Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moher. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moher. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 czerwca 2026

Czasochłonność a zachłanność

Odkąd tylko nauczyłam się robić na drutach, wiem, że jest to czynność czasochłonna, toteż liczę się z tym przy każdej tworzonej dzianinie, licząc kolejne oczka. Czasami chciałabym szybciej zobaczyć efekt mojej pracy albo jakoś przyspieszyć cały proces. Zwykle w takich chwilach dzianina pochłania mnie jeszcze bardziej, mnie i moje chwile. Lubię ten stan, w którym mieszają się niepewność, zaangażowanie i ciekawość. Rękodzieło ma jednak to do siebie, że pewnych rzeczy nie można przyspieszyć. Taki energetyzujący koktajl pobudzenia w głowie raczej nie przyspiesza pracy rąk, ale sprawia, że działa się chętniej, przyjemniej i to nawet w tych etapach, które nie należą do ulubionych. Jeśli chodzi o mnie, to nie przepadam za nabieraniem oczek, nieszczególnie lubię też zszywanie dzianiny. W pierwszym przypadku dyskomfort jest krótki i przejściowy, znika niemal całkowicie pod wpływem patrzenia na nowo nabraną włóczkę i powstający z niej ścieg. Zupełnie inaczej jest ze zszywaniem elementów, które siłą rzeczy zostawia się na koniec całej pracy. Z doświadczenia wiem, że niesie ono niemałą odpowiedzialność za ostateczny kształt dzianiny. Ani trochę nie dziwi mnie w dziewiarskim świecie ogromna popularność swetrów bezszwowych, najczęściej robionych od góry, uważam to za absolutnie genialne rozwiązanie. Aktualnie takim sposobem dzieje się u mnie letnia bluzka, która bezceremonialnie weszła przed kolejkę, wyprzedzając trzy inne oczekujące dzianiny. Bez obaw, w tej mojej bajce nie ma sporów i kłótni o kolejkę, gdyż dzianiny nie rywalizują między sobą, jakby wiedziały, że każda włóczka, każdy projekt ma swoje przeznaczenie i swój czas. Mam wrażenie, że ta bluzka robiona od góry została mi podsunięta przez jakąś odgórną siłę dla odmiany, po wykonaniu dwóch dzianin robionych od dołu, zszywanych z części 😊. I właśnie te dwie rzeczy mają dziś swój czas na blogu. Jedna dla mnie, druga dla wnuczki. Łączy je to, że są zszywane i że każda z nich była dość czasochłonna, a wraz z poświęconym na nie czasem wchłonęło się wiele dobrych wrażeń i emocji. Przyznać jednak muszę, że to stwierdzenie dotyczy przecież każdego elementu mojej pasji, w zależności od projektu w różnym nasileniu, w różnych odcieniach. Jak dobrze mieć taką pasję!

Wykorzystując zapasy bawełnianych włóczek, zrobiłam sobie bluzę z plisą i kołnierzem, taką na niezbyt gorące wiosenne i letnie dni. Wykonałam osobno tył, potem przód rozdzielony na etapie plisy, następnie rękawy, a na końcu dorobiłam plisę i kołnierz. Linie ramienia kształtowałam przez odejmowanie oczek po bokach, fason był taki, jak chciałam, ale brzeg dzianiny z bliska wyglądał trochę nierówno. Aby uzyskać ładne połączenie elementów swetra, na każdym z nich zrobiłam łańcuszkową linię i dopiero to zszywałam. Warto było, efekt bardzo mi się spodobał. Nie było to jakieś trudne przedsięwzięcie, ale wymagało ono czasu i skupienia. Zupełnie nie nadawała się ta robótka do robienia w międzyczasie, do zabierania w drogę. Tak się akurat złożyło, że samo zszywanie trwało trzy dni. Również trzy dni robiłam tak małą rzecz, jak kopertę, którą pokazywałam w poprzednim wpisie (klik). Po prostu tyle to trwało, przez te kolejne dni wyławiałam wolne chwile i cieszyłam się tworzeniem dzianiny, czasem spokojnie, jakby odpoczynkowo, innym razem zachłannie i energicznie.

Ta czasochłonność sprawia, że rzecz powstająca powoli pod rękami chłonie również emocje, wrażenia i refleksje. Patrząc na moją siostrę w swetrze sprzed kilku lat, przypominam sobie chwile, gdy go robiłam, mój stan psychofizyczny, ogólne nastroje, a nawet fragmenty słuchanej wtedy powieści. Wartość dzianiny to nie tylko idealnie równe oczka, wzór czy dobra wełna, lecz także wpleciony w to wszystko wymiar niematerialny.

Z tym aspektem wiąże się kolejna dzianina – sweterek komunijny dla Kingi. Robiłam go z radością, ale nie ukrywam, że towarzyszyły mi pewne obawy, wydawało mi się, że sweterek na tę uroczystość powinien być jakiś taki „bardziej”. Na szczęście moje wątpliwości rozwiały się po rozmowie z wnuczką, która chciała bardzo prosty fason. Proponowałam jakieś falbanki, choćby przy rękawkach, ale nic z tego, zwyciężyła prostota. Razem przeglądałyśmy książki i magazyny ze wzorami, Kinga wybrała ażurowy ścieg „sweet violets”. I z tych słodkich fiołków miałam zrobić sweterek. Szukałam najbielszej bieli z naturalnych włókien, znalazłam, zamówiłam – lecz niestety włóczka okazała się nieładnie żółta w towarzystwie chłodnej bieli sukni. Dowiedziałam się przy tej okazji, że naturalna wełna nie poddaje się tak łatwo wybiel aniu, nie chciałam akrylowych włóczek, a co do bawełnianych obawiałam się twardości. Znalazłam jednak piękną i niezwykle miękką bawełnę Austermann Elida Organic Cotton, którą połączyłam z moherową nitką Gazzal Super Kid Mohair. Sweterek robiłam w częściach, od dołu, na końcu dorobiłam plisę i przyszyłam perłowe guziczki.

To ciekawe, że choć samo szycie ubrań jest szybsze niż robienie na drutach, to wprowadzenie szycia do dzianin ręcznych ani trochę tego procesu nie przyspiesza, wręcz przeciwnie. Jednak zastosowanie pewnych zasad krawieckich może być bardzo pomocne w kształtowaniu dzianiny. Tak było z tym komunijnym sweterkiem, który dopasowywałam do fasonu sukienki, do linii ramion, do kształtu rękawków, do miejsca talii i kokardy na plecach. Kluczowe były rękawy, tak żeby miały głębsze wszycie z przodu, to była całkiem nowa przygoda. Pojawiły się także marzenia o tym, by kiedyś nauczyć się szyć.

Nie wiem, jak to się stało, że nie zrobiłam żadnego zdjęcia, gdy sweterek wisiał na wieszaku na sukni, nie zrobiłam też zdjęcia na płasko. Będą więc zdjęcia takie, jakie są, z przymiarki i z komunii.

Jest jeszcze coś, co łączy te dwie dzianiny i co mnie samą dziwi – zazwyczaj gdy skończę jakąś dzianinę, to myślę, co mogłabym zrobić inaczej, lepiej – lecz nie tym razem. Gdy patrzę na sweterek Kingi, to myślę, że jest właśnie taki, jak powinien być. Tak samo jest z moją bluzą. Czy to kwestia fasonów, które opracowałam sama i modyfikowałam w trakcie pracy, czy może raczej ten czynnik nienazwany, w czasochłonności wchłonięte pozytywy? Skłaniam się ku temu drugiemu, a co do pierwszego – wciąż mam tak wiele do nauczenia się i całkiem sporo zachłanności do nauki dziewiarstwa 😉

























czwartek, 6 listopada 2025

Strefa komfortu

Listopad jak dotąd rozpieszcza pogodą, kolorami, pięknymi widokami. Ten miesiąc nie ma najlepszej opinii, bywa określany jako smętny, bury, mokry i mroczny, lecz jaki jest naprawdę? Nie odpowiem na to pytanie, bo przecież każdy dzień, pory dnia a nawet godziny różnią się od siebie, a każdy z nas inaczej odbiera rzeczywistość. Nawet podczas pogody opisywanej jako przygnębiająca można wejść w dzień z wielką radością, że oto są dobre warunki do skupienia i jednocześnie jeszcze bardziej te słoneczne dni, które pozwoliły na udaną wyprawę albo pracę w ogrodzie – nasuwa mi się kilka przykładów wziętych z życia nie tylko mojego😊 Jakkolwiek byśmy jednak na ten listopad nie patrzyli, to trzeba przyznać, że jest to miesiąc, kiedy jakoś tak bardziej chce się zadbać o komfort, o przytulność, o wypełnianie swojej strefy komfortu ciepłem – pożywienia, odzienia, światła. Większej mocy nabierają koce, świece, kubki z aromatyczną herbatą, filiżanki z kawą, lektury i jeszcze … spacery, bo natura też otula i rozgrzewa ciało i duszę. Tutaj na blogu skupiam się na włóczkowym zakątku, na otuleniu, jakiego dostarcza dzianinowa pasja.

Mam dziś do pokazania sweterek i komplet składający się z czapki i komina. Luźny sweterek zrobiłam dla siebie, a dodatki dla mojej przyjaciółki. Wszystkie te trzy rzeczy wykonałam z bardzo miłych i przytulnych włóczek, w kolorach mglistych i nieoczywistych, w szarościach i zieleniach. Dzianiny te powstały w ramach testów dziewiarskich, dla Reni Grabskiej @comfortzoneknits - Pulower Clairmont oraz dla Magdaleny Antolak @wloczkowy_chill - komplet Tenderness.  Wcześniej przez dłuższy czas nie brałam udziału w żadnych testach, nie chciałam wiązać się terminami ani też robić specjalnych zakupów, decyzję taką podjęłam podczas przeszukiwania zapasów do pewnego ciekawego projektu, okazało się, że żadna z włóczek się nie nadawała, były cieńsze, były grubsze…. i przede było ich dużo. Od tamtego czasu moje zapasy uszczuplały trochę, ja natomiast nabrałam apetytu na testowanie. Kliknęło gdy zobaczyłam zaproszenie Reni Grabskiej Comfort Zone Knits, znałam wzory Reni, perfekcję jej opisów, bardzo komfortowe terminy realizacji, a przede wszystkim wiedziałam że jej dzianiny dobrze się robi i jeszcze lepiej nosi. Nazwa Comfort Zone Knits nie mogła być lepiej dobrana! Sweterek Clairmont urzekł mnie swoją prostotą i ciekawymi detalami. Efekt miękkości dzianiny wzmacniało użycie dwóch nitek, w tym jednej moherowej. Było to pewne ryzyko, trochę obawiałam się moheru. W ubiegłym roku porozdawałam dzianiny z dodatkiem dropsowego Kid Silka, które po prostu mnie gryzły, Postanowiłam więc sprawdzić inne włóczki. Miało tu  więc także miejsce innego rodzaju testowanie – jak zareaguję na inną niż Kid Silk mieszankę moheru z jedwabiem. Sesia Vivienne okazała się dla mnie łaskawa, chodziłam już w tym swetrze i było miło😊 Jasno szary kolor Vivienne dobrałam do pięknego szarego merynosa ręcznie farbowanego Woolove Merino signle,   który kupiłam na pierwszych moich targach włóczkowych.

Pozostając w strefie komfortu drutowo włóczkowego postanowiłam poszerzyć mój repertuar dziewiarski o jeszcze coś nowego. Tym czymś okazała się zaprojektowana przez Magdalenę Antolak romantyczna, delikatna i oryginalna dzianina o pięknej nazwie Tenderness, czyli czułość. Połączenie dwóch różnych warstw dało zarówno ciepło jak i efekt estetyczny, trójwymiarowość i przyjemną miękkość. Sam wzór zachwycił mnie od pierwszego spojrzenia, dodatkowo doszło jeszcze odkrycie, że byłby to idealny komplet dla mojej przyjaciółki. Od roku jak nie dwóch zabierałam się za jakiś komin pasujący jej zarówno do granatowego jak i zielonego płaszcza, ale zawsze coś mi nie grało, jak nie wzór to kolor, a to błękit zdawał się zbyt płaski, a to zieleń za ciężka i nagłe przyszedł błysk i pewność, że to ma być  taka szarość z rozmytą zielenią właśnie w tym komplecie. Użyłam włókien najmilszych, tego samego co w sweterku Clairmont moheru z jedwabiem Sesia Vivienne oraz cudnej mieszanki alpaki, jedwabiu i kaszmiru Meme Yarns Billy and Jilly. Choć robiłam na odległość i na wyczucie trafiłam z rozmiarem i przede wszystkim z upodobaniami😊 

Pozdrawiam ciepło wszystkich odwiedzających, dbajcie o siebie i swoje strefy komfortu😊

Ps. Choć w tekście najpierw piszę o swetrze, a potem o komplecie, to prezentację  tych dzianin zaczynam od kompletu Tenderness, od zdjęć, które właśnie otrzymałam od Agaty, ależ to jest uczucie!  Tak więc w poście dzianiny pojawiają się zgodnie z kolejnością  powstawania, a pod tekstem zdjęcia  zgodnie z moimi emocjami :-) Kolory różnią się w zależności od  światła, tak jak w życiu, więc każdy z nich jest prawdziwy. 























piątek, 18 marca 2022

M jak moher, N jak nadzieja

Sztuka czerpania radości z dziergania polega na balansowaniu między ekscytującą niepewnością nowego projektu a kojącą powtarzalnością robionych na drutach sekwencji. Każda dziewiarka zna to uczucie przy zamykaniu ostatniego oczka, gdy widać już, że wyszło dobrze. Potem przychodzą pożytki z użytkowania dzianiny i ten szalenie istotny motyw również należy wcześniej brać pod uwagę. Radosna twórczość, spontaniczność, łączenie barw i zabawy formą – wszystko pięknie, ale bardzo ważne są konkretne kryteria, by czapka pasowała do głowy, skarpetka do stopy, by głowa przeszła przez otwór na szyję itp. itd. Nie wystarczy jednak by dzianina była dopasowana, dana rzecz musi się podobać użytkownikowi, ale i to jeszcze nie wszystko. Człowiek ma się sam sobie podobać w tej dzianinie. Można to dostrzec w błysku oka, w wyrazie twarzy, nawet w tonie głosu. Ach jak lubię ten moment! Wtedy wiem, że warto było. Dzierganie dla kogoś jest dużo trudniejsze niż dla siebie, do końca nie wiadomo czy spełni się czyjeś wyobrażenia.  Wcześniej trzeba je ubrać w jakieś ramy, określić oczekiwania i swoje możliwości, dobrać odpowiednią włóczkę, przewidzieć jej zachowanie😉, przemyśleć detale.

 „Ty się za bardzo przejmujesz”- powiedziała mi Lucyna. Zgadzam się z nią i nie zgadzam, owszem przykładam się, by wykonać tę dzianinę najlepiej jak potrafię, ale nie sądzę, że to jest „za bardzo”, po pierwsze zawsze można bardziej, a po drugie obniżenie wskaźnika „przejmowalności się” lepiej  przenieść na inne obszary 😊

Lucynie marzył się moherowy sweterek w kolorze soczystej, intensywnej zieleni. Miał być lekko dopasowany, elegancki, zrobiony dość gęsto, bez żadnych wzorów i prześwitów. Znalazłam odpowiednią włóczkę i zrobiłam zgodnie z życzeniem. Wybrałam prosty raglan, robiony od góry, dzięki tej metodzie mogłam w trakcie pracy sprawdzać i ewentualnie korygować rozmiar. Wystarczyły dwie przymiarki, jedna na etapie początkowym, druga już pod koniec dla ostatecznego ustalenia długości tułowia i rękawów. Dekolt obrobiłam szydełkiem, a dół swetra i mankiety zamknęłam igłą,  moim ulubionym już sposobem, elastycznym i eleganckim.  Kolejny emocjonujący etap to było zanurzenie w wodzie, odsączenie i pełne niepewności czekanie jak po próbie wody zachowa się ta nieznana mi wcześniej włóczka Gazzal super kid mohair. Zachowała się dobrze, nic jej się nie stało.

Sesja zdjęciowa została połączona z naszym spacerem po lesie. Przewidując że ani ja, ani mąż ani syn nie wystąpimy w roli filigranowej modelki zabrałam z domu wieszak i tak oto prezentuje się sweterek zrobiony dla Lucyny, w kolorze żywej, nasyconej zieleni.

Zieleń to kolor nadziei, której tak bardzo potrzebujemy. Mocną zieleń włóczki zestawiłam z jasnym, zielonym mchem, z intensywną zielenią bluszczu i z pojedynczymi świeżymi źdźbłami, przebijającymi  się przez gęstwinę suchej trawy.

Ps. Na niektórych zdjęciach jest też mój nowy alpakowy komin, ale ten komin i inne alpakowe rzeczy pojawią się na blogu innym razem.






















 

piątek, 27 grudnia 2019

Botaniczna chusta i nowy element w dzierganiu

Ostatnio dużo robię na drutach. To czas przypominający żniwa. Dziergam dużo i szybko, choć i tak mniej niż bym mogła, mniej niż bym chciała. Gdy tylko taka myśl pojawia się w mojej głowie po prostu odkładam robótkę i wstaję, właściwie to najpierw dochodzę do końca rzędu i dopiero wtedy robię sobie przerwę.  Nie ścigam się z czasem, nie mam targetów, choć targają mną dziewiarskie żądze i zachłanność na kolejne dzianinowe wyzwania. I to bym chciała sprawdzić i tamto spróbować, trzeba też skończyć to co zaczęłam. Gdy do głosu dochodzi natarczywość i pośpiech mówię sobie stop! Odkładam druty, włóczkę, a nawet myśli o dzierganiu. Taka świadoma pauza to nowy element w mojej dziewiarskiej pracy. Wyczuwając jakiś pośpiech i natarczywość po prostu wstaję i robię sobie przerwę. Zastosowałam to dobrych parę razy i muszę przyznać, że bardzo mi się podoba, wprowadza bowiem pewien dystans i przypomina że nie muszę, a mogę. A to zupełnie zmienia postać rzeczy. Znając siebie wiem, ze nadal będę żywiołowo zabierać się na nowe pomysły, ale mam nadzieję, że uda mi się poskromić mojego wewnętrznego poganiacza. W każdym razie będę mu przypominać o nowych zasadach. Ciekawe jak nam się ułoży;-)

Mija kolejny rok.  Wraz z czasem zmieniają się nasze ciała, ubrania i upodobania. Najciekawsze wydają mi się zmiany powolne, subtelne, na początku niezauważalne, a potem już trwałe i być może nieodwracalne. Nie zawsze można uchwycić konkretny moment, od kiedy coś się zmieniło. Jest tak wiele czynników, które wpływają na drobne, codzienne decyzje, cóż dopiero mówić o kolejach życia. Jestem jednak przekonana, że poprzez dokonywanie takich, a nie innych wyborów można kształtować swoje życie i nadawać mu smaku i wypełniać kolorami.

Jeden ze swoich rysunków zawartych w książce „PLUS MINUS podręcznik do myślenia” Janusz Kapusta podpisuje „Im szybsza podróż, tym bardziej zamazany obraz”. W pośpiechu umyka wiele ciekawych szczegółów, a zarazem cały obraz traci na ostrości. Czy zawsze trzeba się spieszyć? Nawet gdy robi się na drutach? Nie, nie zawsze, choć oczywiście czasem trzeba.

Jako przyczynę gonitwy uznaje się zwykle brak czasu. A może właśnie z uwagi na ten brak czasu wypadałoby trochę zwolnić? Po prostu uszanować ten czas który nam dano, docenić go, sensownie wypełnić, a nie szaleć jak owad zamknięty w słoju.

W obawie aby moje myśli i słowa nie nabrały melodii dydaktyczno motywacyjnej zamykam te rozważania i przechodzę do prezentacji jednej z moich ostatnich dzianin. Zostałam poproszona o zrobienie chusty na urodzinowy prezent. Wybór padł na projekt Botanical Garden Shawl autorstwa Kristen Finlay. Decydujący był właśnie ten botaniczny, łagodny motyw. Pisząc wcześniej o zmianach upodobań miałam na myśli między innymi odejście od kanciastych, ostrych wzorów i poszukiwanie łagodniejszych form. Co ciekawe sam wzór to jeszcze nie wszystko, na ostateczny wygląd dzianiny ogromny wpływ ma też wybrany materiał. W tym wypadku rysunek ażuru przykryty jest puszystością moherowej wełny i zmiennością kolorów. Mam już na drutach kolejną wersję tej chusty i sama jestem ciekawa jak wyjdzie z innej włóczki.

A oto chusta Botanical Garden Shawl wykonana z włóczki Sheepjes Stardust, w kolorze Orion. Lśniąca nitka dodaje tej dzianinie blasku, subtelnego, lecz zauważalnego.

Sesja zdjęciowa  w środku lasu, w środku zimy, bez stresu, bez pośpiechu…














wtorek, 8 października 2019

Fałdowany szal i przykuwanie uwagi

Dawno, dawno temu, zanim jeszcze świat oplótł Internet, czyli w gruncie rzeczy całkiem niedawno,  popularne były papierowe katalogi różnych produktów, książek, ubrań, kosmetyków. Nadal jeszcze taka forma istnieje i bywa mile widziana, lecz z pewnością nie ma ambicji rywalizować z możliwościami Internetu. Tego nawet nie da się porównać. Internet zdaje się pamiętać wszystkie pozostawione przez nas ślady i na tej podstawie wciąż podsuwa różne oferty i okazje. Nieustannie i natarczywie. Nie to, co papierowy katalog, wzbudzający (lub nie) pragnienie zakupu w sposób bardziej subtelny. Ograniczony swoją  formą pozwalał przejrzeć całą zawartość od początku do końca, co w efekcie dawało miłe wrażenie zrealizowanego zadania i ogarnięcia całości. Coś przykuwało uwagę jako przedmiot pożądania, coś powodowało lekkie uniesienie brwi, albo tylko obojętne przerzucenie stronicy, były też kuriozalne ciekawostki. W katalogach książkowych zawsze na deser zostawiałam sobie dział poradników, czegóż tam nie było! Szybkie techniki bogacenia się, uwodzenia, rodzenia, rozwodzenia, tresowania kotów, rozumienia rybek. Teraz wszelkie porady są w Internecie, nawet na pierwszych stronach tuż obok wiadomości. Wołają do nas sensacyjne informacje o tym, czego nie jeść, co w siebie wetrzeć, jak zagęścić łysinę, jak znaleźć szczęście i jak zgubić fałdy, natychmiast i na zawsze. Nie mam zamiaru rozstrzygać o wyższości tego, co było kiedyś  nad tym, co mamy dziś. Próbuję tylko jako tako zrozumieć ten świat, który ciągle mi się wymyka i najzwyczajniej nie nadążam. Już mi się zdawało, że rozumiem o co w tej wirtualnej rzeczywistości chodzi, że jak mówią znawcy tematu – najważniejsze jest to, by przykuć uwagę. Tylko, że od uwagi bardzo blisko do uważności, czyli świadomej koncentracji na rzeczywistości i uwolnieniu od rozproszenia. Uwaga, która przykuwa smartfony do ludzkich rąk i oczu z raczej niewiele ma wspólnego z koncentracją. Chodzi więc pewnie o taką uwagę, która wzbudzi zainteresowanie na tyle skutecznie, by zrobić „klik”. To się robi świadomie, ale czy uważnie? Najdziwniejsze jest, że to przyciąganie i skupianie uwagi odbywa się w warunkach nieustannego dopływu nowych bodźców. Może i trudno to pogodzić, ale są sposoby: głośność, nośność, powierzchowność. Patrzę na to z zaciekawieniem podobnym do tego, którego doświadczałam dawniej przy przeglądaniu papierowych katalogów. Widzę podobieństwa i oczywiste różnice. Choćby takie, że podział na nadawców i odbiorców nie jest już oczywisty. Mogę oceniać co dzieje się w sieci, ale przecież i ja jestem częścią tego Internetu, wprawdzie bardzo znikomą, ale jednak. I cóż ja tu robię? Prezentując dzianinę próbuję przyciągać uwagę, nie inaczej. Zatem przechodząc od rozważań ogólnych do dziewiarskich konkretów przedstawiam krótką historię zielonego szala. 

To było tak. Pewnego razu moją uwagę przykuł fałdowany szal. Nie surfowałam wtedy po falach Internetu. Znalazłam go w książce od Kasi. Wzór niby prosty, a niezwykły, dżersej z pofałdowaniami. Muszę go zrobić, nieważne że mam swoje fałdy. Takich nie mam, a nawet nie wiem jak się je robi. Tym bardziej chcę spróbować. Decyzja, by wreszcie wcielić plan w życie zapada tuż przed jakimś nieplanowanym wyjazdem późną wiosną, a może na początku lata. W końcu szal udało mi się wreszcie skończyć, motyw pofałdowań nie taki znów trudny, ale raczej nie jest to wzór do dziergania w drodze i w przypadkowych wolnych chwilach, gdyż wymaga on skupienia uwagi, trzeba pilnować rzędów, oczek, połączeń.  Z pewnością powtórzę ten projekt z inną włóczką, może nawet dodam więcej pofałdowań. 
Projekt Curly Confection: Puffy Pleats Scarf pochodzi z książki "Knitting Pleats: Stunning Garments and Accessories," autorką jest Olga Pobiedinskaya. 
Oto on, szal który najpierw przykuł moją uwagę, a przy pracy wymagał skupienia uwagi.