwiejsza, ani trudniejsza od innych, w końcu każdy dzianinowy wytwór ma niepowtarzalny charakter. Każdą z tych trzech ścieżek przechodziłam, lecz o żadnej nie powiem „nigdy więcej”, na pewno będę do wszystkich wracać, z nadzieją że kiedyś zboczę gdzieś przypadkiem i  znów odkryję coś nowego.

Pierwszy sposób na gotowy przepis z pozoru zdaje się najprostszy, bo wszystko podane jest na tacy, atrakcyjne zdjęcia i opis wykonania. Problemy mogą się pojawić przy rozkodowywaniu instrukcji, czasem nie wystarczy samo rozumienie skrótów i technik, pewne rzeczy trzeba sprawdzić, przećwiczyć, opanować. Wymaga to czasu i uwagi, a w efekcie wzbogaca się swój warsztat i robi krok do przodu. Z tego powodu lubię gotowe projekty. To nie tylko pomysł na czapkę czy sweter ale też możliwość poznania nowych rozwiązań. Gorzej, gdy w opisie są błędy, człowiek tego nie widzi, czas traci i myśli że się pomylił, podchodzi raz i drugi, potem jeszcze na spokojnie trzeci i dopiero wtedy zauważa byki. Raz nawet zastanawiałam się, czy nie napisać do redakcji pisma, ale nie miałam na to czasu, poprzestałam na wyrzuceniu gazety. Jakby nie było wtedy też czegoś się nauczyłam.
Instrukcja może pochodzić z Internetu, z książki, czasopisma albo z głowy. Raz nauczony sposób dziergania bywa powielany czasem przez lata, zmienia się tylko kolor włóczki i rozmiar skarpet.

Drugi sposób – zrobisz sobie coś takiego, wiesz jak powinno to wyglądać, jak się układać lub jak leżeć. Czując się coś już tam umiejącą dziewiarką porwiesz się na taką pracę bez wahania. To tylko czapka, szal, czasem sweter, nic trudnego, prawe, lewe, musi się udać. Jeśli jesteś w gorącej wodzie kąpana natychmiast nabierzesz oczka. Co z tego wyjdzie? Cóż… Czasem dokładnie to, co miało wyjść, a czasem lekcja pokory. A może by tak z włóczkowych zapasów wydziergać zasłonę, za którą skryłyby się  projekty tak nieudane, że aż wstydliwe i tak ambitne, że aż nieskończone.

I w końcu trzeci sposób. Nie wiadomo jak się za to zabrać, zobaczy się co wyjdzie. Wydaje się wariackie, ale powiem szczerze że bardzo lubię takie dzierganie. Jest ryzykowne, ale i ekscytujące. Nie ma gotowego projektu, bo nie wiadomo jaki miałby być. W przypadku dziergania odzieży w trakcie pracy mierzy się i w zależności od efektów modyfikuje. Spróbuję, zobaczę, okaże się.

To podejście zastosowałam przy dzierganiu zabawek. Maskotka jak maskotka, trudniej z pacynkami na rękę. Oczywiście próbowałam znaleźć graficzne podpowiedzi, jednak po tym jak ukazały mi się same miniaturki na paluszki zdałam się na siebie. Chciałam zrobić wilka i Czerwonego Kapturka, nie bardzo wiedziałam jak. Najlepszymi doradcami są w takich sytuacjach druty i włóczki, nabiera się oczka i patrzy co powstaje. Znałam mniej więcej charakter wilka i usposobienie Kapturka, dobrałam pasujące do siebie kolory i zaczęłam dziergać. Nie miałam pojęcia co z tego wyjdzie, dziergałam w skupieniu jakbym słuchała nieznanej bajki, bardzo byłam ciekawa jak się ona skończy.

Po tej przygodzie, tak pełnej napięcia potrzebowałam jakiegoś luzu, nieśpiesznego ruchu, spokoju. Zrobiłam szydełkową maskotkę - żółwia.

Dla wnuczki wydziergałam pacynki z jej ulubionej ostatnio bajki, a dla wnuczka maskotkę. Tylko proszę im tego nie pokazywać przed Gwiazdką.





















ps. Ten żółwik  zgodnie z żółwimi zwyczajami nie jest zbyt dynamiczny, ale fajnie się z nim bawić, ma granulowane wnętrze i miło brzmiący dzwoneczek w główce.