Strony

środa, 20 maja 2026

Truskawki z bitą śmietaną, koperta i esy-floresy

Mija maj — miesiąc intensywny, nasycony, choć chwilami jakby nienasycony. Potrafi być nieprzewidywalny i szalony, dopieszcza ciepłem albo przedłuża bezlitosny chłód, a przede wszystkim obdarza oszałamiającym pięknem — w kolorach kwiatów, w cudownie świeżej, soczystej zieleni, w zapachu bzu. Naprawdę jest wyjątkowy. Jednak jest coś, w czym ani trochę nie różni się od innych miesięcy — to upływ czasu. Ani się człowiek obejrzy, a już ranek zamienia się w wieczór, w kolejny dzień, tydzień. Wiele się u mnie dzieje w tym miesiącu, do codziennego rytmu i ważnych wydarzeń dawno już zaplanowanych dochodzą dodatkowe, nowe sprawy. Narzekanie na pędzący czas uczę się zamieniać w zauważanie i docenianie tego, jak wiele się już wydarzyło i wciąż wydarza.

Na pewno czas nie przecieka mi przez palce, jeśli już, to przez moje palce przepływają kolejne metry włóczek i zamieniają się w różnorakie dzianiny — dla mnie, dla bliskich.

Jest w tej dziewiarskiej pasji tak jak w życiu. Do codziennego robienia na drutach i ważnych dzianin dawno już zaplanowanych dochodzą dodatkowe, nowe projekty. Taki podział, jak każdy inny, pomaga uporządkować i ogarnąć szersze tematy, ale umówmy się — jest to bardzo umowne, a nawet płynne, bo zarówno w zakresie rękodzieła, jak i życia w ogóle wszystko się przenika i przeplata. To, co codzienne, jest nawet ważniejsze niż wyjątkowe wydarzenia, a to, co nowe, dodatkowe, może wpleść się w codzienność i zostać w niej na dłużej. Plany mogą stanowić kierunkowskazy, zdarzają się jednak zmiany kursu, czasem korekty i powroty. Jak mówi mądre powiedzenie: „jedyną stałą rzeczą jest zmiana”. Jak to się odnosi do mojego robienia na drutach, które stało się nomen omen stałym elementem prawie każdego dnia? Otóż w tej niezmienności wciąż zmieniają się włóczki, kolory, projekty, pomysły — nawet jeśli się powtarzają, to każdy z nich jest inny.

Dziś opowiem o dwóch dzianinach, które wpadły na druty dość spontanicznie, odsuwając na bok inne — większe, trudniejsze, wcześniej zaplanowane.

Sweterek dla Kingi nie był taki znowu niespodziewany. Wiedząc, że z paru innych sweterków wnuczka już wyrosła, w głowie opracowywałam i dopracowywałam pomysły na nowe dzianinki — i to różne, do wyboru. „Babciu, możesz mi to zrobić, ale kiedyś, teraz chciałabym sweterek w truskawki”. No cóż, będąc babcią, trochę mylę tryby😉 I tryb przypuszczający przekładam natychmiast na rozkazujący. Oczywiście będą truskawki, tylko sprawdzę, jakie mam włóczki. Mam wystarczającą ilość miłej dla oka śmietankowej bieli, znajduję też odpowiednią czerwień, taką z połyskiem, matową tweedową zieleń i żółtą bawełnę z wiskozą na kropeczki, lekko połyskującą. Mało tego — do truskawek dodaję bitą śmietanę z miękkiej fantazyjnej włóczki, która została z anielskich skrzydeł. Żakardowe truskawki zamieszczam na przodzie i po jednej na rękawach, przy dekolcie wplatam czerwoną nitkę, przy rękawach — zieloną.

Sweterek powstawał spontanicznie, dynamicznie. I taka też była sesja zdjęciowa — nieplanowana, lecz całkiem udana. Załapała się również spódniczka w esy-floresy, o której pisałam w poprzednim poście. Dzieci nie lubią pozowania i ja też za tym nie przepadam, więc tym bardziej cieszę się ze zdjęć zrobionych bez specjalnego szykowania, korzystając ze wspólnego czasu i włożonych akurat dzianin.

Druga rzecz to… koperta. W mojej dziewiarskiej karierze niejedną nietypową rzecz wykonywałam, ale nigdy czegoś takiego jak koperta. Pomysł podsunął mój mąż, gdy zastanawialiśmy się nad prezentem na komunię, na którą nie mogliśmy pojechać z powodu innej komunii. Biała bawełniana włóczka, prosta forma, bez żadnego wzoru — po prostu w oparciu o wyobrażenie zwyczajnej koperty. To była czysta radość — móc robić coś innego, coś nowego. Kopertę zrobiłam na drutach samymi prawymi oczkami, a brzegi wykończyłam szydełkiem. I jeszcze na koniec coś, co po prostu uwielbiam — wybór guziczka, takiego, który byłby jak kropka nad „i”.

I to tyle na dzisiaj, pozdrawiam serdecznie😊





















środa, 29 kwietnia 2026

Przeplatanie

Tegoroczna wiosna, wciąż chłodna i sucha, trochę opieszała, a kwiecień plecień w swym przeplataniu jakoś nie bardzo sięga po letnie nitki. A jednak z każdym dniem natura rozkwita, może trochę później niż w ubiegłych latach, ale nie mniej entuzjastycznie niż zwykle. Gałęzie drzew okrywają się pąkami, kwiatami, liśćmi. Z posadzonych jesienią cebul wyrastają nowe kwiaty… Zwyczajny porządek rzeczy, a zarazem cudowność przeplatania tego, co stare i nowe w naturze. Widzę to w przyrodzie, widzę w mojej pasji i w życiu w ogóle. Coś przychodzi, coś odchodzi, coś trzeba zostawić, zrobić miejsce na nowe. A najciekawsze jest to, że nie jest to sztywny podział, bowiem nic nie jest nowe ani stare raz na zawsze. Nowe cieszy, dodaje energii, nawet ekscytuje. Jak moje zakupione niedawno włóczki, jak kolejne pomysły na dzianiny. Lecz w tym samym czasie, gdy myślę o nowych twórczych działaniach, jednocześnie doceniam to, co nienowe. Wychodząc z domu w chłodny, wiosenny dzień, ubieram sweter, chustę i zwyczajnie cieszę się, że je mam, że wciąż mi służą; przypominam sobie, jak powstawały. Szczególne emocje pojawiają się w związku z przeróbkami, gdy trzeba jakąś rzecz pocerować albo coś w niej zmienić. Są ubrania w tajemniczy sposób rosnące razem z dzieckiem, ale najczęściej dzieci rosną same 😉 Zmiany rozmiarów nie dotyczą tylko dzieci. Pamiętam z dzieciństwa rozmowy mamy z jej siostrami dotyczące zwężania bądź poszerzania spódnic. W dziewiarstwie i w krawiectwie wspaniałe jest to, że można rzeczy pruć, poprawiać, wydłużać, zmieniać, po prostu je odnawiać.

Stare i nowe… Właśnie skończyłam wrabiać pasek do spódniczki. Ze wzruszeniem przypominam sobie, jak kilka lat temu moja wnuczka zapragnęła sukienki w esy-floresy. Mówisz – masz: znajduję świetny wzór, wyjmuję z pudeł kolorowe włóczki i robię sukienkę (klik). W szalonych kolorach esy-floresy są dla nas obu ekscytujące jak nie wiem co. Mija kilka lat, sukienka robi się za mała, pruję więc górę i dorabiam tułów z nowej włóczki. Znów mija kilka lat, esy-floresy są dalej fajne, lecz rozmiar za mały. Tym razem zmieniam sukienkę na spódniczkę, przy okazji uczę się nowego sposobu na elastyczny pasek dzianej spódnicy: szydełkiem wrabiam od wewnętrznej strony tzw. nicio-gumkę.

Wspomniałam wcześniej o tych rozmowach ciotek nad maszyną mamy. Miałam pewnie tyle lat, co moja wnuczka teraz. Ech, życie! Tyle lat, tyle doświadczeń. „Perspektywa czasu” – ten zwrot brzmi jakoś tak sztampowo, a oznacza coś niesamowitego: ogromny przywilej, możliwość zdystansowania się. Coś, co było wielce pożądane i ekscytujące, może okazać się czymś nieciekawym lub rozczarowującym albo po prostu z czasem przestanie być już ważne. Wracając po latach do książki, która kiedyś nas poruszyła, możemy już nie znaleźć w niej takich jak kiedyś wrażeń. Rzeczywistość się zmienia i my się zmieniamy, dlatego lubimy sięgać po nowe. To jest w naturze człowieka, ale nie wszystko nowe zostaje na dłużej. I bardzo dobrze – inaczej bylibyśmy oblepieni różnymi naleciałościami i coraz bardziej oddalalibyśmy się od siebie. Ważne jest dokonywanie wyboru: co zostawiam, z czego rezygnuję. Podoba mi się słowo „odsubskrybować” – jest jakby historią o pewnej fascynacji, wejściu w jakąś rzeczywistość i o rezygnacji, która jest jednym kliknięciem, lecz w brzmieniu tego słowa słychać oskrobywanie z tego, czego już się nie chce więcej.

Każdy rok, każdy dzień coś daje, coś zabiera. Z tego, co przynosi los, i z tego, co wybiera się samemu, splata się unikatowa tkanina życia; niektóre wątki się wzmacnia, utrwala, powtarza, inne zostawia. I każdego dnia na nowo trwa to tworzenie, a może raczej współtworzenie. W tych przeplatających się i mijających cząstkach życia tym cenniejsze są te, które przetrwały tzw. próbę czasu – nie tylko trwałe przedmioty, ale, co ważniejsze, przyjaźnie, znajomości.

Po tej porcji filozofowania, pod wpływem małej dziecięcej przeróbki, przejdźmy do przyziemności dziewiarskiej. Najlepszym uziemieniem będą zwyczajne skarpetki, dwie pary. Jedne z połączenia wielobarwnej Himalaya Bamboo Socks z dodatkiem różowej Performance Cool Wool, drugie – stopki z włóczki skarpetkowej z bawełną Lana Grossa Point Stretch. 

Pozdrawiam serdecznie, a szczególnie ciepło osoby, które odwiedzają mnie tutaj od dłuższego czasu:-) 


























wtorek, 7 kwietnia 2026

Duża róża

Wchodząc w poświąteczną codzienność, wracam do spraw dziewiarskich z jakąś dziwną potrzebą porządkowania – dzianinowych projektów, planów, a nawet myśli na ich temat. Sam blog nie wymaga odkurzania – ostatnio jestem tu często, z moimi dzianinami i refleksjami. Pojawiają się jednak nowe rzeczy i sytuacje, które coś pokazują, czegoś uczą, coś utrwalają albo wręcz przeciwnie – domagają się przeorganizowania dotychczasowych ustawień. Czasem wystarcza świeże spojrzenie na to, co jest takie, jakie jest. Niezmiennie ciekawi mnie ta dynamika.

Dziś na przykład – w związku z niebieską kamizelką przeznaczoną do tego odcinka – zatrzymuję się przy popularnym zwrocie opisującym moją pasję: „przyjemne z pożytecznym”. Dwa w jednym, ale do reklamy by się nie nadawało 😉 – trochę zbyt grzeczne, nawet nudne, pozbawione swobody i rozmachu. A jednak, gdybym miała wybierać między „przyjemnym z pożytecznym” a „udręką i ekstazą”, byłabym zdecydowanie bliżej tego pierwszego. Jest po prostu prawdziwe. I przyjemność, i pożyteczność zawierają się w każdej z moich prac. Miewam także momenty udręki, uniesień i innych silnych emocji. Prawda jest taka, że z tym moim babcinym hobby bawię się jak dziecko. I wciąż się uczę, eksperymentuję.

Na przykładzie dzisiejszej dzianiny opowiem o splatających się ze sobą przyjemnościach, pożytkach, eksperymentach i zaskoczeniach. W marcu grupa Posplatane zorganizowała wspólne splatanie wzorów regionalnych z wykorzystaniem haftu istebiańskiego, opracowanego przez Ewę Kłos Instagram

Na stronie Posplatane (link) można znaleźć więcej informacji oraz wspaniałe dzianinowe interpretacje tego wzoru. Jedną z pierwszych dzianin z wykorzystaniem motywu róży istebiańskiej była narzutka wykonana przez Ewę z włóczki z suri alpaki Sesia Oliver. 

Suri… Hmm… Obudziły się we mnie dobre skojarzenia – ze swetrem, który lata temu zrobiłam z tej włóczki, z jego przyjemnym ciepłem i kolorem. Wracają też obrazy: sytuacje, osoby, dobre rozmowy. Ten prosty, luźny sweterek sprułam, gdy trochę się porozciągał, a teraz, gdy zatęskniłam za tym włóknem i za tym błękitem, wyjęłam czekające od lat moteczki.

Wiedziałam, że do codziennego noszenia potrzebuję czegoś prostego, surowego w formie, bez rękawów. Pomyślałam więc, że tę prostą kamizelkę ozdobię haftem. I tu pojawiły się dwie niespodzianki. Pierwsza dotyczyła skali – ze względu na grubsze włókno i inną próbkę wykorzystałam tylko fragment wzoru. Duża róża stała się więc jedynie częścią większej całości.

Druga niespodzianka – a zarazem eksperyment – dotyczyła samej tej róży. Nigdy wcześniej nie nosiłam ubrań z dużymi emblematami. Jeśli sięgałam po większe wzory, to tylko w spódnicach, toteż nie wiedziałam, czy taka dzianina będzie mi się podobała, ani czy będę ją chętnie nosić. Żeby się przekonać, postanowiłam to wykonać – w końcu kto dziewiarce zabroni 😉

Samą kamizelkę z dłuższym tyłem i wysokimi ściągaczami zrobiłam według bezpłatnego wzoru Unexpected Garnstudio. Wiedząc, że będę ją nosić do błękitnych rzeczy, do wyszycia róży wybrałam błękitną moherową włóczkę z zapasów. Przyjemnością była sama praca – z włóknem, wzorem, haftem na oczkach. Przyjemnością okazało się także noszenie tej dzianiny, a była to przyjemność połączona z pożytecznością. Kamizelka stała się moim domowym przyodziewkiem, odpowiednio grzejącym, a jednocześnie pozostawiającym wolne ręce.

Mijały tygodnie, a ja wciąż nie miałam odpowiednich warunków do zrobienia zdjęć tej dzianiny – czasu, miejsca, światła, ciepła. Wyobrażałam sobie, jak bardzo będzie to pasowało do jasnej koszuli, do lekkich błękitnych spódnic, szerokich letnich spodni… Tymczasem nic nie wskazywało na warunki pogodowe dla takich ubiorów, toteż zamiast dopasowywać ubrania do kamizelki, postanowiłam włożyć ją do tego, co miałam – do takiej pogody, jaka właśnie była – i przy okazji zrobić zdjęcia.

Udało się. Nad jeziorem przeszywający wiatr targał włosy i – bardziej niż do pozowania – zachęcał do tego, by jak najszybciej ubrać z powrotem kurtkę 😉, a przede wszystkim wrócić do wspólnej rozmowy i kontynuować spacer. Następnego dnia udało się zrobić zdjęcie kamizelki z sukienką, w scenerii starego miasta. Na jednej z witryn rozwieszona była tkanina z ludowymi motywami kwiatowymi – te róże musiały pojawić się razem na jednym zdjęciu.

Na początku wspomniałam o porządkowaniu, więc i na koniec poruszę ten temat. Za chwilę wstanę od ekranu i będę prać dzianiny, długo czekające na taką ciepłą i wietrzną pogodę. Mówimy czasem: „wyjdzie w praniu” – w dziewiarstwie nie wszystko wychodzi w dosłownym praniu, raczej tylko nadmiary barwników, reszta ujawnia się w noszeniu, w codziennym użyciu.

Prosty zwrot „okazuje się” jest bardziej uniwersalny, ale w kontekście dzianin przywodzi mi na myśl zdjęcia, publikowanie prac w jak najlepszym świetle – jako „okaz na pokaz”. Oczywiście też to znam. Jednak dzianina użytkowa musi sprawdzić się w praktyce – i taka właśnie okazała się ta kamizelka z motywem róży 😊

Oto ona: 

















wtorek, 24 marca 2026

Szaliczek damasceński

 W pierwszych słowach mojego wpisu pozwolę sobie wyrazić zdziwienie własną aktywnością na blogu w ostatnim czasie — prezentowaniem dzianin właściwie na bieżąco i spontanicznym pisaniem tekstów.

Gdy siadam do pisania, wtedy między własnymi myślami a odgłosami klawiatury pojawiają się kolejne zdziwienia. Już nie chodzi o tę systematyczność ostatnich tygodni czy miesięcy, ale o coś więcej — o szerszą perspektywę. Wciąż zaskakuje mnie, że w dziewiarskiej pasji znajduję tak wiele uniwersalnych odniesień i konkretnych aluzji do życia. Tematyka ta wciąż mnie kręci, a ja z każdą kolejną dzianiną się rozkręcam, choć bywa też, że się wkręcam, czasem wykręcam, zakręcam — czyli pruję i poprawiam, tak jak wczoraj z kieszeniami swetra. Ale nie o tym swetrze dzisiaj, a nawet nie o pruciu — wręcz przeciwnie, o niepodjęciu prucia w sytuacji, która na takie rozwiązanie wskazywała. Zanim opowiem o szczegółach, wrócę do tych ogólnych metafor, do powiązań pasji z życiem.

Ujmę to tak: planując coś nowego, korzystam z tego, co już mam — umiejętności i materiału — i sięgam po to, czego mogę nauczyć się od kogoś innego — wzór — i splatam to razem. W efekcie wzbogaca się moje doświadczenie, warsztat oraz szafa. Choć z fizycznego punktu widzenia, w sytuacji wykorzystania posiadanej już włóczki, objętość włóczkowa nie ulega zmianie, to dodatkowo przybywa satysfakcji. Czy to kwestia fizyki, chemii, czy raczej dziewiarskiej alchemii? To dobry moment, by zamiast wkręcać się w niejasne dywagacje, przejść do części dzianinowej i przedstawić szaliczek „Stal damasceńska”.

Opowieść o tej niewielkiej dzianinie wiąże się z konkretnymi pytaniami: dlaczego, po co i co z tego? Zwłaszcza to ostatnie pytanie przyniosło zaskakująco pozytywną odpowiedź, co pokażą zdjęcia. Oryginalny, intrygujący wzór stali damasceńskiej, opracowany przez  Barbarę Kwater atelier022, zachwycił mnie w dzianinach autorki — dwóch wspaniałych swetrach i szaliczku. Zobaczyłam ten nieregularny wzór jako idealny do jednej z moich przyszłych dzianin i postanowiłam zapoznać się z nim, wykonując szaliczek.

Co do przyszłych planów na dzianinę z cienkiej włóczki, dość szybko zorientowałam się, że niekoniecznie moja wizja byłaby kompatybilna ze stalą damasceńską. Wzór ten najlepiej uwydatnia swoją urodę w mięsistej, wyrazistej włóczce. Wyjęłam więc grubaskowy motek włóczki, którą niedawno dostałam, w moim ulubionym, wrzosowo-różowym kolorze, bez banderoli. Najprawdopodobniej to mieszanka bawełny z akrylem, a więc mimo grubości niezbyt grzejąca — w sam raz na tę porę roku.

Nie miałam wielkich oczekiwań co do tej dzianiny — właściwie miała to być taka kwestia techniczna, rozgrzewka. Wzór, będący kombinacją oczek prawych i lewych, wymagał jednak uważności, toteż między „i-cordowymi” brzegami szaliczka starannie podążałam za instrukcją. Podobała mi się struktura wyłaniającego się wzoru, z przyjemnością patrzyłam na kolor. Przypomniałam sobie o róży damasceńskiej — i nagle to zestawienie wydało mi się nieprzypadkowe: różowej włóczki i stalowego wzoru, jakby miękkość i trwałość mogły mówić wspólnym językiem.

Pierwszy schemat wykonałam bez problemu, za jednym posiedzeniem. Nie mogłam się doczekać ciągu dalszego, ale jakoś tak się złożyło, że usiadłam do drutów po długim, trudnym dniu — pomyliłam stronę prawą z lewą i w ogóle się pogubiłam. Dopiero kolejne podejście, już z jasną głową, pozwoliło mi wczuć się we wzór i z przyjemnością kontynuować pracę zgodnie z opisem. Do czasu.

Nagle zorientowałam się, że na pewno nie wystarczy mi włóczki na wykonanie całego wzoru. Z grubej włóczki szybciej ubywało motka, niż przybywało szalika. Mogłam spruć i zacząć z czegoś innego, ale podeszłam do tego inaczej. Przerzuciłam się na improwizację i dokończyłam z tego, co miałam.

Powstał niesymetryczny szaliczek, który bardzo polubiłam — dopasował się i do pogody, i do wielu moich ubrań. Ostatnio założyłam go na niedzielny spacer. Było słonecznie, więc wybrałam się bez czapki — trochę tego pożałowałam, bo wiał chłodny wiatr. Okazało się wówczas, że tym niewielkim szaliczkiem można się całkiem konkretnie owinąć — albo przez opatulenie głowy i szyi, albo jeszcze wygodniej — po prostu wiążąc go z tyłu głowy.

Prognozy mówią, że czekają nas chłodniejsze dni, a więc dzianiny wciąż na czasie. Pozdrawiam ciepło i życzę dobrego, wiosennego czasu.

 



















wtorek, 17 marca 2026

Płodozmian

 Po kilku ciepłych, słonecznych dniach wróciła chłodniejsza pogoda. Wystawiając nos w stronę słońca, chciało się myśleć, że skoro już coraz bliżej wiosny, to może być tylko cieplej. Co tam prawdopodobieństwo. Co tam doświadczenie minionych lat czy prastare przysłowie o marcowym garncu. Liczyła się ta chwila w promieniach słońca, w powietrzu wiosenny już zapach i bezdyskusyjnie entuzjastyczny śpiew ptaków. Czułam, jakby ta radość była współdzielona – z wychodzącymi z ziemi roślinami i z kolorami wszystkich bratków.

Tymczasem temperatura spadła, trzeba cieplej się ubrać, mieć na głowie czapkę, zwłaszcza rano. Jednak mimo tego chłodu ptaki nie przestały śpiewać, a kwiaty coraz bardziej cieszyć oczu.

Miałam na dziś plany plenerowe, ale zmodyfikowałam je z powodu pogody. Zostałam w domu i stwierdziłam, że to dobry moment, by pokazać na blogu dzianinowe akcesoria zrobione u schyłku zimy.

Szal z przedwiosennym pejzażem, o którym pisałam w poprzednim poście (klik), przez swoje zmienne pasy pasuje także jako ilustracja mojego podejścia do dziewiarskiej pasji. Jak wielokrotnie pisałam, lubię płodozmian. Przeplatanie różnych rodzajów dzianin sprawia, że nigdy nie ma nudy. Lepiej się czuję, gdy mam na drutach ze trzy robótki. Zawsze jest ta jedna, najważniejsza aktualnie praca, a poza tym są też inne w tle, czekające albo na rozwinięcie akcji, albo na zakończenie. Są takie, które wymagają czasu, spokoju i warunków do skupienia, inne zaś – tzw. robótki telewizyjne – sprzyjają uspokojeniu, wyciszeniu. Zdarzają się też projekty pilne, ważne, choć nieplanowane.

Właśnie taki wpadł mi na druty, gdy pracowałam nad szalem. Już rozkminiłam rzędy skrócone, już ustaliłam, jak mają układać się pasma, i zaczęłam się rozkręcać, gdy wnuczek oznajmił: „chciałbym rękawiczki i czapkę”. Tego samego dnia wieczorem chwyciłam za druty, odkładając wcześniejszą pracę. Swoją drogą mój szal nie poleżał zbyt długo odłogiem, bowiem zamówienie Karola robiłam trochę w pośpiechu, żeby dziecko zdążyło jeszcze ubrać wymyślone przez siebie dzianinki. I czapka, i rękawiczki miały powstać na podstawie jego pomysłu. Czapka miała być z pomponem, z dwoma paskami. „Nuda” – pomyślałam – i znalazłam wzór również paskowy, ale z zygzakami, który spodobał się Karolowi. Rękawiczki miały mieć czubki dużych palców w innym kolorze, a na wierzchu każdej ręki oczka i buźkę. Tutaj, bez konsultacji z autorem projektu, dodałam jeszcze kuleczkowy nosek i zmieniłam linię ust – prostą kreskę zastąpiłam uśmiechem.

Zadowolona z efektu pokazałam Karolowi rękawiczki, lecz jego mina nie przypominała tej z rękawiczki. Miało być inaczej, bez noska i usta proste. Na szczęście nie był to żakard, tylko haft, który mogłam zmienić, więc zmieniłam. Zgodnie z pomysłem Karola.

I tak oto w dziewiarskiej przygodzie znalazła się lekcja o tym, że każdy ma swoje wyobrażenia, wizje, o tym, że to, co dla jednego jest lepsze, dla drugiego niekoniecznie. To też lekcja o słuchaniu. O porozumieniu. Bo nie chodzi o to, że zawsze każdy musi pozostać przy swoim.

Patrząc na historię tego zamówienia – czapka dostała dużo więcej zmian w porównaniu do pierwszego pomysłu, moje propozycje spodobały się Karolowi. Z całego kompletu jest zadowolony, dzianinki zdążyły się już sprawdzić w noszeniu.

Kolejną dzianiną są skarpety dla męża, zrobione z wdzięcznej włóczki Alize Wooltime. To skarpety robione na miarę, przymierzane w trakcie pracy, z klasyczną piętą z klapką i ściągaczem 2x1, który dobrze trzyma i daje pewne urozmaicenie, bo inaczej wygląda po wywinięciu.

Obecnie na tapecie mam kilka projektów, tak jak lubię: jeden własny, z głowy, drugi z gotowego wzoru, trzeci mieszany, łączący wyobrażenia wnuczki i moje. Bardzo jestem ciekawa, co z tego wyjdzie albo wzejdzie jak w ogródku. Jak się uda? Kiedy skończę, kiedy tu pokażę? Czas pokaże.

Dziękuję za wszystkie dobre słowa i bardzo ciepło pozdrawiam 😊






















czwartek, 12 marca 2026

Swoją drogą

Z moimi drutami jest trochę tak jak z książkami. W danym momencie najważniejsza jest ta obecna – czy to lektura, czy robótka. Ma ona jednak powiązania z poprzednimi, które zawsze zostawiały coś po sobie, poruszały emocje, kształtowały gust, wzbogacały wiedzę.

Czasem uświadamiamy sobie, że do czegoś nie chcemy już wracać, a czasem nabieramy apetytu na więcej, wybiegamy w przyszłość, planujemy. Rozpatrujemy różne możliwości i wiemy, że trzeba dokonać wyboru: na co się zdecydować, a co sobie darować. I już w samych tych słowach jest pocieszenie po wszystkich niepodjętych działaniach.

Darować sobie brzmi jednakowo ładnie jak i dać sobie spokój. Korzystam więc z tych darów nie tylko w dziewiarstwie. Wiedząc, że ręcznie robione dzianiny są czasochłonne, starannie wybieram kolejne projekty, ciesząc się każdą chwilą z drutami. Nie ścigam się, nie biorę udziału w zawodach, nie mam ambicji produkowania na akord (aczkolwiek ostatnia moja praca trochę przypomina akordeon 😉).

Proces wyboru tego, co będę robiła na drutach, jest osobną dziewiarską przygodą. Potrzeby, możliwości, marzenia, zamówienia, inspiracje, pomysły – wszystkie wirują w szalonym tańcu, z którego mam wyłowić to, w co się zaangażuję swoimi rękami, głową, wyobraźnią i moim czasem.

A pomysłów mam niemało: niektóre konkretne, z wydrukowanymi już wzorami; inne również konkretne, lecz nie wymagające instrukcji – chusty, czapki, swetry, skarpety, skarpety. Te skarpety dwa razy specjalnie napisałam, bo mogłabym ich robić wiele, dużo więcej niż dwie pary.

Miewam jeszcze innego rodzaju pomysły, mniej sprecyzowane, są one trudne i zarazem pociągające. Tym razem w tej kategorii znajdują się poszukiwania w ramach projektu Polskie Wzory w Dziewiarstwie.Ujęcie współczesne, powstałego z inicjatywy Barbary Kwater. 

Przeniesienie motywów związanych z polskim dziedzictwem do dzianiny to fenomenalny pomysł. Uczestnicząc w pracach grupy Posplatane, poznaję lub odkrywam na nowo skarby naszej kultury, jej bogactwo i różnorodność odbijające się w przedmiotach codziennego użytku, w sztuce, w przyrodzie. Odkrywam też w sobie żarliwą tęsknotę za tym, by wpleść w moje dzianiny elementy rodzimej kultury, przyrody – tego, co mnie ukształtowało, z czym jestem wciąż związana.

Polne maki, chabry, dzikie róże, wcześniej pelargonie – te rośliny już są w moich dzianinach. Będę do nich wracać, będę pracować nad innymi.

Pochylam się nad detalami i myślę, jak połączyć więcej elementów w jednej spójnej formie. Mam pewne wizje, wiem, jak mogłyby te dzianiny wyglądać, jakie motywy zawierać, lecz zarówno technicznie, jak i kompozycyjnie są wciąż nieokreślone.

Mijają dni, tygodnie, zmieniają się pory roku. Z Internetu wyskakują mi misterne dzianiny w etno-trendzie albo żakardowe obrazy natury o takim stopniu skomplikowania, że głowa mała. Zapisuję te bajeczne motyle albo jemiołuszki w jarzębinach i inne cuda z całego świata. Zachwycam się nimi, ale nie jest to coś, co chciałabym osiągnąć.

Jak już wspomniałam, moje pomysły są jeszcze niedookreślone. Nie wiem, czy zdecydować się na żakard, intarsję, kombinację prawych i lewych oczek czy haft na dzianinie. Szczerze mówiąc, jakoś nic z tego mi nie pasuje. Czuję się, jakbym stanęła na rozdrożu. Odkładam wszystkie dzianinowe myśli i obrazy, zostawiam temat, odpuszczam. Skupiam się na tym, czego oczekuje ode mnie życie.

……

Jest pogodny lutowy dzień. Jadę do rodziców i patrzę na błękitne niebo, na pola gdzieniegdzie pokryte jeszcze śniegiem, na cieniowane połacie pejzażu. Nieregularne, harmonijnie ułożone pasy – od zawsze bardzo podobał mi się ten widok.

Nagle olśniło mnie, że właśnie takie pasiaki chcę zrobić na drutach – włóczką namalować drogi, pola, pagórki. Błyskawicznie przyszedł mi też do głowy pomysł, jak technicznie poprowadzić te nieregularne bruzdy pól – rzędy skrócone!

To było jak nagły błysk, więc tak naprawdę nie wiem, czy ten pomysł na rzędy skrócone przyszedł drogą ekspresową krajową, czy może polną dróżką albo jakąś ścieżką na skróty.

Wieczorem, po powrocie do domu, nabrałam oczka na druty, żeby chociaż spróbować, czy to możliwe. Wciąż nie wiedziałam, jak to ogarnąć, jak zdyscyplinować przejścia i brzegi. Od czego zacząć? Hmm… najlepiej od początku.

Na przykład od prostego prostokątnego szala – ta forma często jest pierwszą pracą wykonywaną na drutach. Potem będą inne szale, inne swetry, inne pasma, pola, pory roku i kolory. Aktualnie pejzaż na mojej dzianinie ma kolorystykę zbliżoną do tej, którą zobaczyłam w naturze.

Z własnych zapasów wybrałam pasujące włóczki. Zaczęłam od ziemistej, dodałam też bieli na śnieg – wcale nie śnieżnej. Potem dołączyłam zieleń: najpierw spłowiałą, potem ciemną, jodłową, i wreszcie doszłam do błękitu nieba, do białych pasm obłoków. W połowie odwróciłam kolejność, aby kompozycja była symetryczna.

Ubierając ten szal, mogę mieć głowę w chmurach, nie tracąc ugruntowania i kontaktu z ziemią 😊

Do tego krajobrazu wybrałam włóczki z tego, co miałam. Najbardziej ucieszyło mnie użycie włóczki Limba Feine Merinowolle SSK. Kilka lat temu kupiłam dwa moteczki z przekonaniem, że są mi one bardzo potrzebne, choć nie wiedziałam do czego. Nigdy nie byłam fanką bukli, nie zachwycił mnie też bury kolor – dziwne to było.

Teraz okazało się, że właśnie ta dziwna przędza kolorem i strukturą idealnie tworzy obraz grud ziemi, a że to merynos, jest też bardzo miła dla ciała. Dodałam do tego cieniuteńką, merynosową niteczkę Sesia Finissimo w identycznym kolorze.

Pozostałe użyte włóczki to również naturalne włókna: merynosy i alpaki, trochę kaszmiru – Holst Garn Titicaca, Alpaka i Flora Drops, Hot Socks Pearl Grundl.

Niby zwyczajny szal, a dla mnie to dzianina wyjątkowa, osobista. Ten krajobraz nie jest przecież moją własnością. Mam nadzieję, że Wam też coś przypomina, a może nawet porusza jakieś dobre struny…

A oto i ten szal – zdjęcia na balkonie, w lesie i na łąkach, wiele kilometrów od tamtych pól. Tutaj też dobrze się wpisuje.