Pokazywanie postów oznaczonych etykietą La Neige Comfort Zone Knits. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą La Neige Comfort Zone Knits. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 stycznia 2026

Myśli spod koca, dzianiny z przełomu roku

Na przestrzeni tych kilku lat prowadzenia bloga pisałam o wielu stanach i doświadczeniach związanych z moją dzianinową pasją: o twórczej energii, o niedoborach i nadmiarach, o uniesieniach, zaskoczeniach, oczarowaniach i rozczarowaniach, o zmaganiach z materią włóczek i emocji, o błogim relaksie, o tęsknocie i o spełnieniu. Jak dotąd jednak nie pojawił się na tych stronach stan obojętności połączonej z niemocą — a właśnie taka sytuacja miała miejsce wczoraj.

Leżałam pod kocem, obok miałam koszyczek z robótką: drugi rękaw swetra, a więc etap prosty, przyjemny, zazwyczaj bardzo zachęcający do pracy, by jak najszybciej zobaczyć skończoną dzianinę. Nie tym razem. Miałam przestrzeń, miejsce i czas — wystarczyło tylko sięgnąć ręką, by oddać się znanej czynności. Mimo sprzyjających okoliczności nie zaiskrzyło. Koszyczek z drutami leżał obok, ja leżałam i patrzyłam.

Mąż, przynosząc mi herbatę, zdziwił się tym, co zobaczył, i stwierdził, że faktycznie mnie wzięło. Przeziębienie. Nie wiem, czy bardziej ono mnie dopadło, czy ja je złapałam — w każdym razie już z tych słów domyślać się można sporej dynamiki, która doprowadziła mnie do obecnego stanu. Wiedziałam, że najlepsze, co mogę i co chcę zrobić, to po prostu się zatrzymać, położyć, a pewne rzeczy poodkładać lub odwołać. W tych słowach też dostrzegam ruch, dynamikę — ta aktywność jest dla mnie nie tylko ciekawa, ale też optymistyczna. Świadoma decyzja o niedziałaniu to w zasadzie akt działania.

Wróćmy jednak do drutów. Patrząc na ten koszyczek z niedokończonym swetrem, zaczęłam myśleć o moich dziewiarskich sprawach i blogowych planach, o tym, że nowe pomysły muszą poczekać, a nienowe, już skończone, też wciąż czekają, i że znowu nie zrobię zdjęć ceglastej sukienki, którą tak lubię.

No cóż, bywa i tak. Są chwile dziewiarskiej obojętności i niemocy — krótsze lub dłuższe, bo różnie w życiu bywa. Oj, nie chciałabym bywać często w takim stanie, jednak doceniam swoje wczorajsze doświadczenie i to, co mi ono pokazało.

Patrząc (w wyobraźni) na wszystkie moje dzianiny z przełomu roku, uświadomiłam sobie, że łączy je wspólny element: każda z nich czeka na publikację, na zdjęcia lepsze niż te, które mam. Przypomniałam sobie słowa, że lepsze jest wrogiem dobrego i że to, co zrobione, jest lepsze od zaplanowanego idealnego. No przecież! Nagle moje niedokończone blogowe wątki ułożyły się w jeden wzór. Uznanie tego, co jest — po prostu, bez „gdyby jeszcze”, „gdyby tak”, „może lepsze zdjęcia…” Przypomniałam sobie słowa piosenki ze słowem gdyby„Gdzie tak pięknie?” autorstwa Łony i Webbera.

Uznanie tego, co jest, i akceptacja niedoskonałości to nie pochwała bylejakości. Oczywiście, że chcę zrobić dzianinę najlepiej, jak potrafię, i pokazać ją na pięknych fotografiach, ale nie mam wpływu na wszystko, zwłaszcza na aurę i światło zimową porą. Zatem, pod wpływem tego natchnienia z niemocy, odsłaniam moje katalogi i po kolei pokazuję dzianiny z przełomu roku.

La Neige - sukienka, która pierwotnie miała być swetrem, powstała w ramach testu dla Reni Grabskiej Comfort Zone Knits. Pomysł, by zamiast swetra zrobić dłuższą tunikę, pojawił się dzięki pomyłce. Już zbliżałam się do dolnego ściągacza, gdy zauważyłam błąd w warkoczach — widoczny, nieakceptowalny. Zamiast skończyć szybko i nazajutrz cieszyć się swetrem, musiałam spruć całkiem sporo i właśnie podczas tego prucia przyszła do mnie myśl (znów ta dynamika), że fajna byłaby dłuższa dzianina. Pomysł ten tak mi się spodobał, że zamówiłam więcej włóczki i w końcu zrobiłam sukienkę. Bardzo ją lubię, chodzę w niej często, jest szalenie wygodna — pod tym względem wzory Reni są po prostu doskonałe. Jedyny problem z tą dzianiną jest taki, że jak dotąd mam tylko jedno zdjęcie. Ale przecież nawet to jedno mogę zamieścić na blogu — regulamin na moim blogu nie jest przecież surowy.

Kolejna rzecz to dwa komplety dla Ani, zrobione z merynosowej włóczki Peo. Pierwszy zestaw, w ciemnoróżowym kolorze, to narzutka–ponczo oraz luźna, ażurowa czapka. Zdjęcia na czarnym tle, w uroczej kawiarni, budzą teatralne skojarzenia i wrażenia.

Drugi komplet, w kolorze turkusowym, to długi szal zrobiony wzorem pawie oczka. Jako że miałam zapas włóczki, zrobiłam dwie czapki. Zdjęcia powstały w warunkach zimowych, domowych, na manekinie.

I na koniec — skarpety, które zrobiłam w ramach gwiazdkowych prezentów. Dowód na to, że to bardzo wdzięczna do fotografowania forma: dobrze wychodzi na płasko, jeszcze lepiej na nodze, łatwo doświetlić niewielki kadr.

To tyle. Wszystkim czytającym życzę dużo zdrowia — dbajcie o siebie 😊