Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bawełna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bawełna. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 czerwca 2026

Czasochłonność a zachłanność

Odkąd tylko nauczyłam się robić na drutach, wiem, że jest to czynność czasochłonna, toteż liczę się z tym przy każdej tworzonej dzianinie, licząc kolejne oczka. Czasami chciałabym szybciej zobaczyć efekt mojej pracy albo jakoś przyspieszyć cały proces. Zwykle w takich chwilach dzianina pochłania mnie jeszcze bardziej, mnie i moje chwile. Lubię ten stan, w którym mieszają się niepewność, zaangażowanie i ciekawość. Rękodzieło ma jednak to do siebie, że pewnych rzeczy nie można przyspieszyć. Taki energetyzujący koktajl pobudzenia w głowie raczej nie przyspiesza pracy rąk, ale sprawia, że działa się chętniej, przyjemniej i to nawet w tych etapach, które nie należą do ulubionych. Jeśli chodzi o mnie, to nie przepadam za nabieraniem oczek, nieszczególnie lubię też zszywanie dzianiny. W pierwszym przypadku dyskomfort jest krótki i przejściowy, znika niemal całkowicie pod wpływem patrzenia na nowo nabraną włóczkę i powstający z niej ścieg. Zupełnie inaczej jest ze zszywaniem elementów, które siłą rzeczy zostawia się na koniec całej pracy. Z doświadczenia wiem, że niesie ono niemałą odpowiedzialność za ostateczny kształt dzianiny. Ani trochę nie dziwi mnie w dziewiarskim świecie ogromna popularność swetrów bezszwowych, najczęściej robionych od góry, uważam to za absolutnie genialne rozwiązanie. Aktualnie takim sposobem dzieje się u mnie letnia bluzka, która bezceremonialnie weszła przed kolejkę, wyprzedzając trzy inne oczekujące dzianiny. Bez obaw, w tej mojej bajce nie ma sporów i kłótni o kolejkę, gdyż dzianiny nie rywalizują między sobą, jakby wiedziały, że każda włóczka, każdy projekt ma swoje przeznaczenie i swój czas. Mam wrażenie, że ta bluzka robiona od góry została mi podsunięta przez jakąś odgórną siłę dla odmiany, po wykonaniu dwóch dzianin robionych od dołu, zszywanych z części 😊. I właśnie te dwie rzeczy mają dziś swój czas na blogu. Jedna dla mnie, druga dla wnuczki. Łączy je to, że są zszywane i że każda z nich była dość czasochłonna, a wraz z poświęconym na nie czasem wchłonęło się wiele dobrych wrażeń i emocji. Przyznać jednak muszę, że to stwierdzenie dotyczy przecież każdego elementu mojej pasji, w zależności od projektu w różnym nasileniu, w różnych odcieniach. Jak dobrze mieć taką pasję!

Wykorzystując zapasy bawełnianych włóczek, zrobiłam sobie bluzę z plisą i kołnierzem, taką na niezbyt gorące wiosenne i letnie dni. Wykonałam osobno tył, potem przód rozdzielony na etapie plisy, następnie rękawy, a na końcu dorobiłam plisę i kołnierz. Linie ramienia kształtowałam przez odejmowanie oczek po bokach, fason był taki, jak chciałam, ale brzeg dzianiny z bliska wyglądał trochę nierówno. Aby uzyskać ładne połączenie elementów swetra, na każdym z nich zrobiłam łańcuszkową linię i dopiero to zszywałam. Warto było, efekt bardzo mi się spodobał. Nie było to jakieś trudne przedsięwzięcie, ale wymagało ono czasu i skupienia. Zupełnie nie nadawała się ta robótka do robienia w międzyczasie, do zabierania w drogę. Tak się akurat złożyło, że samo zszywanie trwało trzy dni. Również trzy dni robiłam tak małą rzecz, jak kopertę, którą pokazywałam w poprzednim wpisie (klik). Po prostu tyle to trwało, przez te kolejne dni wyławiałam wolne chwile i cieszyłam się tworzeniem dzianiny, czasem spokojnie, jakby odpoczynkowo, innym razem zachłannie i energicznie.

Ta czasochłonność sprawia, że rzecz powstająca powoli pod rękami chłonie również emocje, wrażenia i refleksje. Patrząc na moją siostrę w swetrze sprzed kilku lat, przypominam sobie chwile, gdy go robiłam, mój stan psychofizyczny, ogólne nastroje, a nawet fragmenty słuchanej wtedy powieści. Wartość dzianiny to nie tylko idealnie równe oczka, wzór czy dobra wełna, lecz także wpleciony w to wszystko wymiar niematerialny.

Z tym aspektem wiąże się kolejna dzianina – sweterek komunijny dla Kingi. Robiłam go z radością, ale nie ukrywam, że towarzyszyły mi pewne obawy, wydawało mi się, że sweterek na tę uroczystość powinien być jakiś taki „bardziej”. Na szczęście moje wątpliwości rozwiały się po rozmowie z wnuczką, która chciała bardzo prosty fason. Proponowałam jakieś falbanki, choćby przy rękawkach, ale nic z tego, zwyciężyła prostota. Razem przeglądałyśmy książki i magazyny ze wzorami, Kinga wybrała ażurowy ścieg „sweet violets”. I z tych słodkich fiołków miałam zrobić sweterek. Szukałam najbielszej bieli z naturalnych włókien, znalazłam, zamówiłam – lecz niestety włóczka okazała się nieładnie żółta w towarzystwie chłodnej bieli sukni. Dowiedziałam się przy tej okazji, że naturalna wełna nie poddaje się tak łatwo wybiel aniu, nie chciałam akrylowych włóczek, a co do bawełnianych obawiałam się twardości. Znalazłam jednak piękną i niezwykle miękką bawełnę Austermann Elida Organic Cotton, którą połączyłam z moherową nitką Gazzal Super Kid Mohair. Sweterek robiłam w częściach, od dołu, na końcu dorobiłam plisę i przyszyłam perłowe guziczki.

To ciekawe, że choć samo szycie ubrań jest szybsze niż robienie na drutach, to wprowadzenie szycia do dzianin ręcznych ani trochę tego procesu nie przyspiesza, wręcz przeciwnie. Jednak zastosowanie pewnych zasad krawieckich może być bardzo pomocne w kształtowaniu dzianiny. Tak było z tym komunijnym sweterkiem, który dopasowywałam do fasonu sukienki, do linii ramion, do kształtu rękawków, do miejsca talii i kokardy na plecach. Kluczowe były rękawy, tak żeby miały głębsze wszycie z przodu, to była całkiem nowa przygoda. Pojawiły się także marzenia o tym, by kiedyś nauczyć się szyć.

Nie wiem, jak to się stało, że nie zrobiłam żadnego zdjęcia, gdy sweterek wisiał na wieszaku na sukni, nie zrobiłam też zdjęcia na płasko. Będą więc zdjęcia takie, jakie są, z przymiarki i z komunii.

Jest jeszcze coś, co łączy te dwie dzianiny i co mnie samą dziwi – zazwyczaj gdy skończę jakąś dzianinę, to myślę, co mogłabym zrobić inaczej, lepiej – lecz nie tym razem. Gdy patrzę na sweterek Kingi, to myślę, że jest właśnie taki, jak powinien być. Tak samo jest z moją bluzą. Czy to kwestia fasonów, które opracowałam sama i modyfikowałam w trakcie pracy, czy może raczej ten czynnik nienazwany, w czasochłonności wchłonięte pozytywy? Skłaniam się ku temu drugiemu, a co do pierwszego – wciąż mam tak wiele do nauczenia się i całkiem sporo zachłanności do nauki dziewiarstwa 😉

























czwartek, 2 października 2025

Żeby nie umknęło…

O czym myślę, kiedy biegam po stronach ze wzorami dziewiarskimi?* To zależy. Od sytuacji, od celu poszukiwań i od przeróżnych skojarzeń, których ścieżki wciąż się rozgałęziają.

Gdy zatrzymałam wzrok na tej białej, ażurowej dzianinie mój umysł wypełniły obrazy japońskiej estetyki, łączącej prostotę i harmonię. To zdjęcie zapraszało do podróży w odległe rejony, choćby tylko za pomocą drutów i włóczki. Było to kilka miesięcy temu, gdy razem z Anią szukałyśmy inspiracji na wiosenną dzianinę dla niej.

„Ten będzie następny! ” – powiedziała patrząc na projekt „Orgabits One Shawl”. Choć obydwie byłyśmy oczarowane tym wzorem, to przyznam, że trochę zaskoczyła mnie pewność Ani, gdyż wydawało mi się, że do następnego razu na horyzoncie może pojawić się wiele nowych, równie atrakcyjnych pomysłów. Minęła wiosna, a potem lato, a jednak ten japoński fenomen nie pozwolił o sobie zapomnieć i wróciłyśmy do wcześniejszego planu. Mimo bardzo prostej formy szala tworzenie tej dzianiny nie było ani trochę nudne, miało w sobie coś nowego, a nawet przygodowego, począwszy od wyboru przędzy aż po robienie zdjęć.

W oryginalnym projekcie sugerowana była włóczka bawełniana, ale obawiając się twardości samej bawełny, zaczęłam szukać jakichś mieszanek. Przygotowałam listę propozycji, były na niej włóczki znane i sprawdzone oraz coś całkiem nowego, mieszanka bawełny z włóknem sojowym Laines du Nord Baby Soft, poczułam jakiś błysk intuicji, że to byłby najlepszy wybór. Robić coś dla kogoś, z nieznanego, niesprawdzonego materiału to ryzykowne – wiedziałam o tym, a jednak miałam ochotę na eksperyment. Mało tego, postanowiłam nie szukać opinii o tej włóczce po internetach,  żeby się nie sugerować. Wysłałam listę wszystkich propozycji i choć każda z włóczek była świetna to Ania bez wahania postawiła na Baby soft! Złożyłam więc zamówienie i podekscytowana czekałam na przesyłkę. Moteczki miały piękny kolor, przypominający perły, zachwyciły mnie nienachalnym,  szlachetnym połyskiem i przyjemną miękkością. Zaczęłam nieśpiesznie przerabiać kolejne rządki, z których wyłaniały się coraz dłuższe ażurowe pasy.

A teraz trochę odległa niedziewiarska dygresja.

Jest coś takiego w estetyce kultury japońskiej, co sprawia że nas intryguje, zachwyca, skłania do zadumy, ta prostota, harmonia i asymetria.  Z przyjemnością odnajdujemy te wpływy w sztuce, w modzie, popularna jest japońska literatura. Dla mnie japoński fenomen polega na tym, że pod warstwą prostoty jest coś, co umyka, coś tajemniczego, i nie sądzę by chodziło tylko o nieznajomość tamtejszych realiów i kodów kulturowych. Wspomniałam o tym dlatego, że podobne odczucia jakie miałam podczas lektury japońskich powieści pojawiły się wraz z fotografowaniem szala. To coś co umyka…

Wcześniej wyobrażałyśmy sobie sesję zdjęciową szala w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, lecz póki co nie doszło to do skutku.  Wiadomo, dzianina to nie eksponat muzealny, lecz rzecz użytkowa, która powinna być używana. I tak w biegu różnych spraw umówiłyśmy się na spotkanie w kawiarni, dzień wcześniej postanowiłam jednak na spokojnie zrobić parę zdjęć dzianiny, i owszem powstało kilka, choć o mały włos nie doszłoby to do skutku z powodu deszczu.

Następnego dnia kawiarnia, w której byłyśmy umówione przedpołudniową porą była wypełniona po brzegi, szukając  innego miejsca i podziwiając wrześniowe kwiaty byłyśmy tak pochłonięte rozmową, że jakoś nie przyszło nam do głowy, by zrobić na ich tle zdjęcia dzianiny. To coś co umyka… Nadrobiłyśmy to w uroczej, maleńkiej kawiarni w towarzystwie kotów na plakatach, i zanim wystygła kawa** zrobiłyśmy klika zdjęć.

Ach, żeby nie umknęło, sprawdziłam opinie o włóknie sojowym, są świetne, mówi się o nim roślinny kaszmir.

 

Ps. Aluzje do japońskich powieści:

* Haruki Murakami „O czym mówię, gdy mówię o bieganiu”

** Kawaguchi Toshikazu - ”Zanim wystygnie kawa”






















 

czwartek, 7 sierpnia 2025

Letnie za-pasy w bluzkach z papyrusa

Sierpień to miesiąc, pod każdym względem wyrażający pełnię lata. Trwa czas wakacji, urlopów, żniw, remontów, wyjazdów, przyjazdów, realizowania planów albo konieczności ich zmiany, przygód wytęsknionych i tych nieplanowanych, czas przyśpieszenia i czas zatrzymania. To wszystko dzieje się latem, choć u każdego inaczej, w innym rytmie i tempie splata się to w jedną wspólną tkaninę, złożoną z różnorodnych nitek. Dla mnie wyjątkowość sierpnia polega właśnie na tym zintensyfikowaniu wszelkich letnich doświadczeń, które samemu się przeżywa i obserwuje je wokół, ale   jest jeszcze coś więcej, jakby duża rama, szerokie, ale subtelne marginesy łączące letni obraz zarówno z wiosną jak i z jesienią. Jeszcze można pozwolić sobie na coś nowego, coś zrobić, gdzieś wyjechać, spotkać się z kimś dawno nie widzianym, albo wreszcie pobyć trochę z sobą. Można też finalizować sprawy, zbierać owoce - dosłownie i w przenośni – i zająć się prze-tworami. Taki obraz sierpnia widać nawet na placu targowym, gdzie wciąż można kupić sadzonki  młodych roślin, które jeszcze zdążą urosnąć, więc to jakby wiosna, nadzieja i nowy akcent życia, tuż obok warzywa i dojrzałe, soczyste owoce w wielkiej obfitości, są już też pierwsze wrzosy, są dynie… i chłodniejsze poranki.

Ma w sobie sierpień radość pełni lata, wiosenną nadzieję i dojrzałość jesieni. Można ogarnąć myślą cały obraz albo wybrać jedno pasmo i na nim się skupić, co kto lubi.

Zachodzą na siebie pory roku i podobnie dzieje się w moim dzianinowym świecie.

Dwie bluzki na lato zrobiłam  jeszcze wiosną, planowana, i to od dawna, była jedna,  ale wskutek eksperymentów wyszły dwie.  Miałam w swoich zapasach włóczkę Papyrus Fibra Natura szarą i trochę białej. Ciekawe, bo słowo „zapasy” dawniej kojarzyłam z półkami pełnymi słoików, będących zapasami na zimę, teraz zapasy oznaczają posiadane włóczki, nie tylko na zimę😉 Tego roku na włóczkowych targach Krakoski Yarnmark Wełny dokupiłam kilka moteczków, które zachwyciły mnie kolorami, dwa wrzosowe odcienie, róż i błękit. Dobrze wyglądały razem, wrażenie wizualne było równie przyjemne jak włóczka w dotyku. Papyrus jest bardzo miłą dla ciała mieszanką bawełny i jedwabiu.

Nie wiedziałam dokładnie jaką bluzkę zrobię, pewna byłam tylko co do linii ramienia zachodzącej do tyłu, od dawna marzyłam, by nauczyć się tego fasonu, zanim jeszcze dowiedziałam się, że nazywa się go ramieniem „europejskim” albo „japońskim”. Znalazłam wzór z taką techniką na stronie Garnstudio i po przeliczeniu ilości oczek do wymaganej próbki z ochotą zaczęłam letnią bluzkę od gładkiej, szarej góry, a potem miałam dodać pasma kolorów. Układało się świetnie, byłam bardzo zadowolona, tyle że gdy dodałam pierwsze pasmo kolory jakoś nagle przestały współpracować, no trudno, miałam nadzieję, że po dodaniu kolejnego koloru lub dwóch będzie lepiej. Nie było, po prostu mi się nie podobało, zabrakło tego poczucia, że kolory harmonijnie zagrały. Do sprucia  nie było wiele. Ale co dalej?  Zdecydowałam się na zastosowanie ażurowego wzoru, który zaciekawił mnie już dawno, ale jak dotąd nie użyłam go w żadnej dzianinie. Powstała jednobarwna szara bluzka, z gładką górną częścią, która będzie dobrze się sprawdzać również jesienią i zimą pod cieplejsze kardigany.  

Natomiast na letnią bluzkę w kolorowe paseczki, na którą wciąż miałam ochotę i wystarczającą ilość włóczki wykorzystałam dobrze mi znany i sprawdzony wzór Isabell Kraemer „On The Beach”. Tym razem paseczki zaczęłam robić od samej góry, a dodawanie kolejnych kolorów było ogromną przyjemnością, to samo mogę powiedzieć o noszeniu tej bluzki.

I na plaży, na początku tego lata obydwie bluzki zostały sfotografowane. Przygotowując zdjęcia do publikacji oczywiście patrzyłam jak prezentuje się dzianina, czy widoczna jest całość, detale, a przy okazji wpatrywałam się w to bałtyckie tło, piasek, fale, horyzont i mam wrażenie, że nawet patrzenie na te zdjęcia przynosi odpoczynek.




























 

czwartek, 5 czerwca 2025

Maki od podszewki

Maki. Ich widok przykuwa uwagę i wprowadza w dobry nastrój. Na mnie działają tak chyba od zawsze, a od kilku lat wydają mi się coraz bardziej fascynujące. Fotografując naturę, dostrzegam jak niesamowicie piękne są kwiaty, każdy może budzić zachwyt, wystarczy spojrzeć, zatrzymać się, pochylić...  Maków nie da się przeoczyć, one same przyciągają wzrok, a kiedy poświęci im się trochę więcej uwagi można odkryć, jak niezwykła to roślina i jak bliska, obecna od czasów dziecięcych zabaw.  Toteż nie dziwi, że maki wyrosły mi w dzianinie.

Pomysł na wzór maków zrodził się w ramach społecznego projektu „Polskie wzory w dziewiarstwie. Ujęciewspółczesne”  zainicjowanego przez Barbarę Kwater. Projekt ten ma w swoich założeniach nie tylko poszukiwanie i odtwarzanie istniejących wzorów czy też wplatanie ich we współczesne dzianiny, ale także tworzenie nowych wzorów inspirowanych kulturą, architekturą, naturą. itp. 

Makowy wzór opracowałam w ubiegłym roku, naturalnie w czasie kwitnienia maków. Ja kojarzę maki z dzieciństwem, z pejzażem rodzinnych stron, choć przecież wiem, że rosną niemal wszędzie, więc pomyślałam, że ten motyw może być bliski także innym. Chcąc wpleść te kwiaty w dzianinowy wzór przyglądałam się im jeszcze uważniej, a one podobały mi się coraz bardziej, choć  wydawały się trudne do uproszczenia i zamknięcia w kratki kartki czy oczka dzianiny. Pisałam o tym na początku lutego w poście „Posplatane maki”, w którym pokazywałam wykorzystanie wzoru w rękawiczkach. Zaraz potem, choć była jeszcze zima, zaczęłam robić letnią torbę z tym wzorem. Skończyłam ją dość szybko, ale naprawdę gotowa jest dopiero teraz, a to ze względu na podszewkę. Najpierw poszukiwałam pasującego materiału, znalazłam go na strychu u siostry, w postaci błyszczącej sukienki i wtedy już mogłam umówić się z zaprzyjaźnioną krawcową, jednak splot różnych okoliczności spowodował wydłużenie czasu realizacji. Przyznam, że chciałam zacząć nosić ją już w pierwszych dniach wiosny, ale musiałam jeszcze poczekać, nie narzekałam, miałam inne torebki i inne zajęcia😉 Gotowa makowa torba wróciła do mnie właśnie teraz, w idealnym momencie, w czasie kwitnienia maków. Czuję jakby zatoczyło się jakieś koło, albo zakręciła spirala. Rok temu wpatrywałam się w maki i próbowałam jak najprościej wpisać ich kształt do wzoru na druty, teraz znowu patrzę na maki, te żywe kwitnące i w pąkach i te z mojego wzoru i z nieskrywaną radością zauważam podobieństwo. Robiąc zdjęcia torby w towarzystwie maków zauważyłam coś jeszcze, szaro srebrno zielony pyłek bardzo podobny jest do cieniowanej szarości bawełny, z której zrobiłam dno torby i gałązki. Doskonale pamiętam moment wybierania kolorów włóczek na makową torebkę i ten błysk pewności, że to nie może być żaden inny kolor niż ta szarość, teraz już wiem dlaczego😊

Zdjęcia torebki w towarzystwie czerwcowych maków polnych powstały kilka dni temu, a dziś sfotografowałam jeszcze podszewkę i przy tej okazji odkryłam, że mam podwójną torebkę. Wnętrze nie ma kieszeni, a podszewka jest wszyta tak starannie, że mogę nosić ją w wersji błyszczącej, bez maków. Cieszę się więc, że tak niespodziewanie zyskałam kolejną torbę, ale nie byłabym sobą, gdybym nie wrzuciła filozofującej refleksji o tym, że wnikliwa obserwacja jest źródłem niezwykłych odkryć w codziennej rzeczywistości, trochę inne światło, inny kąt patrzenia na jakąś rzecz albo na słowo i chociaż obiektywnie nic się nie zmienia, to robi się ciekawiej, bardziej wielowymiarowo.

Kilka dni temu uśmiechnęłam się czytając z kartki kalendarza słowa Mirosława Bańko* o czerwcu – „Kwerenda dla słowa „czerwiec” w galerii Grafika Google przynosi obrazy czerwonych maków, które w czerwcu mienią się na polach, i truskawek, które wtedy dojrzewają. W świecie masowej wyobraźni czerwiec nadal jest więc czerwony”.  

  * Mirosław Bańko – polski językoznawca i leksykograf.   


A zatem jest to dobry czas na publikację torby w czerwone maki. Oto ona: 


















piątek, 29 listopada 2024

Pelargonie

Pelargonie. Popularne kwiaty doniczkowe i rabatowe. Ich zwyczajność jest nadzwyczajna, zakorzeniona tak głęboko, że niemal niezauważalna. Znamy je od zawsze, niektórzy je kochają, inni ich nie lubią, a jeszcze inni nawet nie zauważają istnienia tych roślin, choć spotkać je można niemal wszędzie, na parapetach w wiejskich chatach i w nowoczesnych domach, zdobią balkony, tarasy i kawiarniane ogródki w małych miasteczkach i w metropoliach. 

Pelargonie nazywane bywają „krakowiakami” albo „muszkatkami”, być może od specyficznego, kamforowego zapachu liści, który sama bardzo go lubię, choć wiem, że nie na każdego on tak działa.

Gdy zaczęłam zastanawiać się nad polskimi motywami nasunęły mi się właśnie pelargonie. Nie wiem, czy można je przypisać do jakiegoś konkretnego regionu, na pewno w Małopolsce od dawien dawna są popularne, przypuszczam że dotyczy to całej Polski. Choć pochodzą z innej strefy klimatycznej to zadomowiły się u nas na dobre i mocno wrosły w polskie realia. W skansenach i kartach książek o naszych tradycjach zobaczyć można doniczki z pelargoniami w oknach drewnianych chat, jako oczywisty, nieodłączny element dawnego domu, radosny i swojski.

Nie znalazłam informacji na temat symboliki kwiatów pelargonii w naszej kulturze, ale nawet jeśli nie jest to jakoś formalnie usankcjonowane to jednak kwiaty te można uznać za ważny, symboliczny motyw, zakorzeniony w naszej świadomości.

Dla mnie osobiście jest to ważny symbol, kojarzy mi się mocno z domem i z kobietami z mojej rodziny. Przypominam sobie moją babcię usuwającą suche listeczki. Pamiętam jak poznawałam rodzinę mojego męża i jego żyjące jeszcze wtedy babcie to każda z nich miała w oknach pelargonie. Wciąż rosną pelargonie u mojej mamy i u mamy mojego męża. Od lat rosną też u mnie i co ciekawe wcale nie z potrzeby kontynuowania tradycji, a z praktycznego wyboru, bowiem po eksperymentach z różnymi kwiatami balkonowymi to pelargonie okazały się najbardziej wdzięczne i odporne na nie zawsze sprzyjające warunki na balkonie w betonowym bloku .Widokiem kwitnących pelargonii możemy się cieszyć od wiosny aż do pierwszych przymrozków. W inny sposób spojrzałam na te kwiaty trzynaście lat temu, gdy po poważnej operacji po powrocie do domu jeszcze bardzo słaba wyszłam na balkon i zaczęłam usuwać uszkodzone listki pelargonii, w tej czynności zobaczyłam moją babcię wykonującą takie same gesty, zobaczyłam ją w sobie i było to niezwykłe wzruszające doświadczenie, jakby poza czasem a jednak mocno osadzone w konkrecie.

Kilka miesięcy temu jeszcze inaczej spojrzałam na pelargonie. W ramach projektu „Polskie wzory regionalne w dzianinie. Ujęcie współczesne” (link)  postanowiłam przenieść te kwiaty na wzór na druty. Uprawa pelargonii idzie mi dobrze, na drutach śmigam bez trudu, ale przenieść te kształty na wzór określony kształtem oczek dzianiny to już zupełnie inna bajka. Długo zastanawiałam się, czy to w ogóle jest możliwe. Przez wiele tygodni podlewając moje pelargonie i usuwając suche listeczki jak moja babcia, wpatrywałam się w kształt  liści, łodyg, kwiatów i ze zdumieniem odkrywałam, że te piękne formy są znacznie bardziej skomplikowane niż wydawało mi się dotychczas. Miałam przed sobą niełatwe zadanie by te kształty ująć w jak najbardziej uproszczonej formie, ale tak aby były czytelne i rozpoznawalne. Najpierw rysowałam, potem przenosiłam na kratki. Zastanawiałam się nad techniką mozaikową, wyobrażałam sobie kwiat w doniczce zamknięty prostokątami okna, ale że nie jestem na tyle biegła ani w mozaice, ani w projektowaniu w ogóle, toteż na razie odłożyłam ten pomysł, może wróci kiedyś do mnie, a może przyjdzie do kogoś innego.

Skupiłam się na tym, aby ta moja dzianinowa pelargonia przypominała pelargonię. Chciałam też ująć w tym jednym wzorze zarówno te dawne jak i współczesne wyobrażenia o pelargonii. I te  te zasłaniające niemal całe maleńkie okna w starych chatach jak i te zdobiące współczesne budownictwo. Połączenie tych światów zawarłam… w doniczce. Narysowałam wzór w taki sposób, by można w nim dostrzec albo nowoczesny blok z oknami albo emaliowany garnuszek w kropki, albo po prostu całkiem neutralną doniczkę. Te doniczki są w dwóch, a nawet trzech wersjach. Pierwsza, taka z wysoką doniczką i nawiązaniem do wieżowca za bardzo wydłużała proporcje całego wzoru, więc skorygowałam ją tak aby osiągnąć kwadratowy wzór. Trzecia wersja to doniczka balkonowa, w której zmieściło się więcej kwiatów. Opisałam skrótowo to, co trwało dość długo. Próbka pierwszego wzoru z wyższą doniczką wyglądała zadowalająco pelargoniowo, zrobiłam próbkę w dwóch wersjach, kolorową i jednobarwną z kombinacji oczek prawych i lewych, potem wyjęłam jakiś zalegający motek wrzosowej włóczki i zaczęłam robić poduszkę, z przybywaniem dzianiny rosła też frustracja, na początku myślałam, że to nie ten kolor, jednak przyczyną niezadowolenia były proporcje wzoru i sposób rozdzielania motywów. Zmieniłam wzór, włóczkę, a przy okazji „dorobiłam się” szerszej balkonowej donicy i tym razem jestem zadowolona z efektu. Oprócz czerwonej poduszki zrobiłam też srebrnoszarą letnią torbę z rafii, jeszcze nie wiem co o niej myślę, chyba wolałabym większą.

W tym nowym doświadczeniu, jakim było opracowywanie wzoru pelargonii nauczyłam się nowych rzeczy, między innymi przełamywania swoich oporów, choćby takich jak pokazywanie innym swoich niewprawnych rysunków i próbnych schematów. Przyznam, że to wymagało to ode mnie trochę odwagi, ale wiedziałam, że w zespole Posplatane otrzymam konstruktywne uwagi i inspirujące sugestie. Basia zasugerowała mi skompresowanie motywu, a Dorotka podsunęła pomysł na szeroką balkonową doniczkę i z obydwu podpowiedzi skorzystałam wykonując dużą poduchę z czerwonej bawełnianej włóczki. Może kiedyś powstanie do niej koc, wszak wzór jest dwustronny.

Cieszę się, że zdążyłam z tym postem póki jeszcze moje pelargonie kwitną na całego. Lada dzień przyjdą przymrozki i te piękne czerwone kwiaty znikną nam z pola widzenia, ale nie wszystkie, bo w domu pozostaną pelargonie na czerwonej poduszce…














i jeszcze zdjęcia próbek z wcześniejszego etapu etapu pracy






 

 

 

 

czwartek, 24 października 2024

Post miniaturowy

Miniaturowość w temacie tego spontanicznego wpisu być może jest lekką przesadą zarówno w odniesieniu do rozmiaru dzianiny jak i długości tekstu. Co do treści, to przecież mógłby nią być jedno czy dwuwyrazowy opis, zaś jeśli chodzi o wielkość to mniejsze maleństwa sama robiłam na drutach i szydełkiem. Czyżby więc ten wstęp był próbą jakiegoś umniejszania swoich prac albo przepraszania że one małe? Ani trochę. To na co chcę zwrócić uwagę to pewne schematy myślenia, w których tkwimy, często nie zdając sobie z tego sprawy. Że trzeba bardziej, więcej, szybciej…, ale więcej czego i dlaczego – oto jest pytanie, i następne, może nawet ważniejsze – po co? 

Piszę o pasji, o działaniu po swojemu, z własnej woli, o przestrzeni twórczej, gdzie nie chodzi o wyścig, o punktację, rywalizację. Oczywiście nawet w takim swobodnym podejściu potrzebna jest mobilizacja ze względu na terminy typu urodziny, a bywa i tak, że druty przyśpieszają bez goniących terminów, bez zewnętrznej presji. Jest w moim dzierganiu swoboda, luz, jest ten kojący, relaksujący stan, ale też nie brak zwrotów akcji i emocjonujących momentów. Zastanawiam się jednak dlaczego do dzisiejszego dnia nie zamieściłam na blogu dwóch niewielkich rozmiarowo rzeczy zrobionych i sfotografowanych jeszcze w maju. Chyba myślałam, że skoro takie małe to pokażę je w towarzystwie innych dzianin, tak żeby post na blogu był bardziej treściwy, a dziś uznałam że dziwne to podejście. Kiedy będzie dużo to będzie, kiedy będą większe to będą, ale nie ma sensu samej sobie ustawiać limitów, wagowych albo ilościowych.

Zrobiłam dla przyjaciółki etui na jej nowy telefon, w dwóch wersjach kolorystycznych, jedna z tych „skarpet” jest  wykonana techniką mozaikową we wzór serduszek, skorzystałam z wzoru Mirror hearts Renaty Witkowskiej, druga, jersejowa w proste paseczki. 

W obu przypadkach czułam radość łączenia kolorów, tworzenia nowych zestawień i miałam wyzwania związane z rozmiarem, bowiem ani za ciasne ani za luźne ubranko na telefon nie spełniałby swojej roli.

Rozpisałam się bardziej niż chciałam, by wyrazić krótką myśl, że ważne są zarówno rzeczy duże jak i małe, a w istocie są tym samym.

















poniedziałek, 17 czerwca 2024

W ogrodowym czasie

Jedno zamówienie, dwie dzianiny, a wrażeń całe mnóstwo. Pisałam o nich w poprzednim poście, a dziś zgodnie z zapowiedzią sesja zdjęciowa już na właścicielce.

Gdy oglądam te fotografie i patrzę na swoje prace z dystansu to zamiast owego dystansu rośnie wzruszenie, przychodzą mi do głowy myśli o przenikających się obszarach, które bezpośrednio nie są z sobą powiązane, a jednak na siebie wpływają. I tak coś mnie ciągnie w stronę filozoficznych sentencji i jednocześnie rzeczowo, a nawet surowo analizuję dziewiarskie kwestie, przez ażury prześwietlam detale, kolory, techniki, wyciągam wnioski i uciszam rodzące się nowe pomysły.

Moment zamieszczenie posta na blogu stanowi podsumowanie projektu, zakończenie, choć z punktu widzenia użytkowania dzianiny to właściwie jej początek. Splatając w jednym poście ten dziewiarski koniec i początek wybieram zdjęcia, słowa i myśli, które pozostawię tutaj na blogu. Nie będę opisywać poszczególnych etapów tworzenia bluzeczki Margerita, choć przyznam, że pojawiła się taka pokusa na początku pracy, w majowy weekend, Margerita wśród kwitnących margaretek. Cały proces twórczy to jednak coś więcej niż jedna sielska scenka i liczy się każde oczko, każda chwila.

„Naucz się widzieć, a zdasz sobie sprawę, że wszystko łączy się ze wszystkim innym” jak radził Leonardo da Vinci . Więc patrzę i widzę na zdjęciach podpowiedź, jak te moje refleksje ująć krótko, treściwie i prawdziwie. I co widzę? Ogród.  Jedno słowo, a doskonale pasuje i do pracy z tymi dwiema konkretnymi dzianinami i w ogóle mojego robienia na drutach jak też do każdej innej pasji. Ogród to uniwersalna metafora odnosząca się do życia. Będę jeszcze wracać do tego tematu, dostrzegam tu ogromne pole do rozważań i życiowych lekcji.  Aż dziwię się, że w moich dotychczasowych refleksjach nie pojawiły się takie porównania.

Ogród to przestrzeń, gdzie siły natury łączą się z działaniem człowieka, gdzie ważne jest światło, gdzie potrzebny jest cień. Ogród to miejsce wymagające wysiłku, cierpliwości, uczące pokory, ale też źródło inspiracji, odpoczynku i zachwytu nad cudownością natury. A przede wszystkim ogród to przypomnienie, jak bardzo wszystko łączy się ze wszystkim i że jesteśmy częścią natury.

A oto ogrodowa sesja Kasi: 

Omawiane dwie dzianiny to taliowana bluzeczka Margerita według projektu Iwony Eriksson z promieniście układającym się ażurowym wzorem na karczku wykonana z mieszanki bawełny i kaszmiru Summer in kashmir oraz ażurowy szal z merynosowej ręcznie farbowanej wełny Madobo Yarn.













 i wspomniany obrazek z początkowego etapu pracy: