Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xandy Peters. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xandy Peters. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 maja 2026

Truskawki z bitą śmietaną, koperta i esy-floresy

Mija maj — miesiąc intensywny, nasycony, choć chwilami jakby nienasycony. Potrafi być nieprzewidywalny i szalony, dopieszcza ciepłem albo przedłuża bezlitosny chłód, a przede wszystkim obdarza oszałamiającym pięknem — w kolorach kwiatów, w cudownie świeżej, soczystej zieleni, w zapachu bzu. Naprawdę jest wyjątkowy. Jednak jest coś, w czym ani trochę nie różni się od innych miesięcy — to upływ czasu. Ani się człowiek obejrzy, a już ranek zamienia się w wieczór, w kolejny dzień, tydzień. Wiele się u mnie dzieje w tym miesiącu, do codziennego rytmu i ważnych wydarzeń dawno już zaplanowanych dochodzą dodatkowe, nowe sprawy. Narzekanie na pędzący czas uczę się zamieniać w zauważanie i docenianie tego, jak wiele się już wydarzyło i wciąż wydarza.

Na pewno czas nie przecieka mi przez palce, jeśli już, to przez moje palce przepływają kolejne metry włóczek i zamieniają się w różnorakie dzianiny — dla mnie, dla bliskich.

Jest w tej dziewiarskiej pasji tak jak w życiu. Do codziennego robienia na drutach i ważnych dzianin dawno już zaplanowanych dochodzą dodatkowe, nowe projekty. Taki podział, jak każdy inny, pomaga uporządkować i ogarnąć szersze tematy, ale umówmy się — jest to bardzo umowne, a nawet płynne, bo zarówno w zakresie rękodzieła, jak i życia w ogóle wszystko się przenika i przeplata. To, co codzienne, jest nawet ważniejsze niż wyjątkowe wydarzenia, a to, co nowe, dodatkowe, może wpleść się w codzienność i zostać w niej na dłużej. Plany mogą stanowić kierunkowskazy, zdarzają się jednak zmiany kursu, czasem korekty i powroty. Jak mówi mądre powiedzenie: „jedyną stałą rzeczą jest zmiana”. Jak to się odnosi do mojego robienia na drutach, które stało się nomen omen stałym elementem prawie każdego dnia? Otóż w tej niezmienności wciąż zmieniają się włóczki, kolory, projekty, pomysły — nawet jeśli się powtarzają, to każdy z nich jest inny.

Dziś opowiem o dwóch dzianinach, które wpadły na druty dość spontanicznie, odsuwając na bok inne — większe, trudniejsze, wcześniej zaplanowane.

Sweterek dla Kingi nie był taki znowu niespodziewany. Wiedząc, że z paru innych sweterków wnuczka już wyrosła, w głowie opracowywałam i dopracowywałam pomysły na nowe dzianinki — i to różne, do wyboru. „Babciu, możesz mi to zrobić, ale kiedyś, teraz chciałabym sweterek w truskawki”. No cóż, będąc babcią, trochę mylę tryby😉 I tryb przypuszczający przekładam natychmiast na rozkazujący. Oczywiście będą truskawki, tylko sprawdzę, jakie mam włóczki. Mam wystarczającą ilość miłej dla oka śmietankowej bieli, znajduję też odpowiednią czerwień, taką z połyskiem, matową tweedową zieleń i żółtą bawełnę z wiskozą na kropeczki, lekko połyskującą. Mało tego — do truskawek dodaję bitą śmietanę z miękkiej fantazyjnej włóczki, która została z anielskich skrzydeł. Żakardowe truskawki zamieszczam na przodzie i po jednej na rękawach, przy dekolcie wplatam czerwoną nitkę, przy rękawach — zieloną.

Sweterek powstawał spontanicznie, dynamicznie. I taka też była sesja zdjęciowa — nieplanowana, lecz całkiem udana. Załapała się również spódniczka w esy-floresy, o której pisałam w poprzednim poście. Dzieci nie lubią pozowania i ja też za tym nie przepadam, więc tym bardziej cieszę się ze zdjęć zrobionych bez specjalnego szykowania, korzystając ze wspólnego czasu i włożonych akurat dzianin.

Druga rzecz to… koperta. W mojej dziewiarskiej karierze niejedną nietypową rzecz wykonywałam, ale nigdy czegoś takiego jak koperta. Pomysł podsunął mój mąż, gdy zastanawialiśmy się nad prezentem na komunię, na którą nie mogliśmy pojechać z powodu innej komunii. Biała bawełniana włóczka, prosta forma, bez żadnego wzoru — po prostu w oparciu o wyobrażenie zwyczajnej koperty. To była czysta radość — móc robić coś innego, coś nowego. Kopertę zrobiłam na drutach samymi prawymi oczkami, a brzegi wykończyłam szydełkiem. I jeszcze na koniec coś, co po prostu uwielbiam — wybór guziczka, takiego, który byłby jak kropka nad „i”.

I to tyle na dzisiaj, pozdrawiam serdecznie😊





















środa, 29 kwietnia 2026

Przeplatanie

Tegoroczna wiosna, wciąż chłodna i sucha, trochę opieszała, a kwiecień plecień w swym przeplataniu jakoś nie bardzo sięga po letnie nitki. A jednak z każdym dniem natura rozkwita, może trochę później niż w ubiegłych latach, ale nie mniej entuzjastycznie niż zwykle. Gałęzie drzew okrywają się pąkami, kwiatami, liśćmi. Z posadzonych jesienią cebul wyrastają nowe kwiaty… Zwyczajny porządek rzeczy, a zarazem cudowność przeplatania tego, co stare i nowe w naturze. Widzę to w przyrodzie, widzę w mojej pasji i w życiu w ogóle. Coś przychodzi, coś odchodzi, coś trzeba zostawić, zrobić miejsce na nowe. A najciekawsze jest to, że nie jest to sztywny podział, bowiem nic nie jest nowe ani stare raz na zawsze. Nowe cieszy, dodaje energii, nawet ekscytuje. Jak moje zakupione niedawno włóczki, jak kolejne pomysły na dzianiny. Lecz w tym samym czasie, gdy myślę o nowych twórczych działaniach, jednocześnie doceniam to, co nienowe. Wychodząc z domu w chłodny, wiosenny dzień, ubieram sweter, chustę i zwyczajnie cieszę się, że je mam, że wciąż mi służą; przypominam sobie, jak powstawały. Szczególne emocje pojawiają się w związku z przeróbkami, gdy trzeba jakąś rzecz pocerować albo coś w niej zmienić. Są ubrania w tajemniczy sposób rosnące razem z dzieckiem, ale najczęściej dzieci rosną same 😉 Zmiany rozmiarów nie dotyczą tylko dzieci. Pamiętam z dzieciństwa rozmowy mamy z jej siostrami dotyczące zwężania bądź poszerzania spódnic. W dziewiarstwie i w krawiectwie wspaniałe jest to, że można rzeczy pruć, poprawiać, wydłużać, zmieniać, po prostu je odnawiać.

Stare i nowe… Właśnie skończyłam wrabiać pasek do spódniczki. Ze wzruszeniem przypominam sobie, jak kilka lat temu moja wnuczka zapragnęła sukienki w esy-floresy. Mówisz – masz: znajduję świetny wzór, wyjmuję z pudeł kolorowe włóczki i robię sukienkę (klik). W szalonych kolorach esy-floresy są dla nas obu ekscytujące jak nie wiem co. Mija kilka lat, sukienka robi się za mała, pruję więc górę i dorabiam tułów z nowej włóczki. Znów mija kilka lat, esy-floresy są dalej fajne, lecz rozmiar za mały. Tym razem zmieniam sukienkę na spódniczkę, przy okazji uczę się nowego sposobu na elastyczny pasek dzianej spódnicy: szydełkiem wrabiam od wewnętrznej strony tzw. nicio-gumkę.

Wspomniałam wcześniej o tych rozmowach ciotek nad maszyną mamy. Miałam pewnie tyle lat, co moja wnuczka teraz. Ech, życie! Tyle lat, tyle doświadczeń. „Perspektywa czasu” – ten zwrot brzmi jakoś tak sztampowo, a oznacza coś niesamowitego: ogromny przywilej, możliwość zdystansowania się. Coś, co było wielce pożądane i ekscytujące, może okazać się czymś nieciekawym lub rozczarowującym albo po prostu z czasem przestanie być już ważne. Wracając po latach do książki, która kiedyś nas poruszyła, możemy już nie znaleźć w niej takich jak kiedyś wrażeń. Rzeczywistość się zmienia i my się zmieniamy, dlatego lubimy sięgać po nowe. To jest w naturze człowieka, ale nie wszystko nowe zostaje na dłużej. I bardzo dobrze – inaczej bylibyśmy oblepieni różnymi naleciałościami i coraz bardziej oddalalibyśmy się od siebie. Ważne jest dokonywanie wyboru: co zostawiam, z czego rezygnuję. Podoba mi się słowo „odsubskrybować” – jest jakby historią o pewnej fascynacji, wejściu w jakąś rzeczywistość i o rezygnacji, która jest jednym kliknięciem, lecz w brzmieniu tego słowa słychać oskrobywanie z tego, czego już się nie chce więcej.

Każdy rok, każdy dzień coś daje, coś zabiera. Z tego, co przynosi los, i z tego, co wybiera się samemu, splata się unikatowa tkanina życia; niektóre wątki się wzmacnia, utrwala, powtarza, inne zostawia. I każdego dnia na nowo trwa to tworzenie, a może raczej współtworzenie. W tych przeplatających się i mijających cząstkach życia tym cenniejsze są te, które przetrwały tzw. próbę czasu – nie tylko trwałe przedmioty, ale, co ważniejsze, przyjaźnie, znajomości.

Po tej porcji filozofowania, pod wpływem małej dziecięcej przeróbki, przejdźmy do przyziemności dziewiarskiej. Najlepszym uziemieniem będą zwyczajne skarpetki, dwie pary. Jedne z połączenia wielobarwnej Himalaya Bamboo Socks z dodatkiem różowej Performance Cool Wool, drugie – stopki z włóczki skarpetkowej z bawełną Lana Grossa Point Stretch. 

Pozdrawiam serdecznie, a szczególnie ciepło osoby, które odwiedzają mnie tutaj od dłuższego czasu:-) 


























środa, 7 kwietnia 2021

Moje dziewiarskie abecadło E i F jak esy floresy

Zmieniają się dzianiny, wzory i kolory, a ja niezmiennie czerpię wiele dobrego z tego robienia na drutach. Wciąż znajduję w tym radość, ukojenie i cały wachlarz różnych stanów, od ekscytacji i pobudzenia po cudownie monotonny, znajomy spokój przerabiania takich samych oczek. Potem okazują się one niekoniecznie identyczne, lecz już nie drażnią mnie te nierówności, raczej przypominają, że nie jestem żadnym automatem ani  robotem

Znowu nabieram włóczkę na druty i włóczka znowu daje się nabrać. Bawię się. I tak powstają kolejne dzianiny, jakoś tak oczywiście, naturalnie, bezdyskusyjnie. Jest radość kreacji i jest konkret, praktyczny przedmiot do ubrania. W mottozmotkowe życie wplatam ostatnio dziewiarskie abecadło. Już pora na E, jeśli ktokolwiek zastanawiał się, co też będzie w kolejnym odcinku to prawdopodobnie stawiał na „emocje”. Jeśli się mylę, to tylko dlatego, że mnie samej pierwsze na myśl przychodzą emocje, całe moje dzierganie jest ich pełne i to na każdym etapie. Najczęściej są to dobre emocje. Często nich piszę.

Dziś w abecadle dwie litery razem wzięte, to nie wynika z chęci przyspieszenia, nikt mnie nie pogania przecież, te dwie litery wiążą się z charakterem dzianiny. Być może będę jeszcze wracać osobno do E i F, jeszcze nie wiem. Z nowymi pomysłami i dzianinami pojawić się mogą dopasowane do nich skojarzenia, o których na razie nic mi nie wiadomo😉

Esy floresy to życzenie mojej wnuczki. Kiedy jesienią przymierzała szary sweterek, powiedziała mi, że chciałaby żebym zrobiła jej na drutach esy floresy.  Wtedy postanowiłam przyłożyć się do żakardu. Przygotowując inne projekty, przeglądając Internet, książki i gazety próbowałam wyłowić żakardowe esy floresy, ale nic odpowiedniego nie znalazłam. Jakoś w tym samym czasie pojawiła się u mnie faza fascynacji fraktalami. Przekonałam się, jak dobrze działa na mnie wpatrywanie się w te formy, dla odprężenia szukałam tego typu obrazów, w liściach paproci i innych roślinach, w witrażach, spiralnych schodach, w płatkach śniegu. Dotarło do mnie dlaczego tak lubię zatrzymać wzrok na sukulentach. Wyjęłam też naszyjnik z amonitem, lecz ciągle było mi mało, chciałam zrobić fraktalopodobny wzór na drutach. Nie wiem, może nawet prosty jersey można zaliczyć do tej kategorii, albo sweter kołowiec? Nie chciałam jednak teoretycznego dopasowania nazwy do formy, sprawdzania czy aby spełnia kryteria, chodziło mi o to, żeby z drutami i włóczką poczuć tę strukturę. Wzór znalazłam dość szybko, miałam go już od dawna zapisanego, zamierzałam go użyć do jakiegoś projektu. Pierwsza reakcja radość, to jest to! Drugie spojrzenie, oj, to nie jest takie proste. Trzecie spojrzenie, nie dam rady. Tymczasem parę innych rzeczy działo się na drutach, fraktale mogły, a nawet musiały poczekać.

Parę tygodni później, gdy były u mnie dzieci, wpadłam na pomysł, który mnie samą trochę zdziwił. Wyjęłam jedno pudło z włóczkami, podałam wnuczkom i patrzyłam jak się bawią. Wnuczka z niesamowitym wyczuciem dopasowywała wełenki do przyszłych czapek i sweterków, analizowała grubość, miękkość i kolory włóczek. Wnuczek w pełnym skupieniu oddzielał małymi paluszkami banderolki i wydobywał wnętrze motków. Postanowiłam interweniować, dzieci nawet nie protestowały, tylko wnuczka wzięła jeden cieniowany, różowy kłębek i powiedziała, babciu pamiętaj, to będzie na esy floresy. Te esy floresy zabrzmiały w jej ustach tak oczywiście, naturalnie i bezdyskusyjnie, że wiedziałam że już nadszedł czas, by się tego wzoru nauczyć. Zakupiłam wzór Fox Paws autorstwa Xandy Peters. Wysłałam przelew i przez chwilę wydawało mi się, że właściwie to już się zaczęło dzierganie, wystarczy położyć druty, włóczkę, opis wzoru i zacznie przybywać dzianiny, sam powstanie samopowtarzający się wzór, .ale ten stan trwał krótko. Trzeba było przyłożyć się do opanowania nowego ściegu. Nie było zbyt łatwo, zwłaszcza na samym początku, gdy na nieznanym mi wzorze musiałam dokonać zmian. Opis prostej formy szala robionego dwustronnie dopasowałam do jednostronnego dziergania w okrążeniach. Efekt zadowolił zarówno mnie jak i wnuczkę, choć nie użyłam wskazanego przez nią motka. Planowałam jeszcze zdjęcia na płasko, jakieś zbliżenia, a potem przy dobrej pogodzie sesję w parku, lecz gdy tylko Kinga ubrała na siebie tuniczkę stwierdziła, że wraca w niej do domu. Długo czekała na te swoje esy floresy, nie chciałam więc tego przeciągać jeszcze bardziej. Zrobiliśmy błyskawicznie parę zdjęć esów floresów na balkonie. Cóż, błyskawice to też fraktale.