Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szal. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 sierpnia 2026

Grechuta na drutach

Grechuta na drutach. Inspiracje płynące z muzyki i poezji przeniesione do ręcznie robionej dzianiny. Czy to możliwe, czy wykonalne i czy w ogóle miałoby to sens? Takie pytania i wątpliwości pojawiły się trochę później, pierwotny zamysł był nagły, jasny, niebudzący wątpliwości. Teraz właśnie przyszło mi do głowy zupełnie nowe słowo „pozamysł” na określenie pomysłu pojawiającego się niezależnie od racjonalnych trybów myślenia. Oczywiście wiem, że jest mnóstwo już istniejących trafnych słów, choćby idea, lecz przecież nie zawsze trzeba korzystać z gotowych wzorów, można czasem spróbować inaczej. Sprawdza się to nie tylko w dziewiarstwie i tworzeniu rękodzieła, ale po prostu w życiu. Można, a nawet trzeba „chwytać myśli nagłe jasne”, zwłaszcza gdy są bliskie sercu, gdy czuje się, że wyrażają prawdę, która jest „gdzieś w nas”.

Brzmi zachęcająco, lekko i przyjemnie, ale nie zawsze będzie to szło tak gładko. Zaraz potem pojawiają się obawy, wątpliwości, oceny, umniejszanie, dezaprobata, gdy już „myśl w własne wątpia zapuściła szpony i gryzie siebie sama w swej własnej otchłani”. Zawsze lubiłam ten obraz, bo choć taki lepki i mroczny, to trochę mnie śmieszył i pomagał zdystansować się do moich osobistych stanów tego typu. Poza tym jako dziewiarka zamiast szponów myśli mogę użyć ostrych drutów i za ich pomocą tworzyć nowe obrazy, a nawet krajobrazy.

Pamiętam dobrze tamten dzień ubiegłego lata. Podążałam wzorkiem – oj, przepraszam – wzrokiem za kołującymi jaskółkami i przypomniało mi się wiele dobrych rzeczy związanych z tymi ptakami. Bardzo dobry był już sam ten moment, kiedy przerwałam inne zajęcia, inne myśli i popatrzyłam do góry, na chmury i na te ptaki. Wówczas moje myśli zaczęły krążyć swobodnie, bardzo spodobało mi się, jak te „jaskółki kreślą nad wodami freski”, odezwała się we mnie dziecięca radość i poczułam, jak „gdzieś w nas płoszą dzieci jaskółki”.

Jakie to szczęście, że właśnie takie piosenki wracają do mnie same. Nasuwa się tu porównanie do ptaków wracających do swoich gniazd, ale nie byłoby ono trafne, gdyż niektóre utwory pojawiają się po wielu latach, a inne nigdzie nie odlatują, nie ma więc żadnej przewidywalności. Jest za to pewność, że one wszystkie są „gdzieś w nas”, nie tylko we mnie.

Może wypadałoby napisać jakieś wypracowanie o tym, jak twórczość Marka Grechuty wpłynęła na moją wrażliwość, na miłość do poezji, sposób patrzenia, czytania, słuchania, na radość życia… ale obawiam się, że nie potrafiłabym tego zamknąć w wypracowaniu. Poza tym mogłoby to być po prostu nudne. Zatem, nie chcąc czynić drugiemu, co tobie niemiłe, pomijam wątek wypracowań, uzasadnień i wyjaśnień, że naprawdę jestem w pewnym stopniu utkana z Grechuty. Bo jestem. I nadszedł czas, żeby wpleść to w dzianinę.

A choćby krytyczna część mojego umysłu próbowała spłoszyć te pomysły, to jednak bogactwo motywów obecnych w twórczości Marka Grechuty jest dla mnie tak pociągające, że nie ma już odwrotu.

Nawet fakt, że to są całkiem różne obszary: muzyka, poezja, dzianina – zamiast utrudniać zadanie, jeszcze bardziej mnie pociąga i daje swobodę interpretacji. Jeśli nie da się czegoś dosłownie odtworzyć, to otwiera się nowa przestrzeń w tworzeniu dzianiny. I choć dopiero poznaję te tereny, to już czuję się tam jak u siebie.

Pamiętam, jak podczas pracy nad wzorami maków i chabrów frustrowałam się, że nie wychodzą takie – no właśnie jakie? – jak na żywo, jak na zdjęciu. Mimo iż ta frustracja miała gorzkawy smak, zrozumiałam wtedy, że przecież wcale nie chodzi o idealną dosłowność, by dzianiną namalować polne kwiaty.

Nawet Marek Grechuta zastanawiał się, w imieniu Toulouse-Lautreca, „Jak namalować tańczącą bolero” i znalazł trafną odpowiedź: „chyba że z takiej pamięci”. Żadna tam pewność czy sprawdzona technika, po prostu własna pamięć, zapisane w umyśle i w ciele „kaskady rytmów i chęci”.

Pierwszą moją próbą dzianinowego „malowania” był ten szal (klik). Operując kolorami i rzędami skróconymi, pokazałam bliski sercu pejzaż: drogi, pagórki i wczesnowiosenne błota i śniegi. Tamten szal dał mi odwagę wplatać poezję na druty.

Nucę sobie słowa: „stoją gorzkie pagórki, bo gorzka jest zieleń, gdzie przebiega wilk nocy i prędki dnia jeleń”, albo „światło szeleści, zmawiają się liście na baśń co lasem jak niedźwiedź się toczy” i wiem, że nie chodzi mi o to, by opracować wzór na jelenia, wilka i niedźwiedzia, choć oczywiście nie wzbraniam się przed tą zwierzyną. 😉

Mam wiele pomysłów na kolejne motywy z Grechuty, lecz nie planuję rzeczy, które pomieściłyby w sobie jak najwięcej elementów, tak jak w Szopkach Krakowskich. Nie będą to wypełnione detalami epickie dzianiny, raczej snuć się będzie liryka, no i mam nadzieję, że nie pojawi się jakiś dramat.😉

Cały ten projekt, choć tak bardzo osobisty, pokazuje też, że jesteśmy częścią czegoś większego, bo ani przyroda, ani muzyka, ani literatura, ani Grechuta, ani druty, ani wzory nie są moją własnością. Wszystko jakoś wiąże się ze sobą, a korzystając z dostępnego dziedzictwa, możemy tworzyć nowe sploty.

W ramach inicjatywy „Polskie wzory w dziewiarstwie. Ujęcie współczesne” nasze poszukiwania doprowadzają także do tego, co jest bardzo blisko, po prostu „gdzieś w nas”.

Dziś przedstawiam pejzażowy szal z dzbanem. To szczególna dzianina, zrobiona na okrągłe urodziny mojej siostry. Wybrałam jej ulubione kolory i wplotłam bliskie sercu motywy.

Fraza „W dzbanie jeziora drzemie chłód niebieski” to fragment wiersza Tadeusza Nowaka „Krajobraz z wilgą i ludzie”, jeden z utworów ze znakomitej płyty „Pieśni Marka Grechuty do słów Tadeusza Nowaka”. Był czas, że słuchałyśmy tego na okrągło.

Szal powstawał długo, bowiem często wymagał operowania kilkoma nitkami jednocześnie. Na wyjazd nad morze też go zabrałam. Było parę chwil dogodnych, trochę przybyło podczas jazdy, trochę przy porannej kawie. Motywy układałam na wyczucie w trakcie pracy, a w drugiej części starałam się uzyskać efekt symetrii. Na każdej części jest jedna połówka dzbana, a po połączeniu widoczna jest całość.

Jednakowo ważna jak sam dzban jest cała reszta: cała okolica, cała przeszłość i wszystko, co z tej przeszłości stworzyło nasze teraz.

A oto ta dzianina: 


 























czwartek, 12 marca 2026

Swoją drogą

Z moimi drutami jest trochę tak jak z książkami. W danym momencie najważniejsza jest ta obecna – czy to lektura, czy robótka. Ma ona jednak powiązania z poprzednimi, które zawsze zostawiały coś po sobie, poruszały emocje, kształtowały gust, wzbogacały wiedzę.

Czasem uświadamiamy sobie, że do czegoś nie chcemy już wracać, a czasem nabieramy apetytu na więcej, wybiegamy w przyszłość, planujemy. Rozpatrujemy różne możliwości i wiemy, że trzeba dokonać wyboru: na co się zdecydować, a co sobie darować. I już w samych tych słowach jest pocieszenie po wszystkich niepodjętych działaniach.

Darować sobie brzmi jednakowo ładnie jak i dać sobie spokój. Korzystam więc z tych darów nie tylko w dziewiarstwie. Wiedząc, że ręcznie robione dzianiny są czasochłonne, starannie wybieram kolejne projekty, ciesząc się każdą chwilą z drutami. Nie ścigam się, nie biorę udziału w zawodach, nie mam ambicji produkowania na akord (aczkolwiek ostatnia moja praca trochę przypomina akordeon 😉).

Proces wyboru tego, co będę robiła na drutach, jest osobną dziewiarską przygodą. Potrzeby, możliwości, marzenia, zamówienia, inspiracje, pomysły – wszystkie wirują w szalonym tańcu, z którego mam wyłowić to, w co się zaangażuję swoimi rękami, głową, wyobraźnią i moim czasem.

A pomysłów mam niemało: niektóre konkretne, z wydrukowanymi już wzorami; inne również konkretne, lecz nie wymagające instrukcji – chusty, czapki, swetry, skarpety, skarpety. Te skarpety dwa razy specjalnie napisałam, bo mogłabym ich robić wiele, dużo więcej niż dwie pary.

Miewam jeszcze innego rodzaju pomysły, mniej sprecyzowane, są one trudne i zarazem pociągające. Tym razem w tej kategorii znajdują się poszukiwania w ramach projektu Polskie Wzory w Dziewiarstwie.Ujęcie współczesne, powstałego z inicjatywy Barbary Kwater. 

Przeniesienie motywów związanych z polskim dziedzictwem do dzianiny to fenomenalny pomysł. Uczestnicząc w pracach grupy Posplatane, poznaję lub odkrywam na nowo skarby naszej kultury, jej bogactwo i różnorodność odbijające się w przedmiotach codziennego użytku, w sztuce, w przyrodzie. Odkrywam też w sobie żarliwą tęsknotę za tym, by wpleść w moje dzianiny elementy rodzimej kultury, przyrody – tego, co mnie ukształtowało, z czym jestem wciąż związana.

Polne maki, chabry, dzikie róże, wcześniej pelargonie – te rośliny już są w moich dzianinach. Będę do nich wracać, będę pracować nad innymi.

Pochylam się nad detalami i myślę, jak połączyć więcej elementów w jednej spójnej formie. Mam pewne wizje, wiem, jak mogłyby te dzianiny wyglądać, jakie motywy zawierać, lecz zarówno technicznie, jak i kompozycyjnie są wciąż nieokreślone.

Mijają dni, tygodnie, zmieniają się pory roku. Z Internetu wyskakują mi misterne dzianiny w etno-trendzie albo żakardowe obrazy natury o takim stopniu skomplikowania, że głowa mała. Zapisuję te bajeczne motyle albo jemiołuszki w jarzębinach i inne cuda z całego świata. Zachwycam się nimi, ale nie jest to coś, co chciałabym osiągnąć.

Jak już wspomniałam, moje pomysły są jeszcze niedookreślone. Nie wiem, czy zdecydować się na żakard, intarsję, kombinację prawych i lewych oczek czy haft na dzianinie. Szczerze mówiąc, jakoś nic z tego mi nie pasuje. Czuję się, jakbym stanęła na rozdrożu. Odkładam wszystkie dzianinowe myśli i obrazy, zostawiam temat, odpuszczam. Skupiam się na tym, czego oczekuje ode mnie życie.

……

Jest pogodny lutowy dzień. Jadę do rodziców i patrzę na błękitne niebo, na pola gdzieniegdzie pokryte jeszcze śniegiem, na cieniowane połacie pejzażu. Nieregularne, harmonijnie ułożone pasy – od zawsze bardzo podobał mi się ten widok.

Nagle olśniło mnie, że właśnie takie pasiaki chcę zrobić na drutach – włóczką namalować drogi, pola, pagórki. Błyskawicznie przyszedł mi też do głowy pomysł, jak technicznie poprowadzić te nieregularne bruzdy pól – rzędy skrócone!

To było jak nagły błysk, więc tak naprawdę nie wiem, czy ten pomysł na rzędy skrócone przyszedł drogą ekspresową krajową, czy może polną dróżką albo jakąś ścieżką na skróty.

Wieczorem, po powrocie do domu, nabrałam oczka na druty, żeby chociaż spróbować, czy to możliwe. Wciąż nie wiedziałam, jak to ogarnąć, jak zdyscyplinować przejścia i brzegi. Od czego zacząć? Hmm… najlepiej od początku.

Na przykład od prostego prostokątnego szala – ta forma często jest pierwszą pracą wykonywaną na drutach. Potem będą inne szale, inne swetry, inne pasma, pola, pory roku i kolory. Aktualnie pejzaż na mojej dzianinie ma kolorystykę zbliżoną do tej, którą zobaczyłam w naturze.

Z własnych zapasów wybrałam pasujące włóczki. Zaczęłam od ziemistej, dodałam też bieli na śnieg – wcale nie śnieżnej. Potem dołączyłam zieleń: najpierw spłowiałą, potem ciemną, jodłową, i wreszcie doszłam do błękitu nieba, do białych pasm obłoków. W połowie odwróciłam kolejność, aby kompozycja była symetryczna.

Ubierając ten szal, mogę mieć głowę w chmurach, nie tracąc ugruntowania i kontaktu z ziemią 😊

Do tego krajobrazu wybrałam włóczki z tego, co miałam. Najbardziej ucieszyło mnie użycie włóczki Limba Feine Merinowolle SSK. Kilka lat temu kupiłam dwa moteczki z przekonaniem, że są mi one bardzo potrzebne, choć nie wiedziałam do czego. Nigdy nie byłam fanką bukli, nie zachwycił mnie też bury kolor – dziwne to było.

Teraz okazało się, że właśnie ta dziwna przędza kolorem i strukturą idealnie tworzy obraz grud ziemi, a że to merynos, jest też bardzo miła dla ciała. Dodałam do tego cieniuteńką, merynosową niteczkę Sesia Finissimo w identycznym kolorze.

Pozostałe użyte włóczki to również naturalne włókna: merynosy i alpaki, trochę kaszmiru – Holst Garn Titicaca, Alpaka i Flora Drops, Hot Socks Pearl Grundl.

Niby zwyczajny szal, a dla mnie to dzianina wyjątkowa, osobista. Ten krajobraz nie jest przecież moją własnością. Mam nadzieję, że Wam też coś przypomina, a może nawet porusza jakieś dobre struny…

A oto i ten szal – zdjęcia na balkonie, w lesie i na łąkach, wiele kilometrów od tamtych pól. Tutaj też dobrze się wpisuje.

 


 



















 

sobota, 17 stycznia 2026

Myśli spod koca, dzianiny z przełomu roku

Na przestrzeni tych kilku lat prowadzenia bloga pisałam o wielu stanach i doświadczeniach związanych z moją dzianinową pasją: o twórczej energii, o niedoborach i nadmiarach, o uniesieniach, zaskoczeniach, oczarowaniach i rozczarowaniach, o zmaganiach z materią włóczek i emocji, o błogim relaksie, o tęsknocie i o spełnieniu. Jak dotąd jednak nie pojawił się na tych stronach stan obojętności połączonej z niemocą — a właśnie taka sytuacja miała miejsce wczoraj.

Leżałam pod kocem, obok miałam koszyczek z robótką: drugi rękaw swetra, a więc etap prosty, przyjemny, zazwyczaj bardzo zachęcający do pracy, by jak najszybciej zobaczyć skończoną dzianinę. Nie tym razem. Miałam przestrzeń, miejsce i czas — wystarczyło tylko sięgnąć ręką, by oddać się znanej czynności. Mimo sprzyjających okoliczności nie zaiskrzyło. Koszyczek z drutami leżał obok, ja leżałam i patrzyłam.

Mąż, przynosząc mi herbatę, zdziwił się tym, co zobaczył, i stwierdził, że faktycznie mnie wzięło. Przeziębienie. Nie wiem, czy bardziej ono mnie dopadło, czy ja je złapałam — w każdym razie już z tych słów domyślać się można sporej dynamiki, która doprowadziła mnie do obecnego stanu. Wiedziałam, że najlepsze, co mogę i co chcę zrobić, to po prostu się zatrzymać, położyć, a pewne rzeczy poodkładać lub odwołać. W tych słowach też dostrzegam ruch, dynamikę — ta aktywność jest dla mnie nie tylko ciekawa, ale też optymistyczna. Świadoma decyzja o niedziałaniu to w zasadzie akt działania.

Wróćmy jednak do drutów. Patrząc na ten koszyczek z niedokończonym swetrem, zaczęłam myśleć o moich dziewiarskich sprawach i blogowych planach, o tym, że nowe pomysły muszą poczekać, a nienowe, już skończone, też wciąż czekają, i że znowu nie zrobię zdjęć ceglastej sukienki, którą tak lubię.

No cóż, bywa i tak. Są chwile dziewiarskiej obojętności i niemocy — krótsze lub dłuższe, bo różnie w życiu bywa. Oj, nie chciałabym bywać często w takim stanie, jednak doceniam swoje wczorajsze doświadczenie i to, co mi ono pokazało.

Patrząc (w wyobraźni) na wszystkie moje dzianiny z przełomu roku, uświadomiłam sobie, że łączy je wspólny element: każda z nich czeka na publikację, na zdjęcia lepsze niż te, które mam. Przypomniałam sobie słowa, że lepsze jest wrogiem dobrego i że to, co zrobione, jest lepsze od zaplanowanego idealnego. No przecież! Nagle moje niedokończone blogowe wątki ułożyły się w jeden wzór. Uznanie tego, co jest — po prostu, bez „gdyby jeszcze”, „gdyby tak”, „może lepsze zdjęcia…” Przypomniałam sobie słowa piosenki ze słowem gdyby„Gdzie tak pięknie?” autorstwa Łony i Webbera.

Uznanie tego, co jest, i akceptacja niedoskonałości to nie pochwała bylejakości. Oczywiście, że chcę zrobić dzianinę najlepiej, jak potrafię, i pokazać ją na pięknych fotografiach, ale nie mam wpływu na wszystko, zwłaszcza na aurę i światło zimową porą. Zatem, pod wpływem tego natchnienia z niemocy, odsłaniam moje katalogi i po kolei pokazuję dzianiny z przełomu roku.

La Neige - sukienka, która pierwotnie miała być swetrem, powstała w ramach testu dla Reni Grabskiej Comfort Zone Knits. Pomysł, by zamiast swetra zrobić dłuższą tunikę, pojawił się dzięki pomyłce. Już zbliżałam się do dolnego ściągacza, gdy zauważyłam błąd w warkoczach — widoczny, nieakceptowalny. Zamiast skończyć szybko i nazajutrz cieszyć się swetrem, musiałam spruć całkiem sporo i właśnie podczas tego prucia przyszła do mnie myśl (znów ta dynamika), że fajna byłaby dłuższa dzianina. Pomysł ten tak mi się spodobał, że zamówiłam więcej włóczki i w końcu zrobiłam sukienkę. Bardzo ją lubię, chodzę w niej często, jest szalenie wygodna — pod tym względem wzory Reni są po prostu doskonałe. Jedyny problem z tą dzianiną jest taki, że jak dotąd mam tylko jedno zdjęcie. Ale przecież nawet to jedno mogę zamieścić na blogu — regulamin na moim blogu nie jest przecież surowy.

Kolejna rzecz to dwa komplety dla Ani, zrobione z merynosowej włóczki Peo. Pierwszy zestaw, w ciemnoróżowym kolorze, to narzutka–ponczo oraz luźna, ażurowa czapka. Zdjęcia na czarnym tle, w uroczej kawiarni, budzą teatralne skojarzenia i wrażenia.

Drugi komplet, w kolorze turkusowym, to długi szal zrobiony wzorem pawie oczka. Jako że miałam zapas włóczki, zrobiłam dwie czapki. Zdjęcia powstały w warunkach zimowych, domowych, na manekinie.

I na koniec — skarpety, które zrobiłam w ramach gwiazdkowych prezentów. Dowód na to, że to bardzo wdzięczna do fotografowania forma: dobrze wychodzi na płasko, jeszcze lepiej na nodze, łatwo doświetlić niewielki kadr.

To tyle. Wszystkim czytającym życzę dużo zdrowia — dbajcie o siebie 😊











 






















 

czwartek, 2 października 2025

Żeby nie umknęło…

O czym myślę, kiedy biegam po stronach ze wzorami dziewiarskimi?* To zależy. Od sytuacji, od celu poszukiwań i od przeróżnych skojarzeń, których ścieżki wciąż się rozgałęziają.

Gdy zatrzymałam wzrok na tej białej, ażurowej dzianinie mój umysł wypełniły obrazy japońskiej estetyki, łączącej prostotę i harmonię. To zdjęcie zapraszało do podróży w odległe rejony, choćby tylko za pomocą drutów i włóczki. Było to kilka miesięcy temu, gdy razem z Anią szukałyśmy inspiracji na wiosenną dzianinę dla niej.

„Ten będzie następny! ” – powiedziała patrząc na projekt „Orgabits One Shawl”. Choć obydwie byłyśmy oczarowane tym wzorem, to przyznam, że trochę zaskoczyła mnie pewność Ani, gdyż wydawało mi się, że do następnego razu na horyzoncie może pojawić się wiele nowych, równie atrakcyjnych pomysłów. Minęła wiosna, a potem lato, a jednak ten japoński fenomen nie pozwolił o sobie zapomnieć i wróciłyśmy do wcześniejszego planu. Mimo bardzo prostej formy szala tworzenie tej dzianiny nie było ani trochę nudne, miało w sobie coś nowego, a nawet przygodowego, począwszy od wyboru przędzy aż po robienie zdjęć.

W oryginalnym projekcie sugerowana była włóczka bawełniana, ale obawiając się twardości samej bawełny, zaczęłam szukać jakichś mieszanek. Przygotowałam listę propozycji, były na niej włóczki znane i sprawdzone oraz coś całkiem nowego, mieszanka bawełny z włóknem sojowym Laines du Nord Baby Soft, poczułam jakiś błysk intuicji, że to byłby najlepszy wybór. Robić coś dla kogoś, z nieznanego, niesprawdzonego materiału to ryzykowne – wiedziałam o tym, a jednak miałam ochotę na eksperyment. Mało tego, postanowiłam nie szukać opinii o tej włóczce po internetach,  żeby się nie sugerować. Wysłałam listę wszystkich propozycji i choć każda z włóczek była świetna to Ania bez wahania postawiła na Baby soft! Złożyłam więc zamówienie i podekscytowana czekałam na przesyłkę. Moteczki miały piękny kolor, przypominający perły, zachwyciły mnie nienachalnym,  szlachetnym połyskiem i przyjemną miękkością. Zaczęłam nieśpiesznie przerabiać kolejne rządki, z których wyłaniały się coraz dłuższe ażurowe pasy.

A teraz trochę odległa niedziewiarska dygresja.

Jest coś takiego w estetyce kultury japońskiej, co sprawia że nas intryguje, zachwyca, skłania do zadumy, ta prostota, harmonia i asymetria.  Z przyjemnością odnajdujemy te wpływy w sztuce, w modzie, popularna jest japońska literatura. Dla mnie japoński fenomen polega na tym, że pod warstwą prostoty jest coś, co umyka, coś tajemniczego, i nie sądzę by chodziło tylko o nieznajomość tamtejszych realiów i kodów kulturowych. Wspomniałam o tym dlatego, że podobne odczucia jakie miałam podczas lektury japońskich powieści pojawiły się wraz z fotografowaniem szala. To coś co umyka…

Wcześniej wyobrażałyśmy sobie sesję zdjęciową szala w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, lecz póki co nie doszło to do skutku.  Wiadomo, dzianina to nie eksponat muzealny, lecz rzecz użytkowa, która powinna być używana. I tak w biegu różnych spraw umówiłyśmy się na spotkanie w kawiarni, dzień wcześniej postanowiłam jednak na spokojnie zrobić parę zdjęć dzianiny, i owszem powstało kilka, choć o mały włos nie doszłoby to do skutku z powodu deszczu.

Następnego dnia kawiarnia, w której byłyśmy umówione przedpołudniową porą była wypełniona po brzegi, szukając  innego miejsca i podziwiając wrześniowe kwiaty byłyśmy tak pochłonięte rozmową, że jakoś nie przyszło nam do głowy, by zrobić na ich tle zdjęcia dzianiny. To coś co umyka… Nadrobiłyśmy to w uroczej, maleńkiej kawiarni w towarzystwie kotów na plakatach, i zanim wystygła kawa** zrobiłyśmy klika zdjęć.

Ach, żeby nie umknęło, sprawdziłam opinie o włóknie sojowym, są świetne, mówi się o nim roślinny kaszmir.

 

Ps. Aluzje do japońskich powieści:

* Haruki Murakami „O czym mówię, gdy mówię o bieganiu”

** Kawaguchi Toshikazu - ”Zanim wystygnie kawa”