Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projekt autorski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projekt autorski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 sierpnia 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 4.

Lato dobiega końca. Zdanie to nie odbiega od prawdy ani się z nią nie mija. Choć oczywiście czas letnich wakacji mija, to nie wydaje mi się, by działo się to w biegu. Dojrzałe lato niejako spowalnia, jest przyjemnie ociężałe, a za jakiś czas, gdzieś na skraju jesieni, połączy tę swoją ociężałość z lekkością. W ciepły, słoneczny dzień uniesie w tańcu nitki babiego lata.

Jeszcze trwa lato i bywa gorąco, jeszcze najcieńsze ubrania, może jeszcze raz gdzieś nad wodę… i jeszcze jeden odcinek o dziewiarskich wspomnieniach z wakacji.

O tej porze na letnie ubrania patrzy się już nieco inaczej, bo pojawiają się pytania: ile razy jeszcze będzie można to założyć, czy pogoda pozwoli. U mnie lato zwykle zaczyna się i kończy pakowaniem, lecz nie tym związanym z szykowaniem rzeczy na wyjazdy. Sezon otwiera wyjęcie letnich rzeczy, które potem, z nadejściem jesieni, znów się pakuje i odkłada. Dotyczy to też oczywiście letnich dzianin, ale nie wszystkich. Bluzeczka, którą dziś pokażę, choć jest jedną z najcieńszych rzeczy zrobionych przeze mnie na drutach, nie zostanie odłożona do następnego lata, nie zapadnie w sen zimowy. Może właśnie dlatego, że jest taka cieniutka, może być używana przez cały rok, nawet w chłodne dni, tyle że będzie miała jakieś inne warstwy na sobie.

Dzianina bardzo dobrze wpisuje się w temat wakacyjnych wspomnień. Już sam zakup włóczki był wakacyjną przygodą. Pamiętam, jak kilka lat temu mąż zaskoczył mnie propozycją, by wpaść do Kalwarii, bo stąd niedaleko, odwiedzisz wreszcie sklep Biferno. A ja na to… jak na lato😉 I tak prosto z drogi, bez wcześniejszego planowania, wpadłam do tego Biferno i chłonęłam świat włóczek wspaniałych, patrzyłam na kolory, jakbym chciała je wszystkie zapamiętać, bo nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle tam kiedyś jeszcze wrócę.

Wspominam to z sentymentem, bo wtedy nie przypuszczałam nawet, że Biferno pojawi się też w Krakowie. Podczas tamtej wizyty kupiłam rzeczy całkiem dla mnie nowe: rafię, z której zrobiłam kapelusz (klik) i torebkę (klik), oraz cieniuteńki jedwab, o którym od dawien dawna marzyłam, a dokładnie to od czasu, gdy na blogu „Knitolog w podróży” podziwiałam „Jedwabny szlak” Doroty, z prostymi i zachęcającymi instrukcjami (klik).

Ale mój własny jedwabny szlak był jeszcze bardzo daleko. Nawet gdy już kupiłam jedwab Maharaja Silk, odłożyłam go na dłuższy czas. Po jakimś roku ośmieliłam się przewinąć precelek, lecz nawet potem jedwab ten mnie onieśmielał. No i ta cienizna! To trzeba by robić ze dwa lata, myślałam, choć wiedziałam, że kiedyś przyjdzie na to czas.

I przyszedł, zupełnie nagle i niespodziewanie, gdy szukałam robótki na wyjazd, czegoś prostego, nieabsorbującego i w niewielkim rozmiarze. Rozpoczęcie jedwabnej koszulki wydawało się idealnym rozwiązaniem. W przeddzień wyjazdu nabrałam oczka na dekolt i połączyłam je w okrążeniu. Plan był prosty, same prawe, bez formowania dekoltu, z ażurową linią raglanu, więc nie potrzebowałam markerów ani żadnych innych akcesoriów. W kosmetyczce miałam tylko moteczek i druty, a przed sobą znane i nieznane jeszcze wtedy cele podróży.

Nie wchodząc w szczegóły, wspomnę tylko, że był to wyjazd dla mnie nietypowy, wręcz wyzwanie. Jak się okazało potem, przyniósł on dużo dobrego, nie tylko spory fragment jedwabnej bluzki. Nie wiedziałam, czy poza czasem spędzonym w busie będę miała dłuższe chwile na druty, lecz nie miało to znaczenia. Ani się nie spieszyłam, ani też nie spodziewałam się zauważalnego przybywania kolejnych rządków.

Jakże się zdziwiłam, gdy okazało się, że dojechałam do etapu rozdzielania rękawów i to akurat przed podróżą, w przeddzień wyjazdu. Nie miałam z sobą żyłek pomocniczych ani resztek włóczek, bo, jak wcześniej wspomniałam, nie zabierałam akcesoriów dziewiarskich. Teoretycznie mogłam zamknąć oczka rękawów, a potem te zamknięcia pruć, ale zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby przełożenie oczek na zapasową nitkę.

Tylko skąd ją wziąć?

Była godzina 21, jedyny w okolicy sklepik spożywczo-chemiczny czynny był do 20, a poza tym nie było nawet szans, że kupię tam włóczki lub choćby nici. Będąc tam codziennie przez parę dni, asortyment znałam niemal na pamięć. Mimo wszystko postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem coś się nie zmieniło.

No cóż, najpierw zdziwiło mnie to, że sklep wciąż był otwarty, i już sam ten fakt dobrze wróżył. A potem okazało się, że na jednej z półek leżał koszyczek z przecenionymi dziwnymi rzeczami. Były to jakieś drobiazgi, zdekompletowane spinki… oraz dwie małe szpulki nici…

Nie wiem, co bardziej mnie ucieszyło, to, że zdobyłam potrzebny mi materiał, czy raczej ta niespodziewana sytuacja, to, że pojawiło się rozwiązanie — bez presji, bez oczekiwań, bez pretensji do siebie i do kogokolwiek.

A tak wygląda cała bluzeczka, dziewiarska pamiątka tego lata.








 








czwartek, 6 sierpnia 2026

Grechuta na drutach

Grechuta na drutach. Inspiracje płynące z muzyki i poezji przeniesione do ręcznie robionej dzianiny. Czy to możliwe, czy wykonalne i czy w ogóle miałoby to sens? Takie pytania i wątpliwości pojawiły się trochę później, pierwotny zamysł był nagły, jasny, niebudzący wątpliwości. Teraz właśnie przyszło mi do głowy zupełnie nowe słowo „pozamysł” na określenie pomysłu pojawiającego się niezależnie od racjonalnych trybów myślenia. Oczywiście wiem, że jest mnóstwo już istniejących trafnych słów, choćby idea, lecz przecież nie zawsze trzeba korzystać z gotowych wzorów, można czasem spróbować inaczej. Sprawdza się to nie tylko w dziewiarstwie i tworzeniu rękodzieła, ale po prostu w życiu. Można, a nawet trzeba „chwytać myśli nagłe jasne”, zwłaszcza gdy są bliskie sercu, gdy czuje się, że wyrażają prawdę, która jest „gdzieś w nas”.

Brzmi zachęcająco, lekko i przyjemnie, ale nie zawsze będzie to szło tak gładko. Zaraz potem pojawiają się obawy, wątpliwości, oceny, umniejszanie, dezaprobata, gdy już „myśl w własne wątpia zapuściła szpony i gryzie siebie sama w swej własnej otchłani”. Zawsze lubiłam ten obraz, bo choć taki lepki i mroczny, to trochę mnie śmieszył i pomagał zdystansować się do moich osobistych stanów tego typu. Poza tym jako dziewiarka zamiast szponów myśli mogę użyć ostrych drutów i za ich pomocą tworzyć nowe obrazy, a nawet krajobrazy.

Pamiętam dobrze tamten dzień ubiegłego lata. Podążałam wzorkiem – oj, przepraszam – wzrokiem za kołującymi jaskółkami i przypomniało mi się wiele dobrych rzeczy związanych z tymi ptakami. Bardzo dobry był już sam ten moment, kiedy przerwałam inne zajęcia, inne myśli i popatrzyłam do góry, na chmury i na te ptaki. Wówczas moje myśli zaczęły krążyć swobodnie, bardzo spodobało mi się, jak te „jaskółki kreślą nad wodami freski”, odezwała się we mnie dziecięca radość i poczułam, jak „gdzieś w nas płoszą dzieci jaskółki”.

Jakie to szczęście, że właśnie takie piosenki wracają do mnie same. Nasuwa się tu porównanie do ptaków wracających do swoich gniazd, ale nie byłoby ono trafne, gdyż niektóre utwory pojawiają się po wielu latach, a inne nigdzie nie odlatują, nie ma więc żadnej przewidywalności. Jest za to pewność, że one wszystkie są „gdzieś w nas”, nie tylko we mnie.

Może wypadałoby napisać jakieś wypracowanie o tym, jak twórczość Marka Grechuty wpłynęła na moją wrażliwość, na miłość do poezji, sposób patrzenia, czytania, słuchania, na radość życia… ale obawiam się, że nie potrafiłabym tego zamknąć w wypracowaniu. Poza tym mogłoby to być po prostu nudne. Zatem, nie chcąc czynić drugiemu, co tobie niemiłe, pomijam wątek wypracowań, uzasadnień i wyjaśnień, że naprawdę jestem w pewnym stopniu utkana z Grechuty. Bo jestem. I nadszedł czas, żeby wpleść to w dzianinę.

A choćby krytyczna część mojego umysłu próbowała spłoszyć te pomysły, to jednak bogactwo motywów obecnych w twórczości Marka Grechuty jest dla mnie tak pociągające, że nie ma już odwrotu.

Nawet fakt, że to są całkiem różne obszary: muzyka, poezja, dzianina – zamiast utrudniać zadanie, jeszcze bardziej mnie pociąga i daje swobodę interpretacji. Jeśli nie da się czegoś dosłownie odtworzyć, to otwiera się nowa przestrzeń w tworzeniu dzianiny. I choć dopiero poznaję te tereny, to już czuję się tam jak u siebie.

Pamiętam, jak podczas pracy nad wzorami maków i chabrów frustrowałam się, że nie wychodzą takie – no właśnie jakie? – jak na żywo, jak na zdjęciu. Mimo iż ta frustracja miała gorzkawy smak, zrozumiałam wtedy, że przecież wcale nie chodzi o idealną dosłowność, by dzianiną namalować polne kwiaty.

Nawet Marek Grechuta zastanawiał się, w imieniu Toulouse-Lautreca, „Jak namalować tańczącą bolero” i znalazł trafną odpowiedź: „chyba że z takiej pamięci”. Żadna tam pewność czy sprawdzona technika, po prostu własna pamięć, zapisane w umyśle i w ciele „kaskady rytmów i chęci”.

Pierwszą moją próbą dzianinowego „malowania” był ten szal (klik). Operując kolorami i rzędami skróconymi, pokazałam bliski sercu pejzaż: drogi, pagórki i wczesnowiosenne błota i śniegi. Tamten szal dał mi odwagę wplatać poezję na druty.

Nucę sobie słowa: „stoją gorzkie pagórki, bo gorzka jest zieleń, gdzie przebiega wilk nocy i prędki dnia jeleń”, albo „światło szeleści, zmawiają się liście na baśń co lasem jak niedźwiedź się toczy” i wiem, że nie chodzi mi o to, by opracować wzór na jelenia, wilka i niedźwiedzia, choć oczywiście nie wzbraniam się przed tą zwierzyną. 😉

Mam wiele pomysłów na kolejne motywy z Grechuty, lecz nie planuję rzeczy, które pomieściłyby w sobie jak najwięcej elementów, tak jak w Szopkach Krakowskich. Nie będą to wypełnione detalami epickie dzianiny, raczej snuć się będzie liryka, no i mam nadzieję, że nie pojawi się jakiś dramat.😉

Cały ten projekt, choć tak bardzo osobisty, pokazuje też, że jesteśmy częścią czegoś większego, bo ani przyroda, ani muzyka, ani literatura, ani Grechuta, ani druty, ani wzory nie są moją własnością. Wszystko jakoś wiąże się ze sobą, a korzystając z dostępnego dziedzictwa, możemy tworzyć nowe sploty.

W ramach inicjatywy „Polskie wzory w dziewiarstwie. Ujęcie współczesne” nasze poszukiwania doprowadzają także do tego, co jest bardzo blisko, po prostu „gdzieś w nas”.

Dziś przedstawiam pejzażowy szal z dzbanem. To szczególna dzianina, zrobiona na okrągłe urodziny mojej siostry. Wybrałam jej ulubione kolory i wplotłam bliskie sercu motywy.

Fraza „W dzbanie jeziora drzemie chłód niebieski” to fragment wiersza Tadeusza Nowaka „Krajobraz z wilgą i ludzie”, jeden z utworów ze znakomitej płyty „Pieśni Marka Grechuty do słów Tadeusza Nowaka”. Był czas, że słuchałyśmy tego na okrągło.

Szal powstawał długo, bowiem często wymagał operowania kilkoma nitkami jednocześnie. Na wyjazd nad morze też go zabrałam. Było parę chwil dogodnych, trochę przybyło podczas jazdy, trochę przy porannej kawie. Motywy układałam na wyczucie w trakcie pracy, a w drugiej części starałam się uzyskać efekt symetrii. Na każdej części jest jedna połówka dzbana, a po połączeniu widoczna jest całość.

Jednakowo ważna jak sam dzban jest cała reszta: cała okolica, cała przeszłość i wszystko, co z tej przeszłości stworzyło nasze teraz.

A oto ta dzianina: 


 























środa, 15 lipca 2026

Wakacyjne pamiątki dziewiarskie. Rozdział 1.

Kiedy myślę o pamiątkach z wyjazdów, nasuwa mi się podział na trzy kategorie: pierwsza to rzeczy fizyczne, druga – niematerialne i trzecia – coś pomiędzy tymi dwoma. To, z czym się wraca, to przedmioty, wrażenia, doświadczenia i wreszcie zdjęcia, które później mogą odnawiać wspomnienia. Przyznam, że podoba mi się tak ułożony podział. Zaraz jednak przychodzi kolejna myśl, która, jak morska fala, zmywa ten porządek i nie ma w tym destrukcji, ale odświeżenie spojrzenia, pokazanie nowego obrazu muszli i kamyczków, obmycie piasku gładką taflą, a potem następna fala i kolejna, i tak od nowa. A ja mogłabym tam stać i stać, ale zaraz… przecież jestem już w domu, przed ekranem, i piszę tekst na bloga o wakacyjnych pamiątkach dziewiarskich. Zbudowany przeze mnie podział na trzy kategorie pamiątek, niczym babki z piasku, rozpływa się w wodzie i na nowo wraca do całości. Podoba mi się ten obraz.

Wiadomo, że materia i duch przenikają się wzajemnie, nasze myśli i wrażenia przekładają się na fizyczne, realne ścieżki neuronalne. Wszelkie doświadczenia, emocje i treści, którymi się karmimy, tworzą nasze życie. A skoro mowa o tworzeniu, to wsłuchując się w to słowo, uświadomiłam sobie, że aby móc tworzyć, trzeba się „o-tworzyć”: na głos intuicji, podszepty duszy i na to, co nowe, nieznane. Mogą temu sprzyjać wyjazdy, zwłaszcza gdy znajdzie się też miejsce na świadome przeżywanie, czas na skupienie, przyjęcie inspiracji i znalezienie dla nich odpowiedzi w swoim życiu. Ten ciąg dalszy następuje zwykle potem, po powrocie. Być może powyższe słowa wydadzą się komuś rozmyte i w zniecierpliwieniu chciałby przypomnieć mi, że miałam pisać o dziewiarskich pamiątkach, że co to niby za „wy-wody”, więc do brzegu, do brzegu… Spokojnie, będzie o dziewiarstwie. A na brzegu, w pewnym sensie, wciąż jestem. Patrzę na horyzont, na powierzchnię wody, przyjmuję kolejną falę, która może zmyć wszystkie słowa z poprzednich zdań.😊

Wróćmy więc do tematu. Czy mam aż tyle pamiątek dziewiarskich, że postanowiłam poświęcić temu kilka postów? Hmm. Zacznę może od tego, że od lat jakoś tak się składa, iż nie przywożę z wyjazdów żadnych włóczek, gadżetów ani czasopism. Nie żebym tego nie chciała, jednak nigdy nie był to cel podróży czy ważny punkt programu. Zdarzało się natomiast, że zatrzymywałam się obok sklepu z włóczkami, lecz akurat była to niedziela albo inny dzień, tylko godzina zbyt wczesna lub zbyt późna. Zdarzyło mi się też, że nawigacja wyprowadziła mnie… może nie w pole, ale na pewno nie do centrum włóczkowego. Nie płakałam z tego powodu, bo przy okazji poznałam piękne zakamarki Pragi.

Zatem skoro nie przywożę włóczek ani akcesoriów drutowych, to o jakich dziewiarskich pamiątkach jest mowa? O dwóch rodzajach. Pierwszy to rzeczy, które robię na drutach podczas podróży, drugi – zdjęcia dzianin zabieranych na wakacje właśnie w tym celu. To dobry czas i dobre miejsce na fotografowanie, a dzięki temu wakacyjne chwile zostają ze mną na dłużej. W tym roku, wybierając się nad morze, do relaksu z drutami zabrałam dwie bardzo różne robótki, a do sfotografowania wzięłam trzy dzianiny skończone już jakiś czas temu.

Dziś pokażę kolorową bluzkę z jedwabiu Madragoa Rosarios4. W ubiegłych latach z tej włóczki zrobiłam dwa letnie topy (ten i ten - podaję link do ravelry, gdyż właśnie odkryłam, że nie pokazałam go na blogu). Obydwie bluzeczki często noszę latem i bardzo je lubię. Miałam w zapasach moteczki w innych kolorach, przeznaczone na paseczkową dzianinkę. Lubiłam na nie patrzeć podczas przeglądania swoich skarbów. Połączenia wydawały mi się lekkie i optymistyczne. Podsuwałam je pod oczy wnuczce, lecz na niej nie zrobiły wrażenia. Cóż, przyszło mi zrobić coś dla siebie. 😉

Wiosną, na krakowskich targach włóczkowych, na stoisku Woolloop zobaczyłam włóczkę z subtelnymi cekinami i wykonany przez Monikę letni top z dodatkiem tej nitki (klik). Zachwycił mnie pomysł połączenia pastelowych pasów z błyszczącymi gdzieniegdzie cekinami oraz wykorzystanie wzoru szewronowego. Inspirując się tą dzianiną, postanowiłam po raz pierwszy w życiu zrobić coś z włóczką z cekinami. Pamiętając, jakie mam w domu kolory jedwabiu Madragoa, dobrałam kilka motków cekinowej Sesii Flora Paillettes. Zrobiłam dla siebie letnią bluzkę z rękawkami i dekoltem typu łódka. Robiłam na oko, od góry, metodą Contiguous, z podkrojem na przód, więc początek był nieco stresujący. Po pierwszej przymiarce dalsza praca była już przyjemnie dynamiczna – ze zmianą kolorów, dodawaniem cekinów i obserwowaniem, jak praca posuwa się naprzód. Efekt widać na poniższych zdjęciach. Delikatnie lśniące cekiny są jak biżuteria, jak refleksy zachodzącego słońca odbijające się na tafli wody…

Cdn.

















wtorek, 9 czerwca 2026

Makowiec

I oto mamy czerwiec. Uroda tego miesiąca rozkwita bujnością wszelakich kwiatów. Są wśród nich także maki, zachwycające wyrazistą, beztroską czerwienią, przykuwające uwagę, prowokujące uśmiech. Nie ma znaczenia, czy to wypielęgnowany ogród, ruderalne nasypy czy łan zboża – z każdego miejsca uśmiecha się ta czerwień, zaprasza do radości.

Siadając do pisania tego tekstu, miałam prosty plan – przedstawić dzianinę rzeczowo i krótko – co, z czego i dlaczego, a jeszcze krócej napisać o mojej makowej fascynacji, wspominając posty, w których ten temat rozwijałam – ten i ten. Jednak, dotknąwszy klawiatury, czuję, że nie tędy droga, że ten minimalistyczny, sprytny plan nie wyjdzie, właściwie już go nie ma, bo na wstępie się rozpisałam. Mam wrażenie, jakby coś jeszcze domagało się napisania. Nawet nie wiem, skąd taki zwrot i czy to w ogóle poprawne, ale z ciekawości idę za tym, za tą intuicją, za myślą, jak za kolejnym kwiatem maku, który fotografuję, jak za następnym rzędem oczek w dzianinie. Zobaczyć, jak wyjdzie. A może to coś więcej? Może gdyby zlekceważyło się w sobie to, co się tak domaga, człowiek zacząłby niedomagać? Z pewnością kontakt z naturą i moje druty uwalniają mnie od wielu niedomagań ciała i umysłu.

Wszystkie wcześniejsze makowe słowa rozsiane na moim blogu są nadal aktualne, ale jednak z upływem czasu trochę się zmieniło. Mój zachwyt makami nie zmalał ani trochę, może nawet się pogłębił. Dowiedziałam się, jak rozpoznać pąk, który otworzy się nazajutrz, kiedy rozkwitający mak zrzuci zielony czepeczek i dlaczego nie siadają na nich motyle. Jednak mimo odkrywania kolejnych makowych tajemnic niezmiennie zdumiewa mnie to, co widziałam i wiedziałam od zawsze – że są wspaniałe, piękne i delikatne. A jak człowiek pomyśli, że mak ma tylko cztery bardzo cieniutkie płatki, z których potrafi zbudować mnóstwo pełnych, dynamicznych form, to już po prostu głowa mała. W tym roku w moich ulubionych miejscach wyrosło więcej maków niż kiedykolwiek wcześniej, jakby wiedziały, że będą mile widziane i uwieczniane na fotografiach. Swoją drogą z tych zdjęć mógłby już powstać dość gruby album.

Makowe motywy pojawiły się także w prezentach. Wzrusza mnie myśl, że ktoś wybrał tę rzecz specjalnie dla mnie, wiedząc o mojej makowej słabości, przy okazji wzmacniając naszą przyjaźń. Bukiet namalowanych maków zobaczyłam też na tle sceny podczas koncertu z okazji Dnia Matki, a choć nie było to specjalnie dla mnie, też mnie wzruszyło, a może właśnie tym bardziej. Zostawmy jednak te sentymenty, przejdźmy do konkretów.

Od ostatniego makowego wpisu zaszła także zmiana na polu dziewiarskim – przybyła jedna duża dzianina. Jej to właśnie poświęcony jest ten wpis. Pomysł na sweter z wzorem moich maków dojrzewał powoli, czekał cierpliwie. Gdy pod postem, w którym pokazywałam makowy wzór, przeczytałam komentarz z sugestią swetra w maki, najpierw pomyślałam: „No nie, nie na sweter, gdzie ja bym w tym chodziła?”. I jak połączyć kolory? Nie chcę zbyt jaskrawo, no chyba że granat. Tak, mógłby być granat. Ale czerwień też jest piękna, żeby wpleść ją w codzienność, trzeba znaleźć dobre tło, może jakiś kamienny beż, szary brąz ożywiony czerwienią... Tak, to byłoby świetne. I takie obrazy malowały mi się w głowie przez jakiś czas. 

Aż nagle przyszedł mi do głowy pomysł na użycie włóczki Drops Daisy w kolorze ciemnoniebieskiej zieleni. Dobrze łączył się i z czerwienią, i z bladą zielenią przeznaczoną na łodygi i pąki. Chciałam zrobić sweter wygodny i ciekawy, zarówno wizualnie, jak i podczas pracy. Zdecydowałam się na raglan robiony od góry, który mogłam mierzyć w trakcie pracy. Jako że makowy motyw na tułowiu wymagał gładkiego tła, postanowiłam urozmaicić dzianinę w innych miejscach. Rękawy zrobiłam podwójnym ryżem, raglanowe plisy – ściągaczowymi pasami, które przedłużyłam po bokach swetra.

Plisę dekoltu wykonałam na podstawie tutorialu Barbary Kwater (link). Jest to nieco inny sposób na plisę z rulonikiem niż te, które robiłam wcześniej, trochę bardziej pracochłonny, ale wart tego wysiłku. Wygląda świetnie, trzyma całą górę i nie odkształca się w czasie noszenia.

W bokach swetra zrobiłam wpuszczane czerwone kieszenie, które przypominałyby otwierające się pąki maków. Nie wiedziałam, jak się to robi, nie znalazłam instruktaży, ale przecież nie zaczęłam robić na drutach wczoraj, stwierdziłam więc, że coś wymyślę.

W pierwszym podejściu kieszonki wyszły za wąskie, więc zaliczyłam prucie, ale cofnięcie się o kilka centymetrów nie bolało. Sweter robiłam bez korzystania z żadnego wzoru, lecz nie powiedziałabym, że na oko, bo wszystko mierzyłam i wyliczałam, dopasowując do swoich potrzeb.

Gdy na przodzie swetra zakwitły maki w dwóch odcieniach czerwieni, postanowiłam poczekać ze zdjęciami, aż pojawią się żywe maki. I oto są:
























  

środa, 3 czerwca 2026

Czasochłonność a zachłanność

Odkąd tylko nauczyłam się robić na drutach, wiem, że jest to czynność czasochłonna, toteż liczę się z tym przy każdej tworzonej dzianinie, licząc kolejne oczka. Czasami chciałabym szybciej zobaczyć efekt mojej pracy albo jakoś przyspieszyć cały proces. Zwykle w takich chwilach dzianina pochłania mnie jeszcze bardziej, mnie i moje chwile. Lubię ten stan, w którym mieszają się niepewność, zaangażowanie i ciekawość. Rękodzieło ma jednak to do siebie, że pewnych rzeczy nie można przyspieszyć. Taki energetyzujący koktajl pobudzenia w głowie raczej nie przyspiesza pracy rąk, ale sprawia, że działa się chętniej, przyjemniej i to nawet w tych etapach, które nie należą do ulubionych. Jeśli chodzi o mnie, to nie przepadam za nabieraniem oczek, nieszczególnie lubię też zszywanie dzianiny. W pierwszym przypadku dyskomfort jest krótki i przejściowy, znika niemal całkowicie pod wpływem patrzenia na nowo nabraną włóczkę i powstający z niej ścieg. Zupełnie inaczej jest ze zszywaniem elementów, które siłą rzeczy zostawia się na koniec całej pracy. Z doświadczenia wiem, że niesie ono niemałą odpowiedzialność za ostateczny kształt dzianiny. Ani trochę nie dziwi mnie w dziewiarskim świecie ogromna popularność swetrów bezszwowych, najczęściej robionych od góry, uważam to za absolutnie genialne rozwiązanie. Aktualnie takim sposobem dzieje się u mnie letnia bluzka, która bezceremonialnie weszła przed kolejkę, wyprzedzając trzy inne oczekujące dzianiny. Bez obaw, w tej mojej bajce nie ma sporów i kłótni o kolejkę, gdyż dzianiny nie rywalizują między sobą, jakby wiedziały, że każda włóczka, każdy projekt ma swoje przeznaczenie i swój czas. Mam wrażenie, że ta bluzka robiona od góry została mi podsunięta przez jakąś odgórną siłę dla odmiany, po wykonaniu dwóch dzianin robionych od dołu, zszywanych z części 😊. I właśnie te dwie rzeczy mają dziś swój czas na blogu. Jedna dla mnie, druga dla wnuczki. Łączy je to, że są zszywane i że każda z nich była dość czasochłonna, a wraz z poświęconym na nie czasem wchłonęło się wiele dobrych wrażeń i emocji. Przyznać jednak muszę, że to stwierdzenie dotyczy przecież każdego elementu mojej pasji, w zależności od projektu w różnym nasileniu, w różnych odcieniach. Jak dobrze mieć taką pasję!

Wykorzystując zapasy bawełnianych włóczek, zrobiłam sobie bluzę z plisą i kołnierzem, taką na niezbyt gorące wiosenne i letnie dni. Wykonałam osobno tył, potem przód rozdzielony na etapie plisy, następnie rękawy, a na końcu dorobiłam plisę i kołnierz. Linie ramienia kształtowałam przez odejmowanie oczek po bokach, fason był taki, jak chciałam, ale brzeg dzianiny z bliska wyglądał trochę nierówno. Aby uzyskać ładne połączenie elementów swetra, na każdym z nich zrobiłam łańcuszkową linię i dopiero to zszywałam. Warto było, efekt bardzo mi się spodobał. Nie było to jakieś trudne przedsięwzięcie, ale wymagało ono czasu i skupienia. Zupełnie nie nadawała się ta robótka do robienia w międzyczasie, do zabierania w drogę. Tak się akurat złożyło, że samo zszywanie trwało trzy dni. Również trzy dni robiłam tak małą rzecz, jak kopertę, którą pokazywałam w poprzednim wpisie (klik). Po prostu tyle to trwało, przez te kolejne dni wyławiałam wolne chwile i cieszyłam się tworzeniem dzianiny, czasem spokojnie, jakby odpoczynkowo, innym razem zachłannie i energicznie.

Ta czasochłonność sprawia, że rzecz powstająca powoli pod rękami chłonie również emocje, wrażenia i refleksje. Patrząc na moją siostrę w swetrze sprzed kilku lat, przypominam sobie chwile, gdy go robiłam, mój stan psychofizyczny, ogólne nastroje, a nawet fragmenty słuchanej wtedy powieści. Wartość dzianiny to nie tylko idealnie równe oczka, wzór czy dobra wełna, lecz także wpleciony w to wszystko wymiar niematerialny.

Z tym aspektem wiąże się kolejna dzianina – sweterek komunijny dla Kingi. Robiłam go z radością, ale nie ukrywam, że towarzyszyły mi pewne obawy, wydawało mi się, że sweterek na tę uroczystość powinien być jakiś taki „bardziej”. Na szczęście moje wątpliwości rozwiały się po rozmowie z wnuczką, która chciała bardzo prosty fason. Proponowałam jakieś falbanki, choćby przy rękawkach, ale nic z tego, zwyciężyła prostota. Razem przeglądałyśmy książki i magazyny ze wzorami, Kinga wybrała ażurowy ścieg „sweet violets”. I z tych słodkich fiołków miałam zrobić sweterek. Szukałam najbielszej bieli z naturalnych włókien, znalazłam, zamówiłam – lecz niestety włóczka okazała się nieładnie żółta w towarzystwie chłodnej bieli sukni. Dowiedziałam się przy tej okazji, że naturalna wełna nie poddaje się tak łatwo wybiel aniu, nie chciałam akrylowych włóczek, a co do bawełnianych obawiałam się twardości. Znalazłam jednak piękną i niezwykle miękką bawełnę Austermann Elida Organic Cotton, którą połączyłam z moherową nitką Gazzal Super Kid Mohair. Sweterek robiłam w częściach, od dołu, na końcu dorobiłam plisę i przyszyłam perłowe guziczki.

To ciekawe, że choć samo szycie ubrań jest szybsze niż robienie na drutach, to wprowadzenie szycia do dzianin ręcznych ani trochę tego procesu nie przyspiesza, wręcz przeciwnie. Jednak zastosowanie pewnych zasad krawieckich może być bardzo pomocne w kształtowaniu dzianiny. Tak było z tym komunijnym sweterkiem, który dopasowywałam do fasonu sukienki, do linii ramion, do kształtu rękawków, do miejsca talii i kokardy na plecach. Kluczowe były rękawy, tak żeby miały głębsze wszycie z przodu, to była całkiem nowa przygoda. Pojawiły się także marzenia o tym, by kiedyś nauczyć się szyć.

Nie wiem, jak to się stało, że nie zrobiłam żadnego zdjęcia, gdy sweterek wisiał na wieszaku na sukni, nie zrobiłam też zdjęcia na płasko. Będą więc zdjęcia takie, jakie są, z przymiarki i z komunii.

Jest jeszcze coś, co łączy te dwie dzianiny i co mnie samą dziwi – zazwyczaj gdy skończę jakąś dzianinę, to myślę, co mogłabym zrobić inaczej, lepiej – lecz nie tym razem. Gdy patrzę na sweterek Kingi, to myślę, że jest właśnie taki, jak powinien być. Tak samo jest z moją bluzą. Czy to kwestia fasonów, które opracowałam sama i modyfikowałam w trakcie pracy, czy może raczej ten czynnik nienazwany, w czasochłonności wchłonięte pozytywy? Skłaniam się ku temu drugiemu, a co do pierwszego – wciąż mam tak wiele do nauczenia się i całkiem sporo zachłanności do nauki dziewiarstwa 😉

























środa, 20 maja 2026

Truskawki z bitą śmietaną, koperta i esy-floresy

Mija maj — miesiąc intensywny, nasycony, choć chwilami jakby nienasycony. Potrafi być nieprzewidywalny i szalony, dopieszcza ciepłem albo przedłuża bezlitosny chłód, a przede wszystkim obdarza oszałamiającym pięknem — w kolorach kwiatów, w cudownie świeżej, soczystej zieleni, w zapachu bzu. Naprawdę jest wyjątkowy. Jednak jest coś, w czym ani trochę nie różni się od innych miesięcy — to upływ czasu. Ani się człowiek obejrzy, a już ranek zamienia się w wieczór, w kolejny dzień, tydzień. Wiele się u mnie dzieje w tym miesiącu, do codziennego rytmu i ważnych wydarzeń dawno już zaplanowanych dochodzą dodatkowe, nowe sprawy. Narzekanie na pędzący czas uczę się zamieniać w zauważanie i docenianie tego, jak wiele się już wydarzyło i wciąż wydarza.

Na pewno czas nie przecieka mi przez palce, jeśli już, to przez moje palce przepływają kolejne metry włóczek i zamieniają się w różnorakie dzianiny — dla mnie, dla bliskich.

Jest w tej dziewiarskiej pasji tak jak w życiu. Do codziennego robienia na drutach i ważnych dzianin dawno już zaplanowanych dochodzą dodatkowe, nowe projekty. Taki podział, jak każdy inny, pomaga uporządkować i ogarnąć szersze tematy, ale umówmy się — jest to bardzo umowne, a nawet płynne, bo zarówno w zakresie rękodzieła, jak i życia w ogóle wszystko się przenika i przeplata. To, co codzienne, jest nawet ważniejsze niż wyjątkowe wydarzenia, a to, co nowe, dodatkowe, może wpleść się w codzienność i zostać w niej na dłużej. Plany mogą stanowić kierunkowskazy, zdarzają się jednak zmiany kursu, czasem korekty i powroty. Jak mówi mądre powiedzenie: „jedyną stałą rzeczą jest zmiana”. Jak to się odnosi do mojego robienia na drutach, które stało się nomen omen stałym elementem prawie każdego dnia? Otóż w tej niezmienności wciąż zmieniają się włóczki, kolory, projekty, pomysły — nawet jeśli się powtarzają, to każdy z nich jest inny.

Dziś opowiem o dwóch dzianinach, które wpadły na druty dość spontanicznie, odsuwając na bok inne — większe, trudniejsze, wcześniej zaplanowane.

Sweterek dla Kingi nie był taki znowu niespodziewany. Wiedząc, że z paru innych sweterków wnuczka już wyrosła, w głowie opracowywałam i dopracowywałam pomysły na nowe dzianinki — i to różne, do wyboru. „Babciu, możesz mi to zrobić, ale kiedyś, teraz chciałabym sweterek w truskawki”. No cóż, będąc babcią, trochę mylę tryby😉 I tryb przypuszczający przekładam natychmiast na rozkazujący. Oczywiście będą truskawki, tylko sprawdzę, jakie mam włóczki. Mam wystarczającą ilość miłej dla oka śmietankowej bieli, znajduję też odpowiednią czerwień, taką z połyskiem, matową tweedową zieleń i żółtą bawełnę z wiskozą na kropeczki, lekko połyskującą. Mało tego — do truskawek dodaję bitą śmietanę z miękkiej fantazyjnej włóczki, która została z anielskich skrzydeł. Żakardowe truskawki zamieszczam na przodzie i po jednej na rękawach, przy dekolcie wplatam czerwoną nitkę, przy rękawach — zieloną.

Sweterek powstawał spontanicznie, dynamicznie. I taka też była sesja zdjęciowa — nieplanowana, lecz całkiem udana. Załapała się również spódniczka w esy-floresy, o której pisałam w poprzednim poście. Dzieci nie lubią pozowania i ja też za tym nie przepadam, więc tym bardziej cieszę się ze zdjęć zrobionych bez specjalnego szykowania, korzystając ze wspólnego czasu i włożonych akurat dzianin.

Druga rzecz to… koperta. W mojej dziewiarskiej karierze niejedną nietypową rzecz wykonywałam, ale nigdy czegoś takiego jak koperta. Pomysł podsunął mój mąż, gdy zastanawialiśmy się nad prezentem na komunię, na którą nie mogliśmy pojechać z powodu innej komunii. Biała bawełniana włóczka, prosta forma, bez żadnego wzoru — po prostu w oparciu o wyobrażenie zwyczajnej koperty. To była czysta radość — móc robić coś innego, coś nowego. Kopertę zrobiłam na drutach samymi prawymi oczkami, a brzegi wykończyłam szydełkiem. I jeszcze na koniec coś, co po prostu uwielbiam — wybór guziczka, takiego, który byłby jak kropka nad „i”.

I to tyle na dzisiaj, pozdrawiam serdecznie😊