Strony

wtorek, 9 czerwca 2026

Makowiec

I oto mamy czerwiec. Uroda tego miesiąca rozkwita bujnością wszelakich kwiatów. Są wśród nich także maki, zachwycające wyrazistą, beztroską czerwienią, przykuwające uwagę, prowokujące uśmiech. Nie ma znaczenia, czy to wypielęgnowany ogród, ruderalne nasypy czy łan zboża – z każdego miejsca uśmiecha się ta czerwień, zaprasza do radości.

Siadając do pisania tego tekstu, miałam prosty plan – przedstawić dzianinę rzeczowo i krótko – co, z czego i dlaczego, a jeszcze krócej napisać o mojej makowej fascynacji, wspominając posty, w których ten temat rozwijałam – ten i ten. Jednak, dotknąwszy klawiatury, czuję, że nie tędy droga, że ten minimalistyczny, sprytny plan nie wyjdzie, właściwie już go nie ma, bo na wstępie się rozpisałam. Mam wrażenie, jakby coś jeszcze domagało się napisania. Nawet nie wiem, skąd taki zwrot i czy to w ogóle poprawne, ale z ciekawości idę za tym, za tą intuicją, za myślą, jak za kolejnym kwiatem maku, który fotografuję, jak za następnym rzędem oczek w dzianinie. Zobaczyć, jak wyjdzie. A może to coś więcej? Może gdyby zlekceważyło się w sobie to, co się tak domaga, człowiek zacząłby niedomagać? Z pewnością kontakt z naturą i moje druty uwalniają mnie od wielu niedomagań ciała i umysłu.

Wszystkie wcześniejsze makowe słowa rozsiane na moim blogu są nadal aktualne, ale jednak z upływem czasu trochę się zmieniło. Mój zachwyt makami nie zmalał ani trochę, może nawet się pogłębił. Dowiedziałam się, jak rozpoznać pąk, który otworzy się nazajutrz, kiedy rozkwitający mak zrzuci zielony czepeczek i dlaczego nie siadają na nich motyle. Jednak mimo odkrywania kolejnych makowych tajemnic niezmiennie zdumiewa mnie to, co widziałam i wiedziałam od zawsze – że są wspaniałe, piękne i delikatne. A jak człowiek pomyśli, że mak ma tylko cztery bardzo cieniutkie płatki, z których potrafi zbudować mnóstwo pełnych, dynamicznych form, to już po prostu głowa mała. W tym roku w moich ulubionych miejscach wyrosło więcej maków niż kiedykolwiek wcześniej, jakby wiedziały, że będą mile widziane i uwieczniane na fotografiach. Swoją drogą z tych zdjęć mógłby już powstać dość gruby album.

Makowe motywy pojawiły się także w prezentach. Wzrusza mnie myśl, że ktoś wybrał tę rzecz specjalnie dla mnie, wiedząc o mojej makowej słabości, przy okazji wzmacniając naszą przyjaźń. Bukiet namalowanych maków zobaczyłam też na tle sceny podczas koncertu z okazji Dnia Matki, a choć nie było to specjalnie dla mnie, też mnie wzruszyło, a może właśnie tym bardziej. Zostawmy jednak te sentymenty, przejdźmy do konkretów.

Od ostatniego makowego wpisu zaszła także zmiana na polu dziewiarskim – przybyła jedna duża dzianina. Jej to właśnie poświęcony jest ten wpis. Pomysł na sweter z wzorem moich maków dojrzewał powoli, czekał cierpliwie. Gdy pod postem, w którym pokazywałam makowy wzór, przeczytałam komentarz z sugestią swetra w maki, najpierw pomyślałam: „No nie, nie na sweter, gdzie ja bym w tym chodziła?”. I jak połączyć kolory? Nie chcę zbyt jaskrawo, no chyba że granat. Tak, mógłby być granat. Ale czerwień też jest piękna, żeby wpleść ją w codzienność, trzeba znaleźć dobre tło, może jakiś kamienny beż, szary brąz ożywiony czerwienią... Tak, to byłoby świetne. I takie obrazy malowały mi się w głowie przez jakiś czas. 

Aż nagle przyszedł mi do głowy pomysł na użycie włóczki Drops Daisy w kolorze ciemnoniebieskiej zieleni. Dobrze łączył się i z czerwienią, i z bladą zielenią przeznaczoną na łodygi i pąki. Chciałam zrobić sweter wygodny i ciekawy, zarówno wizualnie, jak i podczas pracy. Zdecydowałam się na raglan robiony od góry, który mogłam mierzyć w trakcie pracy. Jako że makowy motyw na tułowiu wymagał gładkiego tła, postanowiłam urozmaicić dzianinę w innych miejscach. Rękawy zrobiłam podwójnym ryżem, raglanowe plisy – ściągaczowymi pasami, które przedłużyłam po bokach swetra.

Plisę dekoltu wykonałam na podstawie tutorialu Barbary Kwater (link). Jest to nieco inny sposób na plisę z rulonikiem niż te, które robiłam wcześniej, trochę bardziej pracochłonny, ale wart tego wysiłku. Wygląda świetnie, trzyma całą górę i nie odkształca się w czasie noszenia.

W bokach swetra zrobiłam wpuszczane czerwone kieszenie, które przypominałyby otwierające się pąki maków. Nie wiedziałam, jak się to robi, nie znalazłam instruktaży, ale przecież nie zaczęłam robić na drutach wczoraj, stwierdziłam więc, że coś wymyślę.

W pierwszym podejściu kieszonki wyszły za wąskie, więc zaliczyłam prucie, ale cofnięcie się o kilka centymetrów nie bolało. Sweter robiłam bez korzystania z żadnego wzoru, lecz nie powiedziałabym, że na oko, bo wszystko mierzyłam i wyliczałam, dopasowując do swoich potrzeb.

Gdy na przodzie swetra zakwitły maki w dwóch odcieniach czerwieni, postanowiłam poczekać ze zdjęciami, aż pojawią się żywe maki. I oto są:
























  

środa, 3 czerwca 2026

Czasochłonność a zachłanność

Odkąd tylko nauczyłam się robić na drutach, wiem, że jest to czynność czasochłonna, toteż liczę się z tym przy każdej tworzonej dzianinie, licząc kolejne oczka. Czasami chciałabym szybciej zobaczyć efekt mojej pracy albo jakoś przyspieszyć cały proces. Zwykle w takich chwilach dzianina pochłania mnie jeszcze bardziej, mnie i moje chwile. Lubię ten stan, w którym mieszają się niepewność, zaangażowanie i ciekawość. Rękodzieło ma jednak to do siebie, że pewnych rzeczy nie można przyspieszyć. Taki energetyzujący koktajl pobudzenia w głowie raczej nie przyspiesza pracy rąk, ale sprawia, że działa się chętniej, przyjemniej i to nawet w tych etapach, które nie należą do ulubionych. Jeśli chodzi o mnie, to nie przepadam za nabieraniem oczek, nieszczególnie lubię też zszywanie dzianiny. W pierwszym przypadku dyskomfort jest krótki i przejściowy, znika niemal całkowicie pod wpływem patrzenia na nowo nabraną włóczkę i powstający z niej ścieg. Zupełnie inaczej jest ze zszywaniem elementów, które siłą rzeczy zostawia się na koniec całej pracy. Z doświadczenia wiem, że niesie ono niemałą odpowiedzialność za ostateczny kształt dzianiny. Ani trochę nie dziwi mnie w dziewiarskim świecie ogromna popularność swetrów bezszwowych, najczęściej robionych od góry, uważam to za absolutnie genialne rozwiązanie. Aktualnie takim sposobem dzieje się u mnie letnia bluzka, która bezceremonialnie weszła przed kolejkę, wyprzedzając trzy inne oczekujące dzianiny. Bez obaw, w tej mojej bajce nie ma sporów i kłótni o kolejkę, gdyż dzianiny nie rywalizują między sobą, jakby wiedziały, że każda włóczka, każdy projekt ma swoje przeznaczenie i swój czas. Mam wrażenie, że ta bluzka robiona od góry została mi podsunięta przez jakąś odgórną siłę dla odmiany, po wykonaniu dwóch dzianin robionych od dołu, zszywanych z części 😊. I właśnie te dwie rzeczy mają dziś swój czas na blogu. Jedna dla mnie, druga dla wnuczki. Łączy je to, że są zszywane i że każda z nich była dość czasochłonna, a wraz z poświęconym na nie czasem wchłonęło się wiele dobrych wrażeń i emocji. Przyznać jednak muszę, że to stwierdzenie dotyczy przecież każdego elementu mojej pasji, w zależności od projektu w różnym nasileniu, w różnych odcieniach. Jak dobrze mieć taką pasję!

Wykorzystując zapasy bawełnianych włóczek, zrobiłam sobie bluzę z plisą i kołnierzem, taką na niezbyt gorące wiosenne i letnie dni. Wykonałam osobno tył, potem przód rozdzielony na etapie plisy, następnie rękawy, a na końcu dorobiłam plisę i kołnierz. Linie ramienia kształtowałam przez odejmowanie oczek po bokach, fason był taki, jak chciałam, ale brzeg dzianiny z bliska wyglądał trochę nierówno. Aby uzyskać ładne połączenie elementów swetra, na każdym z nich zrobiłam łańcuszkową linię i dopiero to zszywałam. Warto było, efekt bardzo mi się spodobał. Nie było to jakieś trudne przedsięwzięcie, ale wymagało ono czasu i skupienia. Zupełnie nie nadawała się ta robótka do robienia w międzyczasie, do zabierania w drogę. Tak się akurat złożyło, że samo zszywanie trwało trzy dni. Również trzy dni robiłam tak małą rzecz, jak kopertę, którą pokazywałam w poprzednim wpisie (klik). Po prostu tyle to trwało, przez te kolejne dni wyławiałam wolne chwile i cieszyłam się tworzeniem dzianiny, czasem spokojnie, jakby odpoczynkowo, innym razem zachłannie i energicznie.

Ta czasochłonność sprawia, że rzecz powstająca powoli pod rękami chłonie również emocje, wrażenia i refleksje. Patrząc na moją siostrę w swetrze sprzed kilku lat, przypominam sobie chwile, gdy go robiłam, mój stan psychofizyczny, ogólne nastroje, a nawet fragmenty słuchanej wtedy powieści. Wartość dzianiny to nie tylko idealnie równe oczka, wzór czy dobra wełna, lecz także wpleciony w to wszystko wymiar niematerialny.

Z tym aspektem wiąże się kolejna dzianina – sweterek komunijny dla Kingi. Robiłam go z radością, ale nie ukrywam, że towarzyszyły mi pewne obawy, wydawało mi się, że sweterek na tę uroczystość powinien być jakiś taki „bardziej”. Na szczęście moje wątpliwości rozwiały się po rozmowie z wnuczką, która chciała bardzo prosty fason. Proponowałam jakieś falbanki, choćby przy rękawkach, ale nic z tego, zwyciężyła prostota. Razem przeglądałyśmy książki i magazyny ze wzorami, Kinga wybrała ażurowy ścieg „sweet violets”. I z tych słodkich fiołków miałam zrobić sweterek. Szukałam najbielszej bieli z naturalnych włókien, znalazłam, zamówiłam – lecz niestety włóczka okazała się nieładnie żółta w towarzystwie chłodnej bieli sukni. Dowiedziałam się przy tej okazji, że naturalna wełna nie poddaje się tak łatwo wybiel aniu, nie chciałam akrylowych włóczek, a co do bawełnianych obawiałam się twardości. Znalazłam jednak piękną i niezwykle miękką bawełnę Austermann Elida Organic Cotton, którą połączyłam z moherową nitką Gazzal Super Kid Mohair. Sweterek robiłam w częściach, od dołu, na końcu dorobiłam plisę i przyszyłam perłowe guziczki.

To ciekawe, że choć samo szycie ubrań jest szybsze niż robienie na drutach, to wprowadzenie szycia do dzianin ręcznych ani trochę tego procesu nie przyspiesza, wręcz przeciwnie. Jednak zastosowanie pewnych zasad krawieckich może być bardzo pomocne w kształtowaniu dzianiny. Tak było z tym komunijnym sweterkiem, który dopasowywałam do fasonu sukienki, do linii ramion, do kształtu rękawków, do miejsca talii i kokardy na plecach. Kluczowe były rękawy, tak żeby miały głębsze wszycie z przodu, to była całkiem nowa przygoda. Pojawiły się także marzenia o tym, by kiedyś nauczyć się szyć.

Nie wiem, jak to się stało, że nie zrobiłam żadnego zdjęcia, gdy sweterek wisiał na wieszaku na sukni, nie zrobiłam też zdjęcia na płasko. Będą więc zdjęcia takie, jakie są, z przymiarki i z komunii.

Jest jeszcze coś, co łączy te dwie dzianiny i co mnie samą dziwi – zazwyczaj gdy skończę jakąś dzianinę, to myślę, co mogłabym zrobić inaczej, lepiej – lecz nie tym razem. Gdy patrzę na sweterek Kingi, to myślę, że jest właśnie taki, jak powinien być. Tak samo jest z moją bluzą. Czy to kwestia fasonów, które opracowałam sama i modyfikowałam w trakcie pracy, czy może raczej ten czynnik nienazwany, w czasochłonności wchłonięte pozytywy? Skłaniam się ku temu drugiemu, a co do pierwszego – wciąż mam tak wiele do nauczenia się i całkiem sporo zachłanności do nauki dziewiarstwa 😉

























środa, 20 maja 2026

Truskawki z bitą śmietaną, koperta i esy-floresy

Mija maj — miesiąc intensywny, nasycony, choć chwilami jakby nienasycony. Potrafi być nieprzewidywalny i szalony, dopieszcza ciepłem albo przedłuża bezlitosny chłód, a przede wszystkim obdarza oszałamiającym pięknem — w kolorach kwiatów, w cudownie świeżej, soczystej zieleni, w zapachu bzu. Naprawdę jest wyjątkowy. Jednak jest coś, w czym ani trochę nie różni się od innych miesięcy — to upływ czasu. Ani się człowiek obejrzy, a już ranek zamienia się w wieczór, w kolejny dzień, tydzień. Wiele się u mnie dzieje w tym miesiącu, do codziennego rytmu i ważnych wydarzeń dawno już zaplanowanych dochodzą dodatkowe, nowe sprawy. Narzekanie na pędzący czas uczę się zamieniać w zauważanie i docenianie tego, jak wiele się już wydarzyło i wciąż wydarza.

Na pewno czas nie przecieka mi przez palce, jeśli już, to przez moje palce przepływają kolejne metry włóczek i zamieniają się w różnorakie dzianiny — dla mnie, dla bliskich.

Jest w tej dziewiarskiej pasji tak jak w życiu. Do codziennego robienia na drutach i ważnych dzianin dawno już zaplanowanych dochodzą dodatkowe, nowe projekty. Taki podział, jak każdy inny, pomaga uporządkować i ogarnąć szersze tematy, ale umówmy się — jest to bardzo umowne, a nawet płynne, bo zarówno w zakresie rękodzieła, jak i życia w ogóle wszystko się przenika i przeplata. To, co codzienne, jest nawet ważniejsze niż wyjątkowe wydarzenia, a to, co nowe, dodatkowe, może wpleść się w codzienność i zostać w niej na dłużej. Plany mogą stanowić kierunkowskazy, zdarzają się jednak zmiany kursu, czasem korekty i powroty. Jak mówi mądre powiedzenie: „jedyną stałą rzeczą jest zmiana”. Jak to się odnosi do mojego robienia na drutach, które stało się nomen omen stałym elementem prawie każdego dnia? Otóż w tej niezmienności wciąż zmieniają się włóczki, kolory, projekty, pomysły — nawet jeśli się powtarzają, to każdy z nich jest inny.

Dziś opowiem o dwóch dzianinach, które wpadły na druty dość spontanicznie, odsuwając na bok inne — większe, trudniejsze, wcześniej zaplanowane.

Sweterek dla Kingi nie był taki znowu niespodziewany. Wiedząc, że z paru innych sweterków wnuczka już wyrosła, w głowie opracowywałam i dopracowywałam pomysły na nowe dzianinki — i to różne, do wyboru. „Babciu, możesz mi to zrobić, ale kiedyś, teraz chciałabym sweterek w truskawki”. No cóż, będąc babcią, trochę mylę tryby😉 I tryb przypuszczający przekładam natychmiast na rozkazujący. Oczywiście będą truskawki, tylko sprawdzę, jakie mam włóczki. Mam wystarczającą ilość miłej dla oka śmietankowej bieli, znajduję też odpowiednią czerwień, taką z połyskiem, matową tweedową zieleń i żółtą bawełnę z wiskozą na kropeczki, lekko połyskującą. Mało tego — do truskawek dodaję bitą śmietanę z miękkiej fantazyjnej włóczki, która została z anielskich skrzydeł. Żakardowe truskawki zamieszczam na przodzie i po jednej na rękawach, przy dekolcie wplatam czerwoną nitkę, przy rękawach — zieloną.

Sweterek powstawał spontanicznie, dynamicznie. I taka też była sesja zdjęciowa — nieplanowana, lecz całkiem udana. Załapała się również spódniczka w esy-floresy, o której pisałam w poprzednim poście. Dzieci nie lubią pozowania i ja też za tym nie przepadam, więc tym bardziej cieszę się ze zdjęć zrobionych bez specjalnego szykowania, korzystając ze wspólnego czasu i włożonych akurat dzianin.

Druga rzecz to… koperta. W mojej dziewiarskiej karierze niejedną nietypową rzecz wykonywałam, ale nigdy czegoś takiego jak koperta. Pomysł podsunął mój mąż, gdy zastanawialiśmy się nad prezentem na komunię, na którą nie mogliśmy pojechać z powodu innej komunii. Biała bawełniana włóczka, prosta forma, bez żadnego wzoru — po prostu w oparciu o wyobrażenie zwyczajnej koperty. To była czysta radość — móc robić coś innego, coś nowego. Kopertę zrobiłam na drutach samymi prawymi oczkami, a brzegi wykończyłam szydełkiem. I jeszcze na koniec coś, co po prostu uwielbiam — wybór guziczka, takiego, który byłby jak kropka nad „i”.

I to tyle na dzisiaj, pozdrawiam serdecznie😊





















środa, 29 kwietnia 2026

Przeplatanie

Tegoroczna wiosna, wciąż chłodna i sucha, trochę opieszała, a kwiecień plecień w swym przeplataniu jakoś nie bardzo sięga po letnie nitki. A jednak z każdym dniem natura rozkwita, może trochę później niż w ubiegłych latach, ale nie mniej entuzjastycznie niż zwykle. Gałęzie drzew okrywają się pąkami, kwiatami, liśćmi. Z posadzonych jesienią cebul wyrastają nowe kwiaty… Zwyczajny porządek rzeczy, a zarazem cudowność przeplatania tego, co stare i nowe w naturze. Widzę to w przyrodzie, widzę w mojej pasji i w życiu w ogóle. Coś przychodzi, coś odchodzi, coś trzeba zostawić, zrobić miejsce na nowe. A najciekawsze jest to, że nie jest to sztywny podział, bowiem nic nie jest nowe ani stare raz na zawsze. Nowe cieszy, dodaje energii, nawet ekscytuje. Jak moje zakupione niedawno włóczki, jak kolejne pomysły na dzianiny. Lecz w tym samym czasie, gdy myślę o nowych twórczych działaniach, jednocześnie doceniam to, co nienowe. Wychodząc z domu w chłodny, wiosenny dzień, ubieram sweter, chustę i zwyczajnie cieszę się, że je mam, że wciąż mi służą; przypominam sobie, jak powstawały. Szczególne emocje pojawiają się w związku z przeróbkami, gdy trzeba jakąś rzecz pocerować albo coś w niej zmienić. Są ubrania w tajemniczy sposób rosnące razem z dzieckiem, ale najczęściej dzieci rosną same 😉 Zmiany rozmiarów nie dotyczą tylko dzieci. Pamiętam z dzieciństwa rozmowy mamy z jej siostrami dotyczące zwężania bądź poszerzania spódnic. W dziewiarstwie i w krawiectwie wspaniałe jest to, że można rzeczy pruć, poprawiać, wydłużać, zmieniać, po prostu je odnawiać.

Stare i nowe… Właśnie skończyłam wrabiać pasek do spódniczki. Ze wzruszeniem przypominam sobie, jak kilka lat temu moja wnuczka zapragnęła sukienki w esy-floresy. Mówisz – masz: znajduję świetny wzór, wyjmuję z pudeł kolorowe włóczki i robię sukienkę (klik). W szalonych kolorach esy-floresy są dla nas obu ekscytujące jak nie wiem co. Mija kilka lat, sukienka robi się za mała, pruję więc górę i dorabiam tułów z nowej włóczki. Znów mija kilka lat, esy-floresy są dalej fajne, lecz rozmiar za mały. Tym razem zmieniam sukienkę na spódniczkę, przy okazji uczę się nowego sposobu na elastyczny pasek dzianej spódnicy: szydełkiem wrabiam od wewnętrznej strony tzw. nicio-gumkę.

Wspomniałam wcześniej o tych rozmowach ciotek nad maszyną mamy. Miałam pewnie tyle lat, co moja wnuczka teraz. Ech, życie! Tyle lat, tyle doświadczeń. „Perspektywa czasu” – ten zwrot brzmi jakoś tak sztampowo, a oznacza coś niesamowitego: ogromny przywilej, możliwość zdystansowania się. Coś, co było wielce pożądane i ekscytujące, może okazać się czymś nieciekawym lub rozczarowującym albo po prostu z czasem przestanie być już ważne. Wracając po latach do książki, która kiedyś nas poruszyła, możemy już nie znaleźć w niej takich jak kiedyś wrażeń. Rzeczywistość się zmienia i my się zmieniamy, dlatego lubimy sięgać po nowe. To jest w naturze człowieka, ale nie wszystko nowe zostaje na dłużej. I bardzo dobrze – inaczej bylibyśmy oblepieni różnymi naleciałościami i coraz bardziej oddalalibyśmy się od siebie. Ważne jest dokonywanie wyboru: co zostawiam, z czego rezygnuję. Podoba mi się słowo „odsubskrybować” – jest jakby historią o pewnej fascynacji, wejściu w jakąś rzeczywistość i o rezygnacji, która jest jednym kliknięciem, lecz w brzmieniu tego słowa słychać oskrobywanie z tego, czego już się nie chce więcej.

Każdy rok, każdy dzień coś daje, coś zabiera. Z tego, co przynosi los, i z tego, co wybiera się samemu, splata się unikatowa tkanina życia; niektóre wątki się wzmacnia, utrwala, powtarza, inne zostawia. I każdego dnia na nowo trwa to tworzenie, a może raczej współtworzenie. W tych przeplatających się i mijających cząstkach życia tym cenniejsze są te, które przetrwały tzw. próbę czasu – nie tylko trwałe przedmioty, ale, co ważniejsze, przyjaźnie, znajomości.

Po tej porcji filozofowania, pod wpływem małej dziecięcej przeróbki, przejdźmy do przyziemności dziewiarskiej. Najlepszym uziemieniem będą zwyczajne skarpetki, dwie pary. Jedne z połączenia wielobarwnej Himalaya Bamboo Socks z dodatkiem różowej Performance Cool Wool, drugie – stopki z włóczki skarpetkowej z bawełną Lana Grossa Point Stretch. 

Pozdrawiam serdecznie, a szczególnie ciepło osoby, które odwiedzają mnie tutaj od dłuższego czasu:-) 


























wtorek, 7 kwietnia 2026

Duża róża

Wchodząc w poświąteczną codzienność, wracam do spraw dziewiarskich z jakąś dziwną potrzebą porządkowania – dzianinowych projektów, planów, a nawet myśli na ich temat. Sam blog nie wymaga odkurzania – ostatnio jestem tu często, z moimi dzianinami i refleksjami. Pojawiają się jednak nowe rzeczy i sytuacje, które coś pokazują, czegoś uczą, coś utrwalają albo wręcz przeciwnie – domagają się przeorganizowania dotychczasowych ustawień. Czasem wystarcza świeże spojrzenie na to, co jest takie, jakie jest. Niezmiennie ciekawi mnie ta dynamika.

Dziś na przykład – w związku z niebieską kamizelką przeznaczoną do tego odcinka – zatrzymuję się przy popularnym zwrocie opisującym moją pasję: „przyjemne z pożytecznym”. Dwa w jednym, ale do reklamy by się nie nadawało 😉 – trochę zbyt grzeczne, nawet nudne, pozbawione swobody i rozmachu. A jednak, gdybym miała wybierać między „przyjemnym z pożytecznym” a „udręką i ekstazą”, byłabym zdecydowanie bliżej tego pierwszego. Jest po prostu prawdziwe. I przyjemność, i pożyteczność zawierają się w każdej z moich prac. Miewam także momenty udręki, uniesień i innych silnych emocji. Prawda jest taka, że z tym moim babcinym hobby bawię się jak dziecko. I wciąż się uczę, eksperymentuję.

Na przykładzie dzisiejszej dzianiny opowiem o splatających się ze sobą przyjemnościach, pożytkach, eksperymentach i zaskoczeniach. W marcu grupa Posplatane zorganizowała wspólne splatanie wzorów regionalnych z wykorzystaniem haftu istebiańskiego, opracowanego przez Ewę Kłos Instagram

Na stronie Posplatane (link) można znaleźć więcej informacji oraz wspaniałe dzianinowe interpretacje tego wzoru. Jedną z pierwszych dzianin z wykorzystaniem motywu róży istebiańskiej była narzutka wykonana przez Ewę z włóczki z suri alpaki Sesia Oliver. 

Suri… Hmm… Obudziły się we mnie dobre skojarzenia – ze swetrem, który lata temu zrobiłam z tej włóczki, z jego przyjemnym ciepłem i kolorem. Wracają też obrazy: sytuacje, osoby, dobre rozmowy. Ten prosty, luźny sweterek sprułam, gdy trochę się porozciągał, a teraz, gdy zatęskniłam za tym włóknem i za tym błękitem, wyjęłam czekające od lat moteczki.

Wiedziałam, że do codziennego noszenia potrzebuję czegoś prostego, surowego w formie, bez rękawów. Pomyślałam więc, że tę prostą kamizelkę ozdobię haftem. I tu pojawiły się dwie niespodzianki. Pierwsza dotyczyła skali – ze względu na grubsze włókno i inną próbkę wykorzystałam tylko fragment wzoru. Duża róża stała się więc jedynie częścią większej całości.

Druga niespodzianka – a zarazem eksperyment – dotyczyła samej tej róży. Nigdy wcześniej nie nosiłam ubrań z dużymi emblematami. Jeśli sięgałam po większe wzory, to tylko w spódnicach, toteż nie wiedziałam, czy taka dzianina będzie mi się podobała, ani czy będę ją chętnie nosić. Żeby się przekonać, postanowiłam to wykonać – w końcu kto dziewiarce zabroni 😉

Samą kamizelkę z dłuższym tyłem i wysokimi ściągaczami zrobiłam według bezpłatnego wzoru Unexpected Garnstudio. Wiedząc, że będę ją nosić do błękitnych rzeczy, do wyszycia róży wybrałam błękitną moherową włóczkę z zapasów. Przyjemnością była sama praca – z włóknem, wzorem, haftem na oczkach. Przyjemnością okazało się także noszenie tej dzianiny, a była to przyjemność połączona z pożytecznością. Kamizelka stała się moim domowym przyodziewkiem, odpowiednio grzejącym, a jednocześnie pozostawiającym wolne ręce.

Mijały tygodnie, a ja wciąż nie miałam odpowiednich warunków do zrobienia zdjęć tej dzianiny – czasu, miejsca, światła, ciepła. Wyobrażałam sobie, jak bardzo będzie to pasowało do jasnej koszuli, do lekkich błękitnych spódnic, szerokich letnich spodni… Tymczasem nic nie wskazywało na warunki pogodowe dla takich ubiorów, toteż zamiast dopasowywać ubrania do kamizelki, postanowiłam włożyć ją do tego, co miałam – do takiej pogody, jaka właśnie była – i przy okazji zrobić zdjęcia.

Udało się. Nad jeziorem przeszywający wiatr targał włosy i – bardziej niż do pozowania – zachęcał do tego, by jak najszybciej ubrać z powrotem kurtkę 😉, a przede wszystkim wrócić do wspólnej rozmowy i kontynuować spacer. Następnego dnia udało się zrobić zdjęcie kamizelki z sukienką, w scenerii starego miasta. Na jednej z witryn rozwieszona była tkanina z ludowymi motywami kwiatowymi – te róże musiały pojawić się razem na jednym zdjęciu.

Na początku wspomniałam o porządkowaniu, więc i na koniec poruszę ten temat. Za chwilę wstanę od ekranu i będę prać dzianiny, długo czekające na taką ciepłą i wietrzną pogodę. Mówimy czasem: „wyjdzie w praniu” – w dziewiarstwie nie wszystko wychodzi w dosłownym praniu, raczej tylko nadmiary barwników, reszta ujawnia się w noszeniu, w codziennym użyciu.

Prosty zwrot „okazuje się” jest bardziej uniwersalny, ale w kontekście dzianin przywodzi mi na myśl zdjęcia, publikowanie prac w jak najlepszym świetle – jako „okaz na pokaz”. Oczywiście też to znam. Jednak dzianina użytkowa musi sprawdzić się w praktyce – i taka właśnie okazała się ta kamizelka z motywem róży 😊

Oto ona: 

















wtorek, 24 marca 2026

Szaliczek damasceński

 W pierwszych słowach mojego wpisu pozwolę sobie wyrazić zdziwienie własną aktywnością na blogu w ostatnim czasie — prezentowaniem dzianin właściwie na bieżąco i spontanicznym pisaniem tekstów.

Gdy siadam do pisania, wtedy między własnymi myślami a odgłosami klawiatury pojawiają się kolejne zdziwienia. Już nie chodzi o tę systematyczność ostatnich tygodni czy miesięcy, ale o coś więcej — o szerszą perspektywę. Wciąż zaskakuje mnie, że w dziewiarskiej pasji znajduję tak wiele uniwersalnych odniesień i konkretnych aluzji do życia. Tematyka ta wciąż mnie kręci, a ja z każdą kolejną dzianiną się rozkręcam, choć bywa też, że się wkręcam, czasem wykręcam, zakręcam — czyli pruję i poprawiam, tak jak wczoraj z kieszeniami swetra. Ale nie o tym swetrze dzisiaj, a nawet nie o pruciu — wręcz przeciwnie, o niepodjęciu prucia w sytuacji, która na takie rozwiązanie wskazywała. Zanim opowiem o szczegółach, wrócę do tych ogólnych metafor, do powiązań pasji z życiem.

Ujmę to tak: planując coś nowego, korzystam z tego, co już mam — umiejętności i materiału — i sięgam po to, czego mogę nauczyć się od kogoś innego — wzór — i splatam to razem. W efekcie wzbogaca się moje doświadczenie, warsztat oraz szafa. Choć z fizycznego punktu widzenia, w sytuacji wykorzystania posiadanej już włóczki, objętość włóczkowa nie ulega zmianie, to dodatkowo przybywa satysfakcji. Czy to kwestia fizyki, chemii, czy raczej dziewiarskiej alchemii? To dobry moment, by zamiast wkręcać się w niejasne dywagacje, przejść do części dzianinowej i przedstawić szaliczek „Stal damasceńska”.

Opowieść o tej niewielkiej dzianinie wiąże się z konkretnymi pytaniami: dlaczego, po co i co z tego? Zwłaszcza to ostatnie pytanie przyniosło zaskakująco pozytywną odpowiedź, co pokażą zdjęcia. Oryginalny, intrygujący wzór stali damasceńskiej, opracowany przez  Barbarę Kwater atelier022, zachwycił mnie w dzianinach autorki — dwóch wspaniałych swetrach i szaliczku. Zobaczyłam ten nieregularny wzór jako idealny do jednej z moich przyszłych dzianin i postanowiłam zapoznać się z nim, wykonując szaliczek.

Co do przyszłych planów na dzianinę z cienkiej włóczki, dość szybko zorientowałam się, że niekoniecznie moja wizja byłaby kompatybilna ze stalą damasceńską. Wzór ten najlepiej uwydatnia swoją urodę w mięsistej, wyrazistej włóczce. Wyjęłam więc grubaskowy motek włóczki, którą niedawno dostałam, w moim ulubionym, wrzosowo-różowym kolorze, bez banderoli. Najprawdopodobniej to mieszanka bawełny z akrylem, a więc mimo grubości niezbyt grzejąca — w sam raz na tę porę roku.

Nie miałam wielkich oczekiwań co do tej dzianiny — właściwie miała to być taka kwestia techniczna, rozgrzewka. Wzór, będący kombinacją oczek prawych i lewych, wymagał jednak uważności, toteż między „i-cordowymi” brzegami szaliczka starannie podążałam za instrukcją. Podobała mi się struktura wyłaniającego się wzoru, z przyjemnością patrzyłam na kolor. Przypomniałam sobie o róży damasceńskiej — i nagle to zestawienie wydało mi się nieprzypadkowe: różowej włóczki i stalowego wzoru, jakby miękkość i trwałość mogły mówić wspólnym językiem.

Pierwszy schemat wykonałam bez problemu, za jednym posiedzeniem. Nie mogłam się doczekać ciągu dalszego, ale jakoś tak się złożyło, że usiadłam do drutów po długim, trudnym dniu — pomyliłam stronę prawą z lewą i w ogóle się pogubiłam. Dopiero kolejne podejście, już z jasną głową, pozwoliło mi wczuć się we wzór i z przyjemnością kontynuować pracę zgodnie z opisem. Do czasu.

Nagle zorientowałam się, że na pewno nie wystarczy mi włóczki na wykonanie całego wzoru. Z grubej włóczki szybciej ubywało motka, niż przybywało szalika. Mogłam spruć i zacząć z czegoś innego, ale podeszłam do tego inaczej. Przerzuciłam się na improwizację i dokończyłam z tego, co miałam.

Powstał niesymetryczny szaliczek, który bardzo polubiłam — dopasował się i do pogody, i do wielu moich ubrań. Ostatnio założyłam go na niedzielny spacer. Było słonecznie, więc wybrałam się bez czapki — trochę tego pożałowałam, bo wiał chłodny wiatr. Okazało się wówczas, że tym niewielkim szaliczkiem można się całkiem konkretnie owinąć — albo przez opatulenie głowy i szyi, albo jeszcze wygodniej — po prostu wiążąc go z tyłu głowy.

Prognozy mówią, że czekają nas chłodniejsze dni, a więc dzianiny wciąż na czasie. Pozdrawiam ciepło i życzę dobrego, wiosennego czasu.