Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kaszmir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kaszmir. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 kwietnia 2025

Sesja z rozmachem

Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniego wpisu „Ażurowe zaangażowanie” miałam ten post uzupełnić  i dodać zdjęcia kaszmirowego sweterka na właścicielce. Gdy jednak zobaczyłam fotografie, przysłane mi przez Kasię uznałam, że nie będzie to żadne uzupełnienie ani dodatek, bowiem tak wspaniała sesja zdjęciowa powinna mieć całkiem osoby post.

Poprzednio pokazałam sweterek na manekinie, zwróciłam uwagę na detale, przedstawiłam kwestie warsztatowe i podzieliłam się wrażeniami z pracy twórczej.

Gdy kilka dni po wysłaniu przesyłki otrzymałam wiadomość, że rozmiarowo jest idealnie i w ogóle sweterek bardzo się spodobał odetchnęłam z ulgą, tak – przyjemny oddech ulgi to trafne określenie na moją reakcję. Po kilku dniach wraz ze świątecznymi pozdrowieniami dostałam zdjęcie z rodzinnego spotkania, podczas którego Kasia miała na sobie nowy sweterek. Dla mnie było ono  potwierdzeniem, że rozmiarowo jest ok i dzianina układa się właśnie tak, jak chciałyśmy. Wtedy poczułam radość i dziewiarską dumę. Gdyby ktoś zwrócił mi uwagę, że uwierzyłam dopiero gdy zobaczyłam😉 mogłabym odpowiedzieć, że wiarę w swoje umiejętności warto czasem sprawdzać, a pasja dzianinowa nieustannie daje ku temu okazje.  

To jedno zdjęcie przyniosło łagodną falę radości i satysfakcji, zaś fala wrażeń, które przypłynęły wraz z nadmorską sesją z Hiszpanii zalała mnie mocą pozytywnych myśli i emocji.

Podsumowując przygodę związaną z tym projektem ujęłam ją w dwóch słowach – rozmach i dyscyplina.

Dyscyplina przydatna jest nie tylko podczas pracy na drutach ale także przy pisaniu, zatem kończę opowiadanie o swoich wzruszeniach i oddaje miejsce właścicielce dzianiny. Popatrzcie na te zdjęcia. Ależ to jest rozmach! 

        


 




















wtorek, 7 stycznia 2025

Czapki trzy

 


Płynie sobie czas ubierając różne szaty - przedświąteczne, świąteczne, sylwestrowe, noworoczne, a wczoraj to nawet korony wielokolorowe nie tylko na głowach królów i nie tylko trzech.

Widzimy w tym wszystkim powtarzalność i stałość, ale nie niezmienność, bo chcąc nie chcąc zauważamy jak czas się zmienia w międzyczasie. I oto jesteśmy już w nowym roku i w nowym, codziennym rytmie. Zestawiając te kwestie z robieniem na drutach, po raz kolejny uświadamiam sobie jak bardzo uniwersalną metaforą jest ta moja pasja. Zrobienie czegoś na drutach zajmuje trochę czasu, niekiedy płynie szybko, innym razem wolniej, towarzyszą temu różne okoliczności, przestrzenie i nastroje, ale oczko po oczku przybywa dzianiny, a efekt zawsze w jakiś sposób zaskakuje, nawet jeśli jest idealnie taki jak w zamierzeniu, może nawet wtedy cieszy najbardziej. Jest w procesie tworzenia dzianiny czas przygotowań, czas celebracji i po prostu praca, wszystko to przeplata się w dziewiarstwie płynnie, choć czasem bardzo dynamicznie. A obok całej tej pasjonującej dynamiki jest konkret, rzecz którą będzie się nosić i na co dzień i od święta.

Konkretem dziewiarskim zgodnie z tytułem są dzisiaj trzy czapki. Pomysł na ten post przyszedł mi do głowy wczoraj, gdy widząc ciekawe tło postanowiłam zrobić zdjęcie czapki, którą akurat miałam na głowie. Dotarło też do mnie, że to trzeci dzień z rzędu, gdy powstaje nieplanowane zdjęcie czapki, tak przy okazji, bo przecież telefon mam przy sobie.

Te trzy czapki łączy coś jeszcze, nie są one nowymi projektami, jedna jest odnowiona za pomocą pompona, drugą zrobiłam z nowej włóczki, ale wg wzoru, który już wykonywałam, podobnie jak trzecia, którą wykonałam z włóczki nowej, bardzo wysokiego gatunku, lecz bez banderoli.

Granatowa czapka z cudownego kaszmiru, najcieplejsza i najmilsza moja czapka (pokazywałam ją tutaj)  wydawała mi się trochę mała, nie w sensie wygody, tylko wizualnie, poszukując pompona do dziecięcej czapki olśniło mnie, że mogę nadać inną formę mojej czapce. Ta metamorfoza dzianiny trwała zaledwie moment a efekt bardzo mnie zadowolił.

Czapkę żółtą, dla Wojtka, zrobiłam według rewelacyjnego projektu When knits meet purls Reni Witkowskiej, to już moja kolejna czapka wg tego projektu, tak uniwersalnego, że na pewno nie ostatnia. Zrobiłam ją z włóczki Nepal w kolorze żółtym.

I wreszcie turkusowy Rambler wg wzoru Iriny Dimitievej.  Pierwsza czapka, którą zrobiłam wg tego wzoru z Malabrigo rios (pokazywałam ją tutaj) była moją ulubioną przez kilka lat, noszoną najczęściej, od śniegu i deszczu lekko się sfilcowała, ale nie to było problemem tylko dziwna plama niewiadomego pochodzenia. Sprułam ją więc i może zafarbuję.

A oto te trzy czapki:




















 




czwartek, 26 października 2023

Moje dziewiarskie abecadło. S jak sekrety swetrowe

Szukając stosownych słów, które w sensowny i spójny sposób streściłyby sprawę swetrów stykam się ze stosem szczegółów, sposobów, z setkami schematów i splotów. Spostrzegam szerokie spektrum spraw splecionych z sobą swobodnie i jednocześnie solidnie. Stawiam pytanie o sedno swetrowe i otwiera się sezam, a w nim skrzynie skarbów pełne, sklepy, szafy i szuflady ze szkicami, skrawkami, szpejami, sznurkami, splątanymi swobodnie i skręconymi spiralnie, skrywającymi sekretne sposoby i super schematy, skomplikowane sformułowania i specjalistyczne skróty, są tam skarbce z włóczkami o różnych strukturach, od szorstkich jak sznury po sensualnie subtelne.  

Siedzę sobie i spisuję skojarzenia swetrowe na S i stają przede mną nie tylko słowa i symbole związane z moją pasją, ale coś więcej, serdeczne spotkania, spełnianie marzeń, sprostanie oczekiwaniom, skłonność do sentymentów, snucie planów …

Sama sporo swetrów i sweterków stworzyłam, stale się szkolę i szukam nowych sposobów, choć chętnie wracam do tych sprawdzonych, czasem działam (i dzieję) całkiem spontanicznie, innym razem ze szczegółowego opisu, skwapliwie podążając za instrukcją, step by step, patrząc w schemat. Czasem się spinam, pracuję szybko, bo się spieszę, lecz skrupulatnie pilnuję by sweter nie stracił na staranności. Są też chwile spowolnienia, dzierganie w trybie slow, sprzyjające rozluźnieniu i wprowadzające w spokojny stan. Smakuje mi ta mieszanka stresu i relaksu. Sukcesywne zdobywane sprawności sprzyja swobodnemu łączeniu tych zdawałoby się skrajnych stanów.

Proces tworzenia swetra składa się z wielu etapów, od selekcji pomysłów, stylów, przez wybór kolorów, analizę składu przez samo dzierganie, stukanie drutami, sprawdzanie formy aż do skończenia ostatniego oczka, zblokowania i suszenia. Suma wielu składowych może spowodować sukces swetrowy, czyli satysfakcję zarówno przy tworzeniu jak i noszeniu, choć zdarza się, że nawet mimo solidnej strategii w przygotowaniach i staranności pracy efekt wymaga skorygowania, a w skrajnych sytuacjach sprucia. Ale i na to można spojrzeć ze spokojem.

Najważniejszy ze wszystkich sekret wykonanego ręcznie swetra sprowadza się do tego, że robiony jest z pasji i z serca.

Tak właśnie powstała dzianina na specjalne zamówienie wspaniałej osoby,  sweterek Rockweed  wg projektu Susany Winter. Podobnie jak w tym sweterku wykorzystałam ręcznie farbowaną włóczkę Meme Yarns Billy & Jilly.  To luksusową mieszanka babyalpaki, kaszmiru i jedwabiu  w odcieniu pięknego, subtelnego różu, przypominającym kwarc różowy. 

W moim w sercu i w osobistym dziewiarskim skarbcu zachowam wszystkie etapy tworzenia tego sweterka, każdą rozmowę, spotkanie, począwszy od szukania koloru aż spojrzenie na ten projekt już w użyciu i ten błysk oczu świadczący o satysfakcji😊  




















środa, 3 listopada 2021

Konstruktywne kombinacje

To jeszcze nie koniec kwestii związanych z dzierganiem, które można ująć w słowach zaczynających się na literę „k”. Wypełniły one gęsto poprzedni odcinek, wypłynęły do komentarzy a teraz kleją się do kolejnych moich prac. Trzy dzianiny, które chcę dziś pokazać mają wspólną cechę, każda z nich powstała jako efekt kombinowania. Nie mam tu na myśli żadnego knucia, krętactwa ani kanciarstwa, tylko kombinacje konstruktywne, dopasowywanie formy do konkretnych potrzeb i możliwości. Każdą z tych dzianin mogę krótko opisać jednym kluczowym słowem na literę „k” - kolor, kiecka i kaszmir.

Kolor zawsze był dla mnie ważny w dzianinie, a w przypadku zaplanowanej już w ubiegłym roku zimowej czapki miał znaczenie kluczowe. Mimo konkretnej kolekcji posiadanych nakryć głowy brakowało mi ciepłej czapki, ale takiej pasującej do kurtki, do kufajki, na wycieczki w knieje. Myślałam, że będę kombinować z resztkowych kawałków, ale kiedy zobaczyłam włóczkę w kolorze „jesienny wieczór” wiedziałam już, że to jest właśnie to, czego potrzebuję na zimowe dni. Włóczka skarpetkowa Novita 7 brothers łączyła dwa kluczowe w tym przypadku kryteria – żywą kolorystykę i ciepło jak z kaloryfera. Wcześniej dziergałam skarpety z tej włóczki i bardzo ją polubiłam, zrobiła wrażenie takiej mocnej, konkretnej wełny i jednocześnie przyjemnej w dzierganiu. Skarpety, które z niej robiłam powstawały szybko i lekko. Czapka w zasadzie też, ale zanim doszłam do tego etapu musiałam wykombinować jaki nadać czapce kształt aby jak najlepiej wykorzystać przejścia kolorów. Próbowałam robić tradycyjnie poziomo, niby nie było brzydko, ale jakoś banalnie, postanowiłam więc zmienić ścieg, szeroki ściągacz zastąpiłam ryżem, lecz nadal było „tak se”. Uznałam więc, że trzeba robić w poprzek. Po raz kolejny wykorzystałam rewelacyjny patent Joli Mazurek. Czapkę zszyłam starannie, tak aby była dwustronna, z czterema wariantami ubierania, dłuższe wersje na ciepło i krótsze z wywinięciem na bardzo ciepło. Jedna strona z ciemnym kółeczkiem na czubku, druga z dyndającymi sznureczkami. Kurczę, to ma coś koguciego w sobie, i fajnie😊

Kolejna rzecz to włóczkowa spódnica. Dość długo uważałam, że to nie dla mnie, że mało praktyczne, ale gdy przychodziły chłody chciałam coś takiego mieć. Z czasem zmieniłam zdanie w kwestii kiecek na drutach, teraz uważam, że każdy może w nich dobrze wyglądać, a przede wszystkim są ciepłe. W kategorii dzianin dla mnie niepraktycznych pozostają kalesony. Nie przeszkadza mi to jednak podziwiać takich ekscentrycznych form w dzianinowych żurnalach😊 Zamiast białych spodni wolę ciemną spódnicę. Tej jesieni wpadłam na pomysł, by spódnicę przerobić z kamizelki i to niewielkim nakładem czasu i pracy. Kamizelkę tę rzadko nosiłam, gdyż była za szeroka i wbrew pozorom niewygodna, ale naprawdę ją lubiłam. Podobał mi się kolor włóczki, kilka odcieni ciemnej szarości z burgundem, wykorzystany wzór andaluzyjski i szereg perłowych guzików. Kształt szeroki i prosty, który w kamizelce był wadą okazał się plusem przy przeróbce. Wystarczyło spruć część do rozdzielenia rękawów, a do pozostałej reszty dorobić gładko górę, zwężając na oko, w talii zrobić pasek ściągaczem i gotowe. Jeszcze tylko nakładające się na siebie podwójne warstwy dzianiny z guzikami zszyć tak, by lepiej przylegały do siebie. Guziki i rozcięcia mogły być po bokach, ale uznałam że lepiej z przodu i tyłu. 

Do kompletu do spódnicy ubrałam kaszmirowy sweterek, w którym również wykorzystałam ścieg andaluzyjski, ale to nie ten kaszmir miał oznaczać trzecią kombinowaną dzianinę. Kiedyś dostałam motek cudnego kaszmiru i zrobiłam z niego męską opaskę (pokazywałam ją tutaj). Okazała się ona niepraktyczna, więc wróciła do mnie. Zamierzałam zamienić ją w czapkę, dorabiając gładką górę do podwójnej warkoczowej plisy, wystarczyłby kolejny motek. Kolor był ciągle dostępny, ale z powodu bariery portfel-mózg trudno mi było go zamówić. Zresztą mało to innych włóczek w domu, ano niemało, tylko jakoś tak żadna nie chciała pasować. Uznałam w końcu, że to nie ma sensu, by opaska leżała w kufrach, lepiej dopłacić i zrobić czapkę, która będzie używana. Zamówiłam więc moteczek, zamknęłam oczy, zapłaciłam i zrobiłam ciepłą czapkę, z której jestem bardzo zadowolona😊 Dorobiłam gładką część dżersejem, a sam czubek uformowałam trochę „kanciasto”, tak aby pasował  stylistycznie do reliefowego wzoru opaski.

I to byłoby już wszystko  w tym odcinku, jednak podczas wklejania zdjęć rzuciłam okiem na i kolczyki i naszyjnik z korali, co przypomniało mi, że dzianina lubi kamienie i w ogóle biżuterię, nie tylko korale koloru koralowego. Swoją drogą kolor koralowy kocham. Koniec. Kropka. 😊























piątek, 9 października 2020

Chusta hipnotyczna, wodna, tymiankowa

Pierwszy listek tej niezwykłej chusty zaczęłam w przeddzień wyjazdu nad morze. Miałam nadzieję, że skończę go w przednoc i zdążę wyspać się przed podróżą, podczas której, jak gdyby nigdy nic, wyciągnę druty i nastąpi ciąg dalszy dzianiny.  Sam początek pracy, pierwsze czytanie opisu, własne pomyłki i ich szukanie a potem poprawianie, zajęły mi znacznie więcej czasu niż przewidywałam. Nawet nie przyszło mi wtedy do głowy, że będzie dotyczyło to całej pracy nad chustą. Tamten brak skupienia tłumaczyłam sytuacją, przypominaniem sobie czy wszystko spakowane, tym dziwnym stanem gdzieś pomiędzy, właściwie już nie tu, a jeszcze nie tam i dziecięcą radością, że naprawdę jedziemy nad morze! Ta myśl mnie rozpraszała i zarazem osładzała skutki tego rozproszenia.

W taki  dzień nawet drobne potknięcia  w dzierganiu mają posmak beztroski. Nic przecież nie muszę,  i nikt mnie nie goni, no może tylko ten wewnętrzny poganiacz, a może hipnotyzer przekonujący, że skoro jadę na tak długie całotygodniowe wakacje to spokojnie mogę zrobić dla siostry tę chustę, jeszcze przed pandemią obiecaną.

Choć uwierzyłam, że to jest możliwe i nawet wyobrażałam sobie zdjęcia gotowej chusty na plaży, to jednak będąc nad morzem dałam się pochłonąć aktywnościom innym niż dzierganie i do dziś czuję ich wszystkie dobre skutki, ale też niedosyt. Wydaje mi się, że w nieskończoność mogłabym iść wzdłuż plaży, wsłuchiwać się w łomot fal albo ich łagodny szum,  wpatrywać w bezkres błękitów i zieleni oraz wdychać tę świeżość i głęboki, żywy spokój. Dobrze jest przywoływać takie obrazy, by poczuć odprężenie, lecz gdy dopada człowieka zmęczenie wówczas morze wydaje się jeszcze bardziej odległe, a wakacyjny luz jakąś abstrakcją. Tego roku oprócz muszelek i kamyków znalazłam na plaży ciekawą myśl. Napierające, wzburzone fale najpierw zamieniały ciemny błękit wody w rozpryskaną, bujną, jasną pianę, energicznie unosiły się wyżej i opadając stamtąd wylewały na plażę, by za chwilę wycofać się spokojnie i zrobić miejsce dla kolejnej fali. W tym miejscu powierzchnia plaży stawała się idealnie gładka, bez żadnych śladów. Muszelki i kamyki dałam moim wnuczkom, ale ten obraz zostawiłam sobie jako cenną pamiątkę. Popatrzeć na swoje wzburzone myśli jak na tę falę, pozwolić im pobuzować i potem zobaczyć ich wygładzoną powierzchnię.

Innym wspomnieniem z tych wakacji jest chusta, którą skończyłam parę tygodni po powrocie.

Powstała ona w oparciu o projekt Alfaknits "Greenhouse knits 7 shawl". Na pierwszy rzut oka ta oryginalna dzianinowa forma wydaje się niezbyt skomplikowana do wykonania, ot francuz z dodatkiem ażurowych motywów. Okazuje się jednak, że jest to wzór czasochłonny i nieintuicyjny. Teraz już wiem, dlaczego tak urzekł mnie ten projekt, z pozoru prosty i bezpretensjonalny. Jego tajemnica tkwi w tym, że liście nie są symetryczne i  właśnie dzięki temu wyglądają tak naturalnie. W dzierganiu oznacza to potrzebę większego skupienia uwagi na wzorze, w połowie jednego listka pojawia się początek drugiego, toteż nie jest oczywiste kiedy motyw się kończy, a kiedy zaczyna. Nie da się robić tego automatycznie, więc licznik rzędów okazuje się bardzo pomocny.

Wykorzystana włóczka to Karina - ręcznie farbowana wełna merynosowa z dodatkiem kaszmiru i nylonu.

Włóczki Warmii dotychczas znałam tylko z widzenia a i to jedynie przez szybę monitora. Wystarczyło to jednak, żeby się czasem pozachwycać czy to włóczką w nowych motkach czy we wspaniałych pracach innych dziewiarek. Ucieszyłam się ogromnie, gdy Kasia wybrała na swoją chustę Włóczki Warmii właśnie, w kolorze Tymianek. Ta piękna włóczka stała się dodatkiem do moich wakacji, na tyle luksusowym, że nie ryzykowałam zabierania jej z sobą na plażę, aby między szlachetne włókna nie nawpadało piasku. Zaglądnęłam właśnie na stronę producenta, by sprawdzić czy poprawnie zapisałam nazwę i moją uwagę przykuły słowa „włóczka niewiarygodnie miła  w dotyku, z delikatnym puszkiem i jedwabistym połyskiem”. To prawda. Puszek i połysk być może da się zauważyć na zdjęciach, ale tę niewiarygodną miłość w dotyku warto poczuć. Gdyby jeszcze ta wspaniała wełenka była na tyle domyślna, że leżąc obok wydrukowanego opisu sama zamieniałaby się w chustę to miałaby jeszcze nadmorską sesję zdjęciową na tle tańczących fal. Od początku do końca chustę zrobiłam jednak sama i gdy była już gotowa znów zabrałam ją nad wodę. Tym razem nad jezioro, niedaleko miasta.























 

 

niedziela, 30 sierpnia 2020

Kardigan z kaszmiru, myśli ze spaceru

W pierwszych słowach mojego listu donoszę, że nie brakuje mi letnich atrakcji, dobrej pogody, jeszcze lepszego towarzystwa, zmian tych planowanych i takich znienacka, pracy koniecznej i nie tylko takiej, nowych pomysłów i dawnych smaków. Po prostu pełnia lata. Chociaż jakoś tak wcześniej robi się ciemno. Zmrok zapada jak kurtyna, choć nikt nie chce końca przedstawienia.

Dni już wyraźnie zaczynają się kurczyć, lecz przez obfitość owoców i bujność kwiatów nie rzuca się to jeszcze w oczy. Te krótsze dni łatwo wyjaśnić rytmem pór roku, ale co z tym kurczącym się czasem? Czy to obiektywne zjawisko astronomiczne czy może sami sobie gotujemy ten los ilością zadań do zrobienia i nadmiarem bodźców wszelakich? Tak wiele się dzieje wokół, tyle jest rzeczy do przejrzenia, przeczytania, przemyślenia, przegadania, przebrania, przełożenia, przeliczenia, przekopania, przesadzenia, przetworzenia, przemeblowania… prze… prze.. przepraszam, czy to aby nie przesada? Może warto przestać czasem, tak po prostu, bez obawy, żeby czegoś nie przespać. Swoją drogą SPAnie jest niezwykle cenne, cudownie działa też SPAcer. Jedyne w swoim rodzaju, ekskluzywne SPA.  

Gdy ostatnie upały dawały się już dość mocno we znaki postanowiliśmy wybrać się za miasto. Obawiając się, że w wielu miejscach może być również gorąco, zdecydowaliśmy się na spacer po chłodnej dolinie. Przyjemnie było tak iść wzdłuż szumiącego strumienia, dziwić się wciąż mocno mokrej trawie, zachwycać barwami i kształtami kwiatów, słuchać śpiewu ptaków. Nigdy nie traktowałam spacerów jako „pokonywania dystansów”, to raczej dystans sam do mnie przychodził. Idąc do lasu czy do parku zostawiałam swoje i nieswoje sprawy, dystansując się do nich, zapominając nawet na czas jakiś, a bywało też, że samo spojrzenie z innej perspektywy pomagało znaleźć rozwiązanie.

W tych spotkaniach z naturą lubię też to, że uspokajam umysł i uwalniam się od wielu spraw. Wiem, że zaraz potem do nich wrócę, ale póki mogę  chłonę ten bezcenny spokój. Przychodzą myśli albo pytania, po których świat wydaje się inny, jeszcze ciekawszy. Wsłuchując się w szmer płynącej wody zastanawiam się, czy strumień wie, że są to najczystsze tony, najlepiej dobrane do tego miejsca i czasu a także przemywające umysł i duszę tego, kto tych brzmień posłucha.

A pająk zajęty tkaniem sieci, bez żadnego wzoru i schematu, czy on zdaje sobie sprawę z naszej obecności i głośno wyrażanego podziwu? Żwawo uwija się z kolejnym okrążeniem i nie wygląda na to, by popisywał się swoją wirtuozerią i w duchu kpił z wszystkich moich dziewiarskich zasobów, pudeł zapasów, drutów, pism, instruktaży. Całe szczęście, że nie pokazuję dziś ażurowej chusty, bo po tych pięknych pajęczynach w lśniącej rosie, które wyglądały jak drogocenne naszyjniki albo żyrandole rozświetlone porannym słońcem nie ośmieliłabym się prezentować pajęczynopodobnych wytworów moich rąk. 

 Nie jestem w kwestii splotów tak pewna, precyzyjna i niezależna jak pająk, natura nie wyposażyła mnie w gruczoły przędne, ale mam dość szeroki wachlarz możliwości, mogę  sięgać po odmienne materiały, wzory i faktury. Mogę uczyć się nowych rzeczy, choćby na początku wychodziło nieporadnie. Mogę eksperymentować, albo powtarzać to co sprawdzone, dziergać bezrefleksyjnie albo bawić się w meta refleksję.

Lubię mieć coś na drutach, tak by w dowolnej chwili sięgnąć po tę relaksującą czynność i przerobić choć parę rządków. Żeby to jednak było możliwe, trzeba mieć jakąś zaczętą pracę. Nie wystarczy mi jednak jeden projekt, często mam w trakcie dwa albo więcej, poza tym lubię myśleć już o kolejnych.

Tak się złożyło, że w ciągu ostatnich tygodni o wielu dzianinach tylko myślałam, ale na drutach miałam jedną jedyną rzecz. Dzięki temu udało mi się skończyć dawno już zaczęty kardigan z miękkiego kaszmiru. Z tej włóczki, tylko w innym kolorze robiłam już jasnoszary sweterek - klik

Cienkie druty,  cienka włóczka z jeszcze cieńszą dodatkową nitką i nieśpieszna praca. To miał być bardzo prosty kardigan, bez bogatych wzorów, ale też nie gładki  jersey, wybrałam spokojny wzór, wykorzystywany przeze mnie już wielokrotnie andalusian stich. Wykańczanie swetra bezszwowego robionego od góry jest szybkie i przyjemne. A na koniec jeszcze wisienka na torcie  - guziki. Tak bardzo lubię dobierać guziki do dzianiny, że zastanawiam się czemu częściej nie robię zapinanych rzeczy. Tym razem ze wszystkiego co oferowała moja domowa puszka z guzikami i dwie okoliczne pasmanterie wybrałam niewielkie guziczki w kolorze dojrzałych wiśni, zasuszonych na słońcu. Jadłam takie kiedyś. Z kwestii technicznych - sweter robiony w całości od góry, a plisy zapięcia i dekoltu dorabiane na końcu, rękawy zakończone sposobem włoskim. 

A oto i sweter, sfotografowany na zupełnie innym już spacerze.