Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie wzory w dziewiarstwie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie wzory w dziewiarstwie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 czerwca 2026

Makowiec

I oto mamy czerwiec. Uroda tego miesiąca rozkwita bujnością wszelakich kwiatów. Są wśród nich także maki, zachwycające wyrazistą, beztroską czerwienią, przykuwające uwagę, prowokujące uśmiech. Nie ma znaczenia, czy to wypielęgnowany ogród, ruderalne nasypy czy łan zboża – z każdego miejsca uśmiecha się ta czerwień, zaprasza do radości.

Siadając do pisania tego tekstu, miałam prosty plan – przedstawić dzianinę rzeczowo i krótko – co, z czego i dlaczego, a jeszcze krócej napisać o mojej makowej fascynacji, wspominając posty, w których ten temat rozwijałam – ten i ten. Jednak, dotknąwszy klawiatury, czuję, że nie tędy droga, że ten minimalistyczny, sprytny plan nie wyjdzie, właściwie już go nie ma, bo na wstępie się rozpisałam. Mam wrażenie, jakby coś jeszcze domagało się napisania. Nawet nie wiem, skąd taki zwrot i czy to w ogóle poprawne, ale z ciekawości idę za tym, za tą intuicją, za myślą, jak za kolejnym kwiatem maku, który fotografuję, jak za następnym rzędem oczek w dzianinie. Zobaczyć, jak wyjdzie. A może to coś więcej? Może gdyby zlekceważyło się w sobie to, co się tak domaga, człowiek zacząłby niedomagać? Z pewnością kontakt z naturą i moje druty uwalniają mnie od wielu niedomagań ciała i umysłu.

Wszystkie wcześniejsze makowe słowa rozsiane na moim blogu są nadal aktualne, ale jednak z upływem czasu trochę się zmieniło. Mój zachwyt makami nie zmalał ani trochę, może nawet się pogłębił. Dowiedziałam się, jak rozpoznać pąk, który otworzy się nazajutrz, kiedy rozkwitający mak zrzuci zielony czepeczek i dlaczego nie siadają na nich motyle. Jednak mimo odkrywania kolejnych makowych tajemnic niezmiennie zdumiewa mnie to, co widziałam i wiedziałam od zawsze – że są wspaniałe, piękne i delikatne. A jak człowiek pomyśli, że mak ma tylko cztery bardzo cieniutkie płatki, z których potrafi zbudować mnóstwo pełnych, dynamicznych form, to już po prostu głowa mała. W tym roku w moich ulubionych miejscach wyrosło więcej maków niż kiedykolwiek wcześniej, jakby wiedziały, że będą mile widziane i uwieczniane na fotografiach. Swoją drogą z tych zdjęć mógłby już powstać dość gruby album.

Makowe motywy pojawiły się także w prezentach. Wzrusza mnie myśl, że ktoś wybrał tę rzecz specjalnie dla mnie, wiedząc o mojej makowej słabości, przy okazji wzmacniając naszą przyjaźń. Bukiet namalowanych maków zobaczyłam też na tle sceny podczas koncertu z okazji Dnia Matki, a choć nie było to specjalnie dla mnie, też mnie wzruszyło, a może właśnie tym bardziej. Zostawmy jednak te sentymenty, przejdźmy do konkretów.

Od ostatniego makowego wpisu zaszła także zmiana na polu dziewiarskim – przybyła jedna duża dzianina. Jej to właśnie poświęcony jest ten wpis. Pomysł na sweter z wzorem moich maków dojrzewał powoli, czekał cierpliwie. Gdy pod postem, w którym pokazywałam makowy wzór, przeczytałam komentarz z sugestią swetra w maki, najpierw pomyślałam: „No nie, nie na sweter, gdzie ja bym w tym chodziła?”. I jak połączyć kolory? Nie chcę zbyt jaskrawo, no chyba że granat. Tak, mógłby być granat. Ale czerwień też jest piękna, żeby wpleść ją w codzienność, trzeba znaleźć dobre tło, może jakiś kamienny beż, szary brąz ożywiony czerwienią... Tak, to byłoby świetne. I takie obrazy malowały mi się w głowie przez jakiś czas. 

Aż nagle przyszedł mi do głowy pomysł na użycie włóczki Drops Daisy w kolorze ciemnoniebieskiej zieleni. Dobrze łączył się i z czerwienią, i z bladą zielenią przeznaczoną na łodygi i pąki. Chciałam zrobić sweter wygodny i ciekawy, zarówno wizualnie, jak i podczas pracy. Zdecydowałam się na raglan robiony od góry, który mogłam mierzyć w trakcie pracy. Jako że makowy motyw na tułowiu wymagał gładkiego tła, postanowiłam urozmaicić dzianinę w innych miejscach. Rękawy zrobiłam podwójnym ryżem, raglanowe plisy – ściągaczowymi pasami, które przedłużyłam po bokach swetra.

Plisę dekoltu wykonałam na podstawie tutorialu Barbary Kwater (link). Jest to nieco inny sposób na plisę z rulonikiem niż te, które robiłam wcześniej, trochę bardziej pracochłonny, ale wart tego wysiłku. Wygląda świetnie, trzyma całą górę i nie odkształca się w czasie noszenia.

W bokach swetra zrobiłam wpuszczane czerwone kieszenie, które przypominałyby otwierające się pąki maków. Nie wiedziałam, jak się to robi, nie znalazłam instruktaży, ale przecież nie zaczęłam robić na drutach wczoraj, stwierdziłam więc, że coś wymyślę.

W pierwszym podejściu kieszonki wyszły za wąskie, więc zaliczyłam prucie, ale cofnięcie się o kilka centymetrów nie bolało. Sweter robiłam bez korzystania z żadnego wzoru, lecz nie powiedziałabym, że na oko, bo wszystko mierzyłam i wyliczałam, dopasowując do swoich potrzeb.

Gdy na przodzie swetra zakwitły maki w dwóch odcieniach czerwieni, postanowiłam poczekać ze zdjęciami, aż pojawią się żywe maki. I oto są:
























  

wtorek, 7 kwietnia 2026

Duża róża

Wchodząc w poświąteczną codzienność, wracam do spraw dziewiarskich z jakąś dziwną potrzebą porządkowania – dzianinowych projektów, planów, a nawet myśli na ich temat. Sam blog nie wymaga odkurzania – ostatnio jestem tu często, z moimi dzianinami i refleksjami. Pojawiają się jednak nowe rzeczy i sytuacje, które coś pokazują, czegoś uczą, coś utrwalają albo wręcz przeciwnie – domagają się przeorganizowania dotychczasowych ustawień. Czasem wystarcza świeże spojrzenie na to, co jest takie, jakie jest. Niezmiennie ciekawi mnie ta dynamika.

Dziś na przykład – w związku z niebieską kamizelką przeznaczoną do tego odcinka – zatrzymuję się przy popularnym zwrocie opisującym moją pasję: „przyjemne z pożytecznym”. Dwa w jednym, ale do reklamy by się nie nadawało 😉 – trochę zbyt grzeczne, nawet nudne, pozbawione swobody i rozmachu. A jednak, gdybym miała wybierać między „przyjemnym z pożytecznym” a „udręką i ekstazą”, byłabym zdecydowanie bliżej tego pierwszego. Jest po prostu prawdziwe. I przyjemność, i pożyteczność zawierają się w każdej z moich prac. Miewam także momenty udręki, uniesień i innych silnych emocji. Prawda jest taka, że z tym moim babcinym hobby bawię się jak dziecko. I wciąż się uczę, eksperymentuję.

Na przykładzie dzisiejszej dzianiny opowiem o splatających się ze sobą przyjemnościach, pożytkach, eksperymentach i zaskoczeniach. W marcu grupa Posplatane zorganizowała wspólne splatanie wzorów regionalnych z wykorzystaniem haftu istebiańskiego, opracowanego przez Ewę Kłos Instagram

Na stronie Posplatane (link) można znaleźć więcej informacji oraz wspaniałe dzianinowe interpretacje tego wzoru. Jedną z pierwszych dzianin z wykorzystaniem motywu róży istebiańskiej była narzutka wykonana przez Ewę z włóczki z suri alpaki Sesia Oliver. 

Suri… Hmm… Obudziły się we mnie dobre skojarzenia – ze swetrem, który lata temu zrobiłam z tej włóczki, z jego przyjemnym ciepłem i kolorem. Wracają też obrazy: sytuacje, osoby, dobre rozmowy. Ten prosty, luźny sweterek sprułam, gdy trochę się porozciągał, a teraz, gdy zatęskniłam za tym włóknem i za tym błękitem, wyjęłam czekające od lat moteczki.

Wiedziałam, że do codziennego noszenia potrzebuję czegoś prostego, surowego w formie, bez rękawów. Pomyślałam więc, że tę prostą kamizelkę ozdobię haftem. I tu pojawiły się dwie niespodzianki. Pierwsza dotyczyła skali – ze względu na grubsze włókno i inną próbkę wykorzystałam tylko fragment wzoru. Duża róża stała się więc jedynie częścią większej całości.

Druga niespodzianka – a zarazem eksperyment – dotyczyła samej tej róży. Nigdy wcześniej nie nosiłam ubrań z dużymi emblematami. Jeśli sięgałam po większe wzory, to tylko w spódnicach, toteż nie wiedziałam, czy taka dzianina będzie mi się podobała, ani czy będę ją chętnie nosić. Żeby się przekonać, postanowiłam to wykonać – w końcu kto dziewiarce zabroni 😉

Samą kamizelkę z dłuższym tyłem i wysokimi ściągaczami zrobiłam według bezpłatnego wzoru Unexpected Garnstudio. Wiedząc, że będę ją nosić do błękitnych rzeczy, do wyszycia róży wybrałam błękitną moherową włóczkę z zapasów. Przyjemnością była sama praca – z włóknem, wzorem, haftem na oczkach. Przyjemnością okazało się także noszenie tej dzianiny, a była to przyjemność połączona z pożytecznością. Kamizelka stała się moim domowym przyodziewkiem, odpowiednio grzejącym, a jednocześnie pozostawiającym wolne ręce.

Mijały tygodnie, a ja wciąż nie miałam odpowiednich warunków do zrobienia zdjęć tej dzianiny – czasu, miejsca, światła, ciepła. Wyobrażałam sobie, jak bardzo będzie to pasowało do jasnej koszuli, do lekkich błękitnych spódnic, szerokich letnich spodni… Tymczasem nic nie wskazywało na warunki pogodowe dla takich ubiorów, toteż zamiast dopasowywać ubrania do kamizelki, postanowiłam włożyć ją do tego, co miałam – do takiej pogody, jaka właśnie była – i przy okazji zrobić zdjęcia.

Udało się. Nad jeziorem przeszywający wiatr targał włosy i – bardziej niż do pozowania – zachęcał do tego, by jak najszybciej ubrać z powrotem kurtkę 😉, a przede wszystkim wrócić do wspólnej rozmowy i kontynuować spacer. Następnego dnia udało się zrobić zdjęcie kamizelki z sukienką, w scenerii starego miasta. Na jednej z witryn rozwieszona była tkanina z ludowymi motywami kwiatowymi – te róże musiały pojawić się razem na jednym zdjęciu.

Na początku wspomniałam o porządkowaniu, więc i na koniec poruszę ten temat. Za chwilę wstanę od ekranu i będę prać dzianiny, długo czekające na taką ciepłą i wietrzną pogodę. Mówimy czasem: „wyjdzie w praniu” – w dziewiarstwie nie wszystko wychodzi w dosłownym praniu, raczej tylko nadmiary barwników, reszta ujawnia się w noszeniu, w codziennym użyciu.

Prosty zwrot „okazuje się” jest bardziej uniwersalny, ale w kontekście dzianin przywodzi mi na myśl zdjęcia, publikowanie prac w jak najlepszym świetle – jako „okaz na pokaz”. Oczywiście też to znam. Jednak dzianina użytkowa musi sprawdzić się w praktyce – i taka właśnie okazała się ta kamizelka z motywem róży 😊

Oto ona: 

















czwartek, 12 marca 2026

Swoją drogą

Z moimi drutami jest trochę tak jak z książkami. W danym momencie najważniejsza jest ta obecna – czy to lektura, czy robótka. Ma ona jednak powiązania z poprzednimi, które zawsze zostawiały coś po sobie, poruszały emocje, kształtowały gust, wzbogacały wiedzę.

Czasem uświadamiamy sobie, że do czegoś nie chcemy już wracać, a czasem nabieramy apetytu na więcej, wybiegamy w przyszłość, planujemy. Rozpatrujemy różne możliwości i wiemy, że trzeba dokonać wyboru: na co się zdecydować, a co sobie darować. I już w samych tych słowach jest pocieszenie po wszystkich niepodjętych działaniach.

Darować sobie brzmi jednakowo ładnie jak i dać sobie spokój. Korzystam więc z tych darów nie tylko w dziewiarstwie. Wiedząc, że ręcznie robione dzianiny są czasochłonne, starannie wybieram kolejne projekty, ciesząc się każdą chwilą z drutami. Nie ścigam się, nie biorę udziału w zawodach, nie mam ambicji produkowania na akord (aczkolwiek ostatnia moja praca trochę przypomina akordeon 😉).

Proces wyboru tego, co będę robiła na drutach, jest osobną dziewiarską przygodą. Potrzeby, możliwości, marzenia, zamówienia, inspiracje, pomysły – wszystkie wirują w szalonym tańcu, z którego mam wyłowić to, w co się zaangażuję swoimi rękami, głową, wyobraźnią i moim czasem.

A pomysłów mam niemało: niektóre konkretne, z wydrukowanymi już wzorami; inne również konkretne, lecz nie wymagające instrukcji – chusty, czapki, swetry, skarpety, skarpety. Te skarpety dwa razy specjalnie napisałam, bo mogłabym ich robić wiele, dużo więcej niż dwie pary.

Miewam jeszcze innego rodzaju pomysły, mniej sprecyzowane, są one trudne i zarazem pociągające. Tym razem w tej kategorii znajdują się poszukiwania w ramach projektu Polskie Wzory w Dziewiarstwie.Ujęcie współczesne, powstałego z inicjatywy Barbary Kwater. 

Przeniesienie motywów związanych z polskim dziedzictwem do dzianiny to fenomenalny pomysł. Uczestnicząc w pracach grupy Posplatane, poznaję lub odkrywam na nowo skarby naszej kultury, jej bogactwo i różnorodność odbijające się w przedmiotach codziennego użytku, w sztuce, w przyrodzie. Odkrywam też w sobie żarliwą tęsknotę za tym, by wpleść w moje dzianiny elementy rodzimej kultury, przyrody – tego, co mnie ukształtowało, z czym jestem wciąż związana.

Polne maki, chabry, dzikie róże, wcześniej pelargonie – te rośliny już są w moich dzianinach. Będę do nich wracać, będę pracować nad innymi.

Pochylam się nad detalami i myślę, jak połączyć więcej elementów w jednej spójnej formie. Mam pewne wizje, wiem, jak mogłyby te dzianiny wyglądać, jakie motywy zawierać, lecz zarówno technicznie, jak i kompozycyjnie są wciąż nieokreślone.

Mijają dni, tygodnie, zmieniają się pory roku. Z Internetu wyskakują mi misterne dzianiny w etno-trendzie albo żakardowe obrazy natury o takim stopniu skomplikowania, że głowa mała. Zapisuję te bajeczne motyle albo jemiołuszki w jarzębinach i inne cuda z całego świata. Zachwycam się nimi, ale nie jest to coś, co chciałabym osiągnąć.

Jak już wspomniałam, moje pomysły są jeszcze niedookreślone. Nie wiem, czy zdecydować się na żakard, intarsję, kombinację prawych i lewych oczek czy haft na dzianinie. Szczerze mówiąc, jakoś nic z tego mi nie pasuje. Czuję się, jakbym stanęła na rozdrożu. Odkładam wszystkie dzianinowe myśli i obrazy, zostawiam temat, odpuszczam. Skupiam się na tym, czego oczekuje ode mnie życie.

……

Jest pogodny lutowy dzień. Jadę do rodziców i patrzę na błękitne niebo, na pola gdzieniegdzie pokryte jeszcze śniegiem, na cieniowane połacie pejzażu. Nieregularne, harmonijnie ułożone pasy – od zawsze bardzo podobał mi się ten widok.

Nagle olśniło mnie, że właśnie takie pasiaki chcę zrobić na drutach – włóczką namalować drogi, pola, pagórki. Błyskawicznie przyszedł mi też do głowy pomysł, jak technicznie poprowadzić te nieregularne bruzdy pól – rzędy skrócone!

To było jak nagły błysk, więc tak naprawdę nie wiem, czy ten pomysł na rzędy skrócone przyszedł drogą ekspresową krajową, czy może polną dróżką albo jakąś ścieżką na skróty.

Wieczorem, po powrocie do domu, nabrałam oczka na druty, żeby chociaż spróbować, czy to możliwe. Wciąż nie wiedziałam, jak to ogarnąć, jak zdyscyplinować przejścia i brzegi. Od czego zacząć? Hmm… najlepiej od początku.

Na przykład od prostego prostokątnego szala – ta forma często jest pierwszą pracą wykonywaną na drutach. Potem będą inne szale, inne swetry, inne pasma, pola, pory roku i kolory. Aktualnie pejzaż na mojej dzianinie ma kolorystykę zbliżoną do tej, którą zobaczyłam w naturze.

Z własnych zapasów wybrałam pasujące włóczki. Zaczęłam od ziemistej, dodałam też bieli na śnieg – wcale nie śnieżnej. Potem dołączyłam zieleń: najpierw spłowiałą, potem ciemną, jodłową, i wreszcie doszłam do błękitu nieba, do białych pasm obłoków. W połowie odwróciłam kolejność, aby kompozycja była symetryczna.

Ubierając ten szal, mogę mieć głowę w chmurach, nie tracąc ugruntowania i kontaktu z ziemią 😊

Do tego krajobrazu wybrałam włóczki z tego, co miałam. Najbardziej ucieszyło mnie użycie włóczki Limba Feine Merinowolle SSK. Kilka lat temu kupiłam dwa moteczki z przekonaniem, że są mi one bardzo potrzebne, choć nie wiedziałam do czego. Nigdy nie byłam fanką bukli, nie zachwycił mnie też bury kolor – dziwne to było.

Teraz okazało się, że właśnie ta dziwna przędza kolorem i strukturą idealnie tworzy obraz grud ziemi, a że to merynos, jest też bardzo miła dla ciała. Dodałam do tego cieniuteńką, merynosową niteczkę Sesia Finissimo w identycznym kolorze.

Pozostałe użyte włóczki to również naturalne włókna: merynosy i alpaki, trochę kaszmiru – Holst Garn Titicaca, Alpaka i Flora Drops, Hot Socks Pearl Grundl.

Niby zwyczajny szal, a dla mnie to dzianina wyjątkowa, osobista. Ten krajobraz nie jest przecież moją własnością. Mam nadzieję, że Wam też coś przypomina, a może nawet porusza jakieś dobre struny…

A oto i ten szal – zdjęcia na balkonie, w lesie i na łąkach, wiele kilometrów od tamtych pól. Tutaj też dobrze się wpisuje.

 


 



















 

wtorek, 27 stycznia 2026

Drzewo życia

Inspirowany sztuką ludową motyw drzewa życia w formie dzianinowego wzoru pojawił się jesienią 2024 roku na stronie Polskie wzory w dziewiarstwie (link) w opracowaniu Barbary Kwater (link). Gdy zobaczyłam ten wzór, wiedziałam, że kiedyś w przyszłości pojawi się on w mojej dzianinie; nie miałam jednak sprecyzowanej wizji, czy wplotę go w skarpety, czy może w okrągły karczek swetra.

Różnie się splatają na przestrzeni czasu te nasze plany, pomysły, inspiracje i konkretne realizacje. Doświadczam tego również w ramach działań w grupie Posplatane: niektóre projekty czekają, inne zatrzymują nas na dłużej, niż zakładało się wcześniej, a jeszcze w międzyczasie pojawiają się nowe pomysły i inspiracje. A wszystko to dzieje się wewnątrz realnego, zwyczajnego życia, w ramach dostępnego czasu — czy to codziennego, czy świątecznego. Chciałoby się powiedzieć po prostu… życie. No właśnie, życie. Jakże pasuje tu wzór drzewa życia! Ten znany w wielu kulturach symbol wydaje się tak potężny, że aż mnie onieśmiela w pisaniu; odwołuje się przecież do egzystencjalnych spraw, do istoty życia. Nie zamierzam jednak rozpisywać się o filozoficznych sensach — raczej pociąga mnie otwarcie się na nie i poczucie ich, zobaczenie w zwyczajnej codzienności i… w tym, co robię z włóczki 😊

Kiedy myślę o dawnych ludowych motywach, zawsze zachwyca mnie połączenie zwyczajności otaczającego świata z głębokimi znaczeniami. Taki też jest ten wzór, który od niedawna zdobi moje mitenki. Choć decyzja o wykorzystaniu wzoru zapadła już dawno temu, to sam pomysł na dzianinę przyszedł do mnie nagle. Pewnego dnia, gdzieś między świętami, między swetrami, gdy akurat rozmawialiśmy i patrzyliśmy przez okno na ptaki, nagle poczułam, że powinnam odłożyć te dwa swetry, nad którymi akurat pracowałam, i zrobić mitenki — bo w tej formie najczęściej patrzy się na wzór. Wykorzystałam włóczkę Performance Cool Wool w kolorze miętowym jako bazę, a do wyhaftowania wzoru dobrałam pasujące kolorystycznie włóczki: róż, bordo oraz szaro-granatowy tweed na gałązki drzewa. Początkowo chciałam zmodyfikować wzór, zmniejszając ilość gałęzi, jednak zostawiłam go tak, jak jest w oryginale, bo ta gęstość bardzo mi się spodobała — i wizualnie, estetycznie, ale też symbolicznie, bo czy nie znajdujemy się czasem w krzakach, czy nie pojawiają się na naszej drodze gęste chaszcze? Nawet ostatnio były u mnie dość gęste dni.

Naprawdę urzekł mnie ten motyw i zawarta w nim symbolika. Z ręką na sercu (i z sercem na dłoni) mogę powiedzieć, że te uniwersalne motywy są mi bardzo bliskie. Lubię drzewa, lubię patrzeć na ich kształty — zawsze mnie to fascynuje i dobrze nastraja. A jeśli drzewa, to oczywiście ptaki. To kolejny przemiły, swojski motyw. Nawet jeśli o tym nie myślimy, ptaki od zawsze nam towarzyszą: są nad naszymi głowami, w konarach drzew, na ulicznych latarniach, na chodnikach, trawnikach i w pamięci dzieciństwa — w odpustowych kogucikach, na podwórkach, w kurnikach. Jest jeszcze jeden element w tym wzorze — serduszko, bo przecież wszystko zaczyna się od miłości. Dla wzmocnienia tego przekazu zamieściłam serduszka także po wewnętrznej stronie dłoni, tuż nad nadgarstkami; dla urozmaicenia zrobiłam inne kolory na każdej mitence.

Z ręką na sercu mogę powiedzieć jedno — najlepiej po prostu pokazać dzianinę, poniżej zdjęcia mitenek w ilości … od serca😊.
































wtorek, 16 grudnia 2025

Grudniowe opowieści w drobiazgach, w ich detalach…

Dawno, dawno temu, w grudniowy dzień, gdy świat wokoło zasypany był śniegiem… wyobrażam sobie taki obrazek, towarzyszącą mu błogą ciszę i radosne oczekiwanie, które wzajemnie się dopełniają. Teraz też, jak to w grudniu, świat wciąż jest zasypywany, lecz nie tyle śniegiem, co ilością wrażeń. Zanim ucichną gromkie dzwony i dzwoneczki w marketach, na placach i w naszych urządzeniach, trzeba się umieć odnaleźć między tym zgiełkiem a skupieniem tak, by jak najlepiej przeżyć grudniowy czas. Nie chodzi mi o filozoficzne trwanie w zadumie na ciepłym piecu jak kot Bonifacy ani też o przyspieszenie działania, krzątania, planowania, kupowania. Cała sztuka to znaleźć właściwy rytm i robić, co trzeba, rozpoznając, czy na dany moment trzeba mniej, czy raczej więcej. Warto też spojrzeć na mijający rok, otworzyć się na nowy, zrobić trochę miejsca — w domu, w sobie… Spojrzeć szerzej na przeszłość, czasem pójść trochę na skróty przez uogólnienia, ale jednak bardziej skupić się na dniu dzisiejszym, na drobiazgach, na małych krokach, a patrząc na detale, widzieć je jako element większej całości.

Całkiem dobrze wplatają się w te przemyślenia prezentowane dziś dzianiny. Jest to zbiór zrobionych w ostatnim czasie drobiazgów, które wkładam do jednego worka. Rzeczy te łączy to, że wszystkie zostały zrobione według własnego pomysłu, każda z nich kwalifikuje się do kategorii „akcesoria”, żadna z nich nie jest dla mnie. Co do innych kryteriów — dla kogo, z czego i dlaczego — mamy tu dość duże urozmaicenie. Każda dzianina jest jak opowieść, z każdej nitki może wyłonić się jakiś wątek.

Ciekawe, co mogłyby powiedzieć same dzianiny. W każdej z nich zawarta jest jakaś intencja, pomysł, plan, radość, wzruszenie, wątpliwości i wszystko, co tylko może wpleść się w czasie przeplatania oczek.

Chętnie oddałabym głos tym dzisiejszym drobiazgom; przyznam, że bardzo podoba mi się ta myśl! Patrzę więc na zdjęcia, lecz nie zauważam wyrywności ani w ogóle żadnej reakcji — dzianiny milczą. Zdjęcia są dokładnie takie, jakie były od początku. Zatem sama przedstawię je krótko, w kolejności powstawania:

Etui na telefon dla mojej przyjaciółki — sztuk dwie, obydwie z włóczki bawełnianej. W pierwszą wplotłam opracowany przeze mnie wzór dzikiej róży, z owocami i kwiatem na gałązce. Gdyby ta dzianinka była uprzejma coś opowiedzieć, przypuszczam, że wspomniałaby o wielu spacerach, pięknie dzikiej róży i o mojej dzikiej fascynacji tą rośliną, a także o poszukiwaniach polskich motywów w ramach grupy „Polskie wzory regionalne w dzianinie. Ujęcie współczesne” (link).





Druga „skarpeta na telefon” zrobiona została z dwóch kolorów włóczki bawełnianej: z ciemnej, nasyconej fuksji oraz z bladego, chłodnego różu. Kolory te połączyłam w gęstym mozaikowym wzorze o nazwie „diamenty”.





Następna rzecz to mitenki, zamówione na prezent, bez określonych wymagań co do wzoru. Pomyślałam sobie, że najbardziej do tych mitenek, do przyszłej ich właścicielki i do mojej wizji pasować będą jakieś przeplatanki warkoczowo- ażurowe. Wybrałam wzór skomplikowany i dość pracochłonny, a twórczo bardzo satysfakcjonujący. Dodatkowo utrudniłam sobie zadanie, odwracając wzór tak, aby symetrycznie układał się na dłoniach. Dla tego efektu było warto.









W mojej pasji zawsze lubiłam różnorodność: czasem cieszył mnie skomplikowany wzór, innym razem akcentowałam kolory albo formę. W skarpetach, które robiłam dla Elżbiety, najważniejsze były kolory, a na górnej części przy palcach i pod ściągaczem zastosowałam zdobienia w postaci rzędów oczek lewych. Pokazywałam te skarpety w poprzednim poście, a tutaj tylko zwracam uwagę na ten detal.





Ten prosty, wręcz ascetyczny sposób tak mi się spodobał, że wykorzystałam go jako główną ozdobę komina i czapki dla mojej wnuczki. Do kompletu zrobiłam także rękawiczki. Miękka, grubawa włóczka Alize Wooltime, dość apetyczne kolory, a przede wszystkim oczekiwanie Kingi sprawiły, że każdą z tych rzeczy robiło mi się przyjemnie i dość szybko. Robiłam je „na oko”, czapkę i komin przymierzając do poprzednich, już za ciasnych. Ściągacz czapki uzyskał nieco ciemniejszy odcień i jest też cieplejszy, bowiem dodałam niteczkę cudnego, anielsko miękkiego moheru.

I Kinga, i ja jesteśmy z tego kompletu zadowolone. Czy zdjęcia powiedzą coś więcej? Chyba nie muszą 😊 Ja za to na koniec dodam jeszcze ważne słowo — „dziękuję”. Powodów do dziękowania mam więcej niż zrobionych i planowanych dzianin; choć przecież nie o wyliczanie chodzi, tylko o to, co się czuje. Gdy czytałam komentarze pod poprzednim postem, czułam tę serdeczność, która dodaje wiary i siły. Dziękuję. Dziękuję za wspólne chwile blogowe i nie tylko, za zaufanie, za wspólne radości, za dobre myśli i słowa — i życzę dobrego grudniowego czasu 😊